|
|||||||||||||||
|
Karol Klauza
O. Jan Leon Dehon Założyciel Sercanów
OD AUTORA
Zafascynował mnie
swoją osobowością, przerósł epokę, w której żył i działał. Natrafiłem na
Jego ślad przypadkowo. "Przemówił" do mnie krótkimi zdaniami, bez
zbędnych słów, pisanymi jakby w ustawicznym pośpiechu. Poruszał tematy
społeczne.
Rozpoczynałem właśnie
pracę dydaktyczną na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim. Musiałem
wykładać latynoamerykańska teologię wyzwolenia. Jeden z Jego duchowych
synów dał mi tekst, który uznałem za opracowanie któregoś z klasyków
kierunku teologicznego, popularnego w latach osiemdziesiątych XX wieku.
Tylko ten chrystocentryzm wydawał mi się zbyt rzymski, jak na
domniemanego latynosa przystało.
Potem było to odkrycie
teologii ukrytej jako nauczanie społeczne Ks. Leona Jana Dehona —
Francuza żyjącego na przełomie XIX i XX wieku, człowieka zapomnianego i
niechcianego, którego pism jeszcze nie przetłumaczono na język polski,
choć właśnie Polakom ma tyle do powiedzenia. Zapomniana, ukryta perła w
"glebie" Kościoła.
Do teologii Ks. Dehona
trzeba się było przedzierać poprzez historię jego życia, odkrywanie
świata jego myśli i sformułowań. Po zakończeniu badań zarysował się
atrakcyjny — i jakże współczesny — obraz teologii zbawienia, wpisanej w
dzieje, rozumianej inaczej niż w radykalnych wyznaniach
latynoamerykańskich wspólnot podstawowych i ich teologów. Jego społeczna
teologia tkwiła w nurcie nie wykorzystanej do końca szansy społecznego
nauczania zapoczątkowanego przez papieża Leona XIII.
Tak powstał cykl
wykładów monograficznych poświeconych soteriologii Ks. Dehona. Były
kierowane do księży studiujących dogmatykę na KUL-u. Odczytywałem w tym
znak spełnienia się Jego pragnień, aby dawać księżom wiedzę o
katolickiej nauce społecznej — ten nieco zapoznany nad Wisłą charyzmat
Zgromadzenia, tak drogi Jego sercu.
Ukazany w tym szkicu
obraz Ks. Dehona nie jest pełny. Widzę go przede wszystkim jako teologa
(III część) i społecznika katolickiego, poznającego i angażującego się w
życie środowisk robotniczych (l część).
W tej bogatej
osobowości pozostają czytelnikowi polskiemu do odkrycia ciekawe elementy
duchowości, działalność zakonodawcza, twórczość pisarska i
dziennikarska. Dziedziny te wymagają jednak kompetencji Jego duchowych
synów od lat pracujących w Polsce. Są oni znani nie tylko z pracy
parafialnej, misji ludowych, rekolekcji, ale także jako uznane
autorytety posoborowej odnowy teologicznej, konsulatorzy watykańscy,
wykładowcy na uniwersytetach.
Mój skromny wkład w
przybliżenie postaci Księdza Dehona, byłby jeszcze bardziej
niedoskonały, gdyby nie metodologiczna pomoc czołowego polskiego
soteriologia społecznego, ks. prof. drą hab. Czesława Bartnika, zachęta
ks. rektora mgra Józefa Gawła i ofiarna pomoc ks. mgra Mirosława
Daniluka, którym wyrażam swoją serdeczna wdzięczność.
Lublin, w Uroczystość
Podwyższenia Krzyża Świętego 1986 r.
Ksiądz Leon Jan Dehon
pochodził z rodziny, której dzieje sięgają wypraw krzyżowych, wywodzącej
się z w Walonii, na ziemi Belgów. Nawet forma nazwiska ma celtyckie
pochodzenie: "hon" oznacza strumień, nurt wody. On też stał się w
Kościele, i tam gdzie był posłany, ożywczym nurtem nowego, mimo że
ciągle pozostawał w posłuszeństwie papieżowi i prawu. Niespokojne lata
XVI wieku zubożyły tę znaczącą niegdyś rodzinę szlachecką z Hainaut. W
1674 roku osiedlili się w Dorangt, leżącym na terenie departamentu Aisne
we Francji. W XIX wieku demokratycznie nastawiony dziadek przyszłego
studenta Sorbony, zmienił zbyt arystokratycznie brzmiącą pisownię "de
Hon" na bardziej obywatelską "Dehon". Nosił charakterystyczne dla swej
epoki imiona — Hipolit Ludwik i był ważną osobą w mieście La Capelle.
Prowadził miejscową pocztę oraz sprawował funkcję burmistrza.
Hipolit Ludwik Dehon
żył jeszcze, gdy w rodzinie jego syna — Aleksandra, prowadzącego w
mieście handel piwem, 14 marca 1843 roku urodziło się trzecie dziecko.
Otrzymało imię Leon — podobnie jak zmarły przedwcześnie, w wieku 4 lat,
pierwszy syn. Aleksander Dehon był człowiekiem stanowczym,
zrównoważonym, ceniącym konsekwencję i posłuszeństwo. Wiarę utracił
podczas nauki w Paryżu. Ten brak rekompensowała dzieciom żarliwość matki
Adeli Stefanii Vandelet, wychowywanej w młodości przez duchowe córki św.
Zofii Barat, które zaszczepiły w niej kult Najświętszego Serca.
Pragnienie wyłącznego poświęcenia się Bogu nie było jednak powołaniem
zakonnym; zabrakło możliwości do jego realizacji. Tę łaskę miał otrzymać
jej najmłodszy syn.
Chłopiec urodził się
słaby fizycznie. Nie wróżono mu długiego życia. (Zastanawia fakt, że
pomimo cierpień i chorób, które nękały go przez całe życie, Ksiądz Dehon
osiągnął wiek 82 lat). Był dzieckiem spokojnym. Chętniej bawił się w
zaciszu domowym niż na wybiegach dla koni, z których słynęło La Capelle,
i gdzie ojciec z bratem Henrykiem spędzali większość wolnego czasu.
Matka nauczyła go
modlitwy. Obok ideału św. Ludwika Gonzagi stawiała mu za wzór także
postać św. Stanisława Kostki.
Mały Leon rozpoczął
naukę w rodzinnym La Capelle. Od 1855 r. wraz z bratem kontynuował ją w
oddalonym o ponad 200 km, odbudowującym się po pożarze, kolegium w
Hazebrouck we Flandrii. Było to dla niego pierwsze doświadczenie
duchowej samotności. Został oderwany od matki i postawiony w
wymagających warunkach życia w internacie, pod surowym okiem dyrektora,
księdza Piotra Dehaene. Dla chłopca z prowincji, ale z rozbudzoną
inteligencją i wrażliwością, w krótkim czasie ideałem stał się ksiądz
Boute — wykładowca o szerokich wartościach humanistycznych. To miał być
pierwszy powiernik "wielkiej tajemnicy" — uświadomionego powołania
kapłańskiego, które u tego trzynastoletniego chłopca w noc wigilijną
wzbudził Bóg. O wiele później ksiądz Boute stał się adresatem dedykacji
jego pierwszego doktoratu.
Bóg wcześniej
uświadomił Leonowi swoją wolę. Życie, w którym dopiero usamodzielniał
się w oparciu o osobisty system wartości i przekonań, musiało być
całkowicie poświęcone zbawczej miłości i ofierze. Już pierwsze
rekolekcje, odprawione w kolegium pod kierunkiem jednego z duchowych
synów św. Ignacego Loyoli, przyczyniły się do utrwalenia zwyczaju
częstej spowiedzi. Do tak oczyszczonej "gleby" życia, kilkunastoletni
chłopiec wprowadził treści płynące z lektury otrzymanego od matki
"Podręcznika pobożności dla czcicieli Serca Jezusowego" a potem z
"Wprowadzenia do życia duchowego" św. Franciszka Salezego i
"Naśladowania Chrystusa" Tomasza a Kempis. Udzielał się w Sodalicji
Mariańskiej i poznawał problemy społeczne, uczestnicząc w Konferencjach
św. Wincentego a Paulo.
W biografii Leona
Dehona najważniejszym dniem podczas pobytu w Hazebrouck była wigilijna
noc w 1856 roku. Nie wyjechał do domu. W kościele kapucynów, gdzie
barokowy ołtarz otaczał tajemnicę ofiarnej obecności Słowa, które stało
się Ciałem, ukryty w mroku trzynastoletni chłopiec przeżywał dotknięcie
łaski. Uświadomił sobie, że jest powołany do kapłaństwa, wybrany. Siła
tego przekonania zadziwia. Po latach dalej kierowała postępowaniem
człowieka już dojrzałego, z cenzusem naukowym. Skłóciła go z rodziną,
wystawiła na próbę wiele przyjaźni.
Nigdy nie wątpił o swym
powołaniu. W przeżyciu tamtej nocy, wbrew woli ojca i pokusom świeckiej
kariery czerpał siły do walki o swoje kapłaństwo. Postanowił jednak do
chwili osiągnięcia pełnoletniości być posłusznym poleceniom rodziców.
Dlatego w szesnastym roku życia, zgodnie z wolą ambitnego ojca, wraz z
Henrykiem przeniósł się do Paryża. Henryk planował studiować prawo a
Leon, uzupełniwszy materiał z nauk ścisłych, miał rozpocząć naukę na
politechnice. Zapowiadało się przecież na gwałtowny rozwój przemysłu,
stwarzający szansę szybkiego wzbogacenia się.
W stolicy kulturalnej
Europy, tęchnącej atmosferą fin de siecle'u, impresjonizmem, modnym nie
tylko w malarstwie, zaoferowano dorastającym chłopcom z prowincji
mieszkanie w sławnej dzielnicy łacińskiej. Jeszcze nie ocieniała jej
wtedy kopuła bazyliki Najświętszego Serca. Była to już jednak oaza
artystów, bukinistów i rodzącej się paryskiej bohemy.
Leon Dehon poznawał
jednak inny Paryż w małym świecie Instytutu Barbeta przy ulicy
Feuillentines. To szczególne miejsce kształtowania charakteru. Z
religijnych elementów pozostał tu właściwie tylko zaniedbany wystrój
ścian i regulaminowy pacierz. Nie trzeba było psychologa, by stwierdzić,
że odmawiano go w atmosferze pozbawionej wiary. Nie wpływał on też na
kształtowanie właściwych postaw moralnych. Dla przyszłego kapłana była
to prawdziwa "nuć ducha", dotkniecie zła, smak niewiary; ciężka próba
przyjętego i przeżytego systemu wartości.
Wytrzymał tu tylko dwa
miesiące. Przeniósł się do mieszkania brata. Mimo uzyskania bakalaureatu
z nauk ścisłych, nie kontynuował studiów na politechnice, lecz w 1859
roku rozpoczął naukę na Wydziale Prawa. Ojciec zgodził się ostatecznie
na tę zmianę, chociaż nie krył swojej niechęci. Oddalili się od siebie.
U boku ambitnego Aleksandra Dehona dorastał świadomy swej drogi
życiowej, konsekwentny syn.
Studia ukończył szybko.
Był zdolny i pracowity. Wiedział, czego chciał dokonać w życiu i dlatego
śpieszył się. W 1863 roku, mając dziewiętnaście lat, obronił dwie
rozprawy doktorskie — z prawa rzymskiego i cywilnego. W międzyczasie
opanował język angielski, nauczył się malować i grać. Zgodnie z
platońskim ideałem wykształcenia.
W życiu duchowym
wzrastał jeszcze szybciej. W trudnym środowisku młodzieży z dzielnicy
łacińskiej, dyktującym w drugiej połowie XIX wieku europejską modę na
liberalizm i niezależność, odbywał swoją postulanturę wśród świata.
Honoriusz Balzac trafnie oddał atmosferę tej dzielnicy w swych "Scenach
z życia paryskiego". Leon Dehon opisał swą drogę duchowego rozwoju w
tych warunkach, na kartach swego pamiętnika.
Prawdziwą wartością w
miejscu, gdzie przyszło mu żyć, stała się dla niego parafia św.
Sulpicjusza, ożywiona ideałami francuskiej szkoły duchowości.
Propagowała ona "przylgnięcie" do Chrystusa i Jego adorację w tajemnicy
Wcielenia. Kontakt z sulpicjanami ukierunkował Leona duchowość na
przeżywanie tego co ludzkie w tajemnicy Boga.
Ożywiał pragnienia
szybkiego zrealizowania powołania kapłańskiego. Ponieważ spowiednik,
ksiądz Prévél, sugerował ukończenie studiów kapłańskich w Rzymie, Leon
zgodził się i na razie swoją studencką, religijną żarliwość, angażował w
pracę w Bractwie Nauki Chrześcijańskiej, poświęcającym się
katechizowaniu ubogich. Tu trzeba się chyba doszukiwać pierwszych ziaren
idei, które kiedyś zaowocują Dziełem Świętego Józefa w Saint-Quentin.
Dramat rodzinny ożył po
skończonych studiach. Młody doktor prawa chciał samodzielnie kierować
dalej swoim życiem. Ojciec jednak nadal pozostawał nieustępliwy w swojej
decyzji. Zamiast radości z sukcesu syna, w rodzinie tej pojawiły się
uczucia żalu, zawodu, narastającej niechęci. Napiętą sytuację rozładował
przyjaciel Leona ze studiów, archeolog Leon Plustre, proponując wspólną
podróż na Bliski Wschód. Aleksander Dehon chętnie przystał na tę
propozycję, wyłożył na nią pieniądze, spodziewając się zyskania czasu, a
może zmiany decyzji syna. Po swojemu chciał dla niego jak najlepszej
przyszłości. I rzeczywiście pomógł mu, chociaż nieświadomie.
Szlakiem
średniowiecznych krzyżowców i pielgrzymek, przez Szwajcarię, Włochy,
Istrię, Dalmację, Albanię, Grecję i Egipt obaj przyjaciele dotarli do
ziemi, której dotykały stopy Jezusa Chrystusa. Leon, jak niegdyś
umiłowany uczeń Mistrza, biegł, by wsłuchać się tu w echa uderzeń Serca,
które tak bardzo umiłowało świat.
Ziemię Świętą oglądał
wiosną. Rozumiał wzruszenia Jezusa, opisane w Ewangelii, na widok piękna
kwiecistej doliny Jordanu. W Ogrodzie Oliwnym dotykał drzew — niemych
świadków pojmania Chrystusa. Zanurzał się w atmosferę wielkanocnej
Jerozolimy, a nad Jeziorem Tyberiadzkim, zwanym też Jeziorem Genezaret,
ponad czasem docierały do niego słowa zapewnienia: "Sprawię, że
staniecie się rybakami ludzi" (Mt 4,19). Powołanie umacniało się i
dojrzewało do ostatecznej decyzji. Czuł to coraz wyraźniej. Owocowało
jako skutek życia wewnętrznego, nastawionego poprzez te ziemskie
pamiątki po przejściu Jezusa na ostateczne i pełne zjednoczenie z
Miłością.
Z ziemi Jezusa mógł już
teraz wrócić tylko do ziemi Kościoła, do źródła czystej nauki i ożywczej
mocy dla życia zgodnego z Ewangelią, która towarzyszyła mu poprzez
codzienną lekturę przez całe studia paryskie. Finałem tego spotkania z
Prawdą i Życiem, stał się dla Leona Rzym. Został przyjęty na prywatnej
audiencji u papieża Piusa IX, potem było już upragnione seminarium
francuskie św. Klary, do którego wstępował ze świadomością cierpień,
jakie ten krok zadawał jego najbliższym. Zgodził się jednak na to, bo
był pewien, że nie myli się, i że Bóg wyprowadzi z tego cierpienia
większe dobro. Ludzkie nadzieje ojca i matki były za słabe wobec sił
duchowych, kierujących jego postępowaniem.
Leon Dehon był teraz
szczęśliwy. Został alumnem seminarium. Znalazł swoje miejsce na ziemi.
Było mroczne i mieściło się w smutnym, zimnym gmachu. Małą celę
wypełniały proste sprzęty — twarde łóżko, stół, półka na książki, szafa,
lampa. Miał teraz dwadzieścia trzy lata, za sobą osiągniętą karierę
naukową, a przed sobą obowiązek zaczynania studiów od początku. Był
jednak naprawdę szczęśliwy. Wiedział bowiem, że staje się sobą.
Wreszcie. Od trzynastego roku życia czekał na ten zwrot w swoim życiu.
1 listopada 1865 roku
pierwszy raz założył sutannę. Był już po tej upragnionej stronie,
segregatus — oddzielony, wybrany i mógł swoim strojem nawet powiedzieć o
tym innym ludziom. Napisał potem, jak wiele kosztowały Go sytuacje, w
których musiał rozstawać się z sutanną. Była dla Niego znakiem
wierności, symbolem przymierza, szansą ofiary, pomocą i ochroną...
Do jej duchowych
wymiarów Leon dorastał kierowany w życiu wewnętrznym przez księży
duchaczy. Naukę pobierał u jezuitów na Uniwersytecie Gregoriańskim. Po
roku studiów uzyskał doktorat z filozofii. Podczas studiów teologii
otrzymał w 1867 roku święcenia subdiakonatu, a w 1868 roku — diakonatu.
Marzenia stawały się rzeczywistością. Dojrzała decyzja zaowocowała
między innymi uznaniem ojca. To była dla Leona prawdziwa radość i
świadomość życiowego sukcesu. Aleksander Dehon przebył bowiem przez te
lata rozłąki drogę wewnętrznego nawrócenia. Ostatnie jej tygodnie miały
upłynąć pod dachami rzymskich bazylik u boku syna, który niegdyś
oceniany jako niewdzięczny i nieposłuszny, teraz stawał się palcem Bożej
Opatrzności i Miłosierdzia, dającego szansę nawrócenia i ożywienia ducha
religijnego u tego francuskiego człowieka interesu. Tak chyba owocowały
godziny modlitw, wyrzeczeń i ofiar Leona i żony.
Rodzice przyjechali
jesienią 1868 roku do Wiecznego Miasta. "Zbliżali się" do kapłaństwa
swego syna. To właśnie Aleksander Dehon na prywatnej audiencji u Piusa
IX prosił papieża o przyśpieszenie daty święceń. Powrócił do Chrystusa
dzięki synowi i teraz chciał mu pomóc. Papież zgodził się.
Ten najpiękniejszy
dzień w życiu Księdza Dehona miał miejsce 19 grudnia 1868 roku, to była
IV Niedziela Adwentu. Już czuło się atmosferę świąt Bożego Narodzenia
"Świąt Tajemnicy Wcielenia. Pojednany z Bogiem ojciec, niemogąca
powstrzymać łez szczęścia matka, wzruszony prymicjant uczestniczyli w
zdarzeniu, będącym zadatkiem wielkich dokonań w Kościele. Teraz nagrodę
Bóg przygotował temu, który poznał czas swojego nawiedzenia i potrafił
walczyć w porę i nie w porę.
Życie kapłańskie Ksiądz
Leon rozpoczął wysoko. Został mianowany jednym z 24 stenografów
przygotowywanego Soboru Watykańskiego I. To dowód zaufania, wielkiego
zaufania ze strony przełożonych i ludzi Kościoła. W Rzymie był przecież
człowiekiem nowym. Zasadnicze studia odbywał w Paryżu, świeckim Paryżu,
który obok zeświecczenia obyczajów, był owładnięty gallikanizmem. Tutaj
też działały loże masońskie i inne, popularne w tamtych czasach kręgi
wtajemniczenia. Tymczasem wybrano właśnie jego — doktora prawa i
filozofii, jeszcze studenta teologii na Uniwersytecie Gregoriańskim.
Zaprzysiężony, jak inni uczestnicy Soboru, miał dostęp do wszystkich
dokumentów, był świadkiem toczących się dyskusji, rodzącej się nowej
świadomości Kościoła. To była dobra szkoła myślenia kategoriami
kościelnymi dla tego przyszłego Zakonodawcy.
Świat nie pozwolił na
pełną realizację Soboru. Wielka polityka, wrogie nastawienie do Kościoła
ludzi rodzącego się przemysłu i kształtujących opinię publiczną wydawców
prasowych sprawiły, że papież zdecydował się zawiesić obrady Soboru.
Ksiądz Dehon znalazł się we Francji, gdzie został wcielony do wojska
jako kapelan. W 1871 roku wrócił do Rzymu, by ukończyć studia
teologiczne i prawnicze uzyskaniem dwóch kolejnych doktoratów. W tym
czasie studiował też zagadnienia społeczne i ekonomię polityczną.
Pragnie bowiem zrozumieć procesy dokonujące się wśród ludzi, do których
miał być posłany jako kapłan. Chciał być nie tylko architektem sumień i
przewodnikiem na drodze do szczęścia nadprzyrodzonego, ale także stawiał
sobie za cel zostać doradcą w sprawach codziennych. Chciał pomóc ludziom
urzeczywistniać ich nadzieje.
Była to prosta
konsekwencja życia duchowego Księdza Leona, ukształtowanego przez księży
duchaczy w seminarium św. Klary. To, co zostało zasiane w tej duszy w
Hazebrouck, rozwinięte pod dachami Montmartre'u, teraz zyskiwało swój
dojrzały, kapłański kształt. Dla niego, człowieka o formacji duchowej,
uwzględniającej mentalność prawniczą przekonanego o istnieniu doczesnych
znamion nadprzyrodzonej woli Bożej, dewizą życiową stają się słowa Listu
do Hebrajczyków (10,7) i Psalmu 40 (7-9): "Oto idę, Boże, aby pełnić
wolę Twoją". W tym widział drogę swego uświęcenia, ożywianą modlitwą
uczuć. Pragnął zawsze więcej — semper magis — aż po kres, za który
uważał stałe zjednoczenie z Bogiem.
Tak czuł to zwłaszcza
podczas trzeciego roku studiów, w latach 1867-68, który później nazwał
swoim rzeczywistym nowicjatem. To właśnie wtedy upodobał sobie ideę
żertwy ofiarnej, jako wyrazu miłości, chwały i wynagrodzenia składanego
przez człowieka Bogu. Został jej wierny do końca swego życia. Uczynił z
tej idei znamię rozpoznawcze dla swego Zgromadzenia. Wniósł ją do
pobożności i duchowości, jako charakterystyczny rys francuskiej szkoły
życia wewnętrznego XIX w.
Wyróżniał się spośród
innych seminarzystów inteligencją, zapałem apostolskim i życiem
wewnętrznym. Tolerował, ale nie podzielał ich, zbyt świeckich, postaw.
Może dlatego w jego życiu nie pojawił się żaden bliższy przyjaciel,
który by zastąpił poznanego na studiach paryskich Leona Palustre'a.
W Rzymie, podobnie jak
kiedyś w Paryżu, Ksiądz Dehon uczył się i działał. Katechizował ubogich,
udzielał się jako prezes Koła Nauki Chrześcijańskiej, próbował docierać
do zagubionych w swej religijności ludzi dorosłych. Coraz wyraźniej
uświadamiał sobie swój charyzmat kapłaństwa, realizowanego jako aktywną
obecność w centrum spraw społecznych, aby oświecać i poprawiać los
skrzywdzonych. Chciał uczynić to bez uciekania się do polityki,
rozbudzania nierealnych ambicji czy stosowania klasowej dyskryminacji.
To zarazem charyzmat kapłana, do końca pozostającego w swej wewnętrznej
samotności, aby być glebą otwartą na przyjęcie Słowa i Łaski, glebą
rodzącą owoce, którymi obdzielać będzie rzesze potrzebujących.
Ożywiony takimi
ideałami Ksiądz Dehon, dzięki łaskawemu zrządzeniu Opatrzności Bożej,
spotykał w 1868 roku przybyłego na Sobór księdza Emanuela d'Alzona. Była
to niezwykła osobowość, budząca zrozumiały podziw otoczenia. W wieku 25
lat został wikariuszem generalnym w Nîmes. Dla ks. Dehona stał się jakby
modelem postępowania. Ksiądz d'Alzon był w tym czasie osobą znaną w
dziedzinie funkcjonowania szkół katolickich. Znano go też jako
Założyciela Zgromadzenia Asumpcjonistów i jego żeńskiej gałęzi
— Zgromadzenia
Asumpcjonistek. Ich celem było nauczanie młodzieży, duszpasterstwo
poprzez prasę, misje i działalność społeczną. Zatroskany o wzrost
pobożności ludzi świeckich, ksiądz d'Alzon założył wiele stowarzyszeń
religijnych, nastawionych na nawracanie grzeszników, prowadzenie
duszpasterstwa wśród żołnierzy, upowszechnianie częstego korzystania z
sakramentów, nauczanie prawd wiary, wieloraką pomoc okazywaną ubogim
chłopcom, obdarzonym powołaniem kapłańskim. Jego życiową dewizą miał się
też głęboko przejąć Ksiądz Dehon. Brzmiała ona — "Przyjdź Królestwo
Twoje"
— i nosiła wiele cech
pobożności ukierunkowanej na oddawanie czci Najświętszemu Sercu Jezusa
Chrystusa.
Jeżeli gdzieś trzeba by
szukać inspiracji pogłębionego apostolatu i duchowości sercańskiej, to
właśnie w tym kontakcie, podczas soborowych trosk.
Obaj kapłani mieli oddać Kościołowi powszechnemu w XIX i XX wieku
nieocenione usługi. Obaj byli ludźmi niezwykłymi.
Zapatrzony w postać i
dokonania księdza d'Alzona, Ksiądz Leon zapragnął zostać asumpcjonistą.
I dla Zgromadzenia byłaby to korzystna decyzja. Zyskaliby gorliwego
kapłana, który pod koniec swego seminaryjnego życia był charakteryzowany
przez przełożonych w następujący sposób: "Charakter wspaniały; zdolności
wielkie. Pobożność i zdyscyplinowanie: doskonałe. Wynik studiów:
wyróżniający się. Jest jednym z naszych najlepszych seminarzystów pod
każdym względem. Wiele obiecujący na przyszłość". Takie są zawsze owoce
powołania i współpracy człowieka z łaską otrzymaną od Boga.
Plany wstąpienia do
Asumpcjonistów nie zostały zrealizowane. Bóg chciał inaczej. W sierpniu
1871 roku Ksiądz Dehon wraca do Francji. Po dojrzałym namyśle, w
październiku tegoż roku, oddał się do dyspozycji swego biskupa. Zamiast
projektowanej reformy studiów uniwersyteckich, którą chciał
przeprowadzić po wstąpieniu do Asumpcjonistów, zamiast celi zakonnej i
życia według reguły, został siódmym, ostatnim wikarym bazyliki w
Saint-Quentin. To było jego decydujące o wszystkim "Fint".
Europa przeżywała
pełen sukcesów, szalony koniec XIX wieku. Okres tzw. Drugiego Cesarstwa
(1852-1870) oznaczał dla Francji czas szybkiego bogacenia się ludzi
przedsiębiorczych. Podwoił się eksport. Rodzący się przemysł mógł i
chciał produkować jeszcze więcej. Rozbudowywały się fabryki. Ze wsi
napływała do nich tania siła robocza. Rosły przemysłowe miasteczka
północnej Francji. W 1876 roku Saint-Quentin miało 37 000 mieszkańców (w
1900 roku miało ich liczyć 50000). Posiadacze i potentaci fabryczni
zyskiwali tu 90% dochodu, klasy średnie — już tylko 9,5%. Dla robotników
zostawało zaledwie 0,4%, pomimo że stanowili przytłaczającą większość
mieszkańców, zaludniającą ciasne i wilgotne uliczki dzielnic nędzy.
Około 30000 dorosłych ludzi żyło za cenę sprzedawania swojej
niewolniczej pracy za płacę tak skalkulowaną, by z trudnością starczała
na przeżycie robotniczych rodzin. Bez żadnej szansy awansu — raczej z
perspektywą przedwczesnej, schorowanej starości, odmierzanej smutnymi
dniami, karmionej czarnym chlebem i namiastką kawy, upływającymi w
zimnych, ciasnych murach mieszkań przy bulwarze Richelieu, na wzgórzach
św. Jana, a niekiedy w cieniu bazyliki.
Nawet stąd było daleko
do Kościoła. Ale i Kościół nie posyłał tu swoich ludzi — chyba, że na
rytuał pogrzebu. Nic dziwnego, że szybko przylgnęło do księży określenie
cmentarnych ptaków. Ich drogi przebiegały gdzie indziej. Wielu nie
wierzyło w apostolski sukces w pracy z robotnikami. Choć i tak było ich
tylko ośmiu na blisko 40000 miasto, to wysiłek docierania tam, gdzie
najtrudniej podjął dopiero Ksiądz Dehon — najmłodszy z wikarych. W
podziale obowiązków kapłańskich otrzymywał zadania wymagające ofiarności
i poświęcenia. Nie zważano na jego doktoraty. Był młody — miał niespełna
30 lat i zaczynał swe kapłańskie posługiwanie. Mógł pracować.
To właśnie on miał
przebić się przez skorupę robotniczej nieufności do kapłana. Z dnia na
dzień stawał się kimś przynoszącym nadzieję dla żyjących w apatii i
wrogiej pogardzie dla wszystkich mających się lepiej.
Najpierw zajął się
dziećmi. To dyktowała skala potrzeb społecznych i duszpasterska
strategia wychodzenia z zamkniętego kręgu nędzy rodzącej nędzę, w którym
brak środków do życia owocował zbrodnią, alkoholizmem, prostytucją i
analfabetyzmem. Praca nie miała już wartości religijnej. Nie wiązano jej
ze skutkami grzechu pierworodnego ani tym bardziej nie dostrzegano w
niej środka współstwarzania i uświęcania się człowieka. Była zwykłą,
niewolniczą koniecznością, by móc podtrzymać jałową egzystencję, z
brakiem stabilizacji, ciągle zmieniającymi się płacami i jeszcze
szybciej rosnącymi cenami, pogłębiającą się zależnością od
przedsiębiorcy. Tak nadal owocowała wielka rewolucja francuska. Praca
ludzka stała się formą ograniczania bliźniego w jego rozwoju,
cywilizowaną formą agresji i zniewolenia, kryterium oceny prawa do życia
— będziesz żył, jeśli oddasz mi swój czas, siły, zdrowie..., siebie
samego. Niekiedy nie starczało czasu nawet na niedzielną Mszę świętą.
Ksiądz Dehon znał tę
"przemysłową dżunglę" zarówno z książek, jak i paryskich doświadczeń.
Teraz był świadomy jej podatności dla udzielonego mu przez Boga
kapłaństwa; to przecież z woli Stwórcy, dla tysięcy robotników droga
zbawienia biegła właśnie przez fabryczne hale. Dlatego młody wikary
chciał, żeby Kościół był tam obecny, żeby otaczał modlitwą te "zaklęte
rewiry". To spod pióra Księdza Leona wychodziły nowe wezwania maryjne w
rodzaju "Matko Boża Fabryczna — módl się za nami". Wiedział, że czyniąc
w ten sposób, pozostaje wierny wielowiekowej tradycji kościelnej,
sięgającej czasów św. Pawła i jego zbiórek pieniężnych na potrzeby
ubogich wspólnot jerozolimskich. Potem były sławne diakonie rzymskie,
świadczące pomoc materialną wszystkim potrzebującym. To samo czyniły
następnie organizacje cechowe i brackie, zakony i liczne stowarzyszenia
ludzi świeckich. W XIX wieku w szczególny sposób dojrzewała świadomość
obecności Królestwa Bożego w znamionach doczesności — nie tylko w
granicach widzialnego Kościoła, ale także wszędzie tam, gdzie w
zubożonym i prześladowanym robotniku sam Chrystus doznawał głodu,
cierpienia i odrzucenia.
W Saint-Quentin nie
było tradycji apostolatu społecznego. Młody Ksiądz nie miał żadnych
punktów oparcia dla swojej duszpasterskiej inicjatywy, która musiała
przełamywać bariery uprzedzeń — także ze strony niektórych środowisk
kościelnych, owładniętych błędami gallikanizmu i liberalizmu. Jedynie z
trudem i wyrzeczeniem można było odzyskiwać utraconą wierzytelność
przepowiadania.
Mieszkał we wspólnocie
kapłańskiej przy rue de l'Official. Żyli raczej ubogo, mieli jednak w
mieście autorytet. Liczono się z ich sugestiami w decyzjach dotyczących
miasta. Ksiądz Dehon, jako najmłodszy, szybko zyskał popularność wśród
chłopców z okolicznych domów. Spotykali się początkowo w jego pokoju.
Potem zdobył teren i środki finansowe na budowę domu dla młodzieży. Już
w marcu 1873 roku mógł odprawić Mszę świętą w kaplicy założonego przez
siebie Dzieła Świętego Józefa. Dysponował budynkiem z czytelnią, salą
sportową, biblioteką, pomieszczeniami na kasę oszczędnościową, kółka
zainteresowań, prób orkiestry... i z pierwszym w jego życiu ołtarzem,
jaki postawił Bogu, by gromadzić wokół niego potrzebujących. Dzieło
Świętego Józefa utrzymywał z własnych funduszy. Skutecznie udało mu się
zachęcić do pomocy świeckich, czym na wiele lat uprzedził jedną z metod
działania Akcji Katolickiej.
W sierpniu 1873 roku na
Kongresie Katolickich Kół Robotniczych w Nantes Ksiądz Dehon spotkał
pierwszy raz Leona Harmela. Odtąd drogi ich życia biegły blisko siebie.
Dla niektórych właśnie Harmel stał się jaśniejszą gwiazdą społecznych
doświadczeń Kościoła, pomimo że ich dokonania były wspólne. Leon Harmel
miał fabrykę w Val-des-Bois. Ułożył panujące w niej stosunki zgodnie z
zasadami chrześcijańskimi i przyczynił się do spopularyzowania tzw.
patronatu, czyli daleko idącej opieki materialnej i duchowej pracodawcy
wobec robotników. Ksiądz Dehon, zachęcony przez innego sławnego
społecznika katolickiego, Alberta de Muna, jeszcze tego samego roku
założył w Saint-Quentin Katolickie Kółko Robotnicze, skupiające starszą,
pracującą młodzież.
W tym czasie
problematyka społeczna zaczęła wypełniać jego kazania. Stały się one
źródłem nadziei dla jednych i powodem obrazy dla tych, którzy słusznie
czuli się adresatami gorzkich słów prawdy i surowej oceny nadużyć
moralnych, mających miejsce w stosunkach społecznych. Wykazywał, bogato
argumentując przykładami z najbliższego otoczenia i odwoływaniem się do
autorytetów teologicznych, jak niedostatek i niesprawiedliwe warunki
pracy spychają robotników na drogę przestępstw, a w konsekwencji
prowadzą do utraty wiary i zbawienia. Mówił też, że wysiłki Kościoła, by
wychować społeczeństwo w duchu moralnej prawości, doceniające pracę i
poświęcenie, staną się bezużyteczne, jeśli nie zostaną wsparte przez
właścicieli. Ich odpowiedzialność przed Bogiem sięga przecież dalej niż
parkan własnej fabryki.
Prowadzenie Dzieła
Świętego Józefa, działalność kaznodziejską, wspierał Ksiądz Dehon
wykładami z ekonomii społecznej, organizowaniem w mieście Konferencji
Świętego Wincentego à Paulo i rozszerzaniem na terenie diecezji sugestii
podjęcia specjalistycznego duszpasterstwa robotników. W tym dziele
zyskał uznanie i pomoc biskupa Doursa z Soissons. Dzięki temu mógł
jeszcze bardziej poświęcić się Dziełu, które stało się jego życiową
pasją. Rozpoczął z czasem drukowanie materiałów pomocniczych dla innych
księży, pragnących — jak on — poświęcić się pracy z robotnikami. Pisał
setki listów, opracowywał sprawozdania, organizował kongresy w większych
miastach diecezji, by możliwie najszerzej uświadomić księżom potrzebę i
sposób posługi duszpasterskiej robotnikom. Stał się w ten sposób jednym
z pierwszych kapłanów, którzy opuścili zakrystię, by zanieść Słowo
prawdy i życia pod fabryczny dach, by odszukać Chrystusa w halach maszyn
parowych, przytłoczonego ich wielkością i nieustannym ruchem, "cichego,
spracowanego, biednie ubranego".
Na Kongresie w Liege w
1875 roku nawoływał do chrystianizowania fabryk; w Saint-Quentin w 1876
roku, przy udziale nowego biskupa Odona Thibaudiera, ponowił swój apel,
poparty udzielonym mu autorytetem kanonika honorowego katedry w
Soissons. Na "rewolucyjnym" Kongresie w Soissons w 1878 roku,
skupiającym duchowieństwo z całej Prowincji Reims, Ksiądz Dehon
występował już jako fundator Kolegium Świętego Jana i Założyciel
Zgromadzenia.
Bóg dał mu jeszcze raz
szansę sprawdzenia swego wyboru. Równocześnie bowiem wraz z rozwojem
zaangażowania w działalność społeczną, Ksiądz Dehon otrzymał atrakcyjną
propozycję pracy naukowej. Powstający uniwersytet w Lilie, zaoferował mu
współredagowanie działu teologicznego w biuletynie Revue des sciences
ecclestiatiques, katedrę prawa naturalnego, katedrę prawa cywilnego,
katedrę filozofii lub jakąkolwiek inna. odpowiednio do swoich pragnień i
upodobań naukowych. Ksiądz Leon musiałby jednak zrezygnować z Dzieła Św.
Józefa i rozpoczętych inicjatyw propagujących katolicką naukę społeczną
— dyscyplinę, która dopiero powstawała, jako odpowiedź Kościoła na
potrzeby czasu.
Ta nowa próba okazała
się trudna i długa. Praktycznie trwała do 1877 roku. Teoretycznie
mogłoby się wydawać, że w środowisku akademickim przysłużyłby się więcej
sprawie robotników. Wiedział jednak, że odejście do Lilie, pociągnie za
sobą koniec dobrze zapowiadających się inicjatyw duszpasterskich.
Kolejny raz robotnicy zostaliby zawiedzeni w swych oczekiwaniach. Wraz z
nim odeszłyby z domów robotniczych nadzieje na poczucie bezpieczeństwa i
sensu trudnego życia, które odczytywali w jego słowach i dziełach.
Wiedział, że nikt go w tym nie zastąpi. Zdążył już poznać mentalność
miejscowego duchowieństwa. Może właśnie dlatego w 1874 roku zorganizował
z pięcioma przyjaciółmi Oratorium diecezji Soissons. Spotykali się na
wspólną modlitwę i rozmowy, których przedmiotem było najczęściej
pogłębianie życia wewnętrznego oraz wzajemna pomoc w podnoszeniu poziomu
wiedzy teologicznej.
Sam Ksiądz Dehon
odczuwał niekorzystny przerost aktywności zewnętrznej nad postępem
duchowym. Tęsknił do czasów seminaryjnych, wypełnionych nauką i
ćwiczeniami ascetycznymi, tak potrzebnymi dla każdej działalności
kapłańskiej. Teraz chciał w towarzystwie współbraci znaleźć czas i
sposób na wzrost duchowy pośród "zbyt licznych spraw". Ich ilość
rzeczywiście zdumiewa i na zawsze pozostanie tajemnicą jego
konsekwencji, systematyczności i poświęcenia. Aż wreszcie dojrzał do
powołania swych najważniejszych dzieł — Kolegium i Zgromadzenia.
W okresie wielkiego
wyboru, jaki przeżywał do roku 1877, Bóg zetknął go ze Zgromadzeniem
Służebnic Serca Jezusowego. Został mianowany jego kapelanem. Chciał, by
siostry pomogły w prowadzeniu Dzieła Świętego Józefa. Mię to jednak
miało stanowić wartość tego kontaktu. Ksiądz Dehon, zetknąwszy się z
duchowością tego Zgromadzenia, odkrył w niej wartości, które już
wcześniej ożywiały go. Powróciły pragnienia życia zakonnego, tyle razy
dotychczas kończące się rezygnacją — sulpicjanie, duchacze,
asumpcjoniści. Jeszcze w 1873 roku pisał: "Boże, boleję widząc jak
jesteś obrażany a ja nie mogę temu zapobiec. Będę starał się wszelkimi
dostępnymi środkami wynagrodzić Ci doznane zniewagi". Temu celowi
poświęcił się dotąd w Dziele Świętego Józefa. Teraz pragnął dać z siebie
jeszcze więcej. Przejęte z duchowości Służebnic elementy zwrócenia się
do świata, by nieść radość i Łaskę Bożą, chciał pogłębić o wartość
kapłaństwa sakramentalnego.
Ideą przewodnią tak
pojętej duchowości, stało się wynagrodzenie Sercu Jezusowemu za zniewagi
także społeczne, wynikające ze złych warunków życia ludzkiego. Formą
tego wynagrodzenia miała być nie tylko adoracja Najświętszego
Sakramentu, ale także przedłużanie jej w posłudze dla sierot, w
nauczaniu szkolnym, w pomaganiu robotnikom w ich życiowych sprawach.
Szczególnym wyrazem tej
idei, w założeniach Księdza Dehona, miał być obok ślubu ubóstwa,
czystości i posłuszeństwa, także ślub żertwy ofiarnej... Pod wpływem
kapelana siostry włączyły go do swej profesji w 1875 roku. Pomimo, że
został on w 1902 roku wycofany jako ślub, ta sama idea całkowitego
oddania siebie będzie wciąż aktualna w życiu Służebnic Serca Jezusowego
i mającym powstać Zgromadzeniu Oblatów Najśw. Serca Jezusowego. Dla
Założyciela była to forma połączenia w głęboko przeżywanym kapłaństwie
wewnętrznego zjednoczenia z Bogiem z rozlicznymi zajęciami zewnętrznymi.
W 1876 roku Ksiądz
Dehon odprawił dwukrotnie rekolekcje. Chciał poznać wolę Bożą wobec
narastających pragnień wstąpienia do zakonu. Szukał swego przewodniego
motywu. Jak sam napisał w 1877 roku: "Przedmiotem mojego upodobania jest
Serce Jezusa i pragnienie wynagradzania Mu". Przekazał go jako znak
rozpoznawczy swym duchowym synom.
Na razie bezskutecznie
szukał w Kościele Zgromadzenia zakonnego, żyjącego takim ideałem. Nie
odpowiadała mu inicjatywa księdza Luqueta ani Instytut Księży Oblatów z
Marsylii, Tours, czy zgromadzenia założone z inicjatywy Siostry Weroniki
Lioger w Grenoble. Czuł też ciągle, że nic może opuścić swych dzieł w
Saint-Quentin.
Pozostawało więc
rozwiązanie równie śmiałe, co trudne — założenie nowego Zgromadzenia z
siedzibą w Saint-Quentin. Ośmielony sugestiami swych kierowników
duchowych, jezuitów Augusta Modeste'a, Dorre'a i Bertranda oraz życzliwą
pomocą biskupa Thibaudiera, w uroczystość Serca Jezusowego, 8 czerwca
1877 roku, uzyskał ustną aprobatę, a 14 lipca pisemną na powołanie
Zgromadzenia. Miało nosić nazwę Oblaci Najświętszego Serca. Dla tego
celu zakupiono dom. W dniach 16-31 lipca Założyciel poświęcił się
pisaniu Konstytucji zakonnych, w czym tak pomocne okazały się odbyte
studia prawnicze. Potem rozpoczął swój kanoniczny nowicjat, przybierając
imię zakonne Jana od Serca Jezusowego.
Dla biskupa Thibaudiera
inicjatywa erekcji Zgromadzenia była ściśle związana z projektem
założenia Kolegium, kształcącego miejscowych chłopców. Miało być ono
oparciem i pierwszą placówką dla duchowych synów Księdza Dehona.
Posłuszny swemu biskupowi, nie bez trudności, nabył odpowiedni dom w
Saint-Quentin. Szybko przystosował go na potrzeby szkoły. Żył w tym
czasie intensywniej niż dotąd. Wzrastała w nim coraz bardziej
zdecydowana wola poświęcenia się Bogu pełniej i doskonalej niż wyrażały
to trzy zakonne śluby. Końcowe miesiące nowicjatu były okresem, w którym
czwarty ślub żertwy ofiarnej, jako wynagrodzenie Bożemu Sercu, ożywiał
pragnienia Księdza Dehona. Wreszcie stał się faktem w dniu pierwszej,
sercańskiej profesji zakonnej, którą złożył 28 czerwca 1878 roku. Był
przekonany, że wytyczoną przez niego drogą pójdą inni — zarówno ci,
których przyjął już do nowicjatu, jak i ci, których Bóg powoła w
przyszłości do tego Zgromadzenia.
Nie wszyscy z
pierwszych towarzyszy jego zakonnego życia okazali się ludźmi na miarę
potrzeb, jakie miało młode Zgromadzenie. Byli raczej współtowarzyszami
życia Założyciela niż jego uczniami. Niektórzy nie rozumieli nauki, jaką
dawał, gdy sam wypełniał za nich nałożoną pokutę. Może zbyt krótko był
mistrzem nowicjatu, a może nie nadszedł jeszcze czas żniw. Ksiądz Dehon
musiał przecież dzielić swoje serce i czas między Zgromadzenie i
Kolegium Świętego Jana, któremu zapewnił nie tylko pomieszczenie,
niezbędne wyposażenie, ale także wykładowców, pozycję prawną i
akceptację ze strony środowiska. Mógł zaś liczyć właściwie tylko na
własne zasoby materialne i pomoc Opatrzności Bożej.
Oddawał wszystko, co
miał, by realizować także cele społeczne, o których słuszności
całkowicie był przekonany. Wiedział, że przygotowanie chrześcijańskich
stosunków społecznych trzeba rozpoczynać już teraz, od właściwego
uformowania młodzieży. Ten społeczny wymiar obecności w życiu Kościoła
miał być, obok rysu duchowości wynagradzającej, cechą wyróżniającą
Zgromadzenie. Miało się ono poświęcać kształceniu duchowieństwa w
sprawach komplikujących się coraz bardziej uwarunkowań
ekonomiczno-społecznych. Miało kształcić i wychowywać młodzież —
przyszłych pracodawców i przyszłych robotników. Miało wcielać w życie
codzienne wskazania papieży, dotyczące kwestii społecznej.
Taką właśnie atmosferę
udało się Księdzu Dehonowi wprowadzić w życie Kolegium Świętego Jana. Od
samego początku działają tu Konferencje Świętego Wincentego a Paulo, ten
najpowszechniej stosowany wówczas sposób wprowadzania wiernych w
społeczny wymiar chrześcijaństwa. Od samego początku chłopcy z tych
Konferencji uczyli się wykorzystywać środki społecznego przekazu — prasę
_ do prowadzonej działalności duszpasterskiej. W stuletnią rocznicę
powołania do życia Kolegium Świętego Jana, ukazał się specjalny numer
tego biuletynu. "Orzeł Świętego Jana" z 23 czerwca 1894 roku jak klamra
spina cały wiek przemian i doświadczeń historii Europy i Kościoła,
świadczy o żywotności idei zaszczepionych w pokoleniach wychowanków
przez księdza Dehona. Jego modlitwa i praca okazały się źródłem, które
zapewniało żywotność ideałów nawet wtedy, gdy pożary i wojny niszczyły
materialne podstawy funkcjonowania szkoły. Ludzie jednak do końca
pozostawali w zjednoczeniu wokół celów, jakie im wskazywał ten nękany
ciągłymi trudnościami, pełen naturalnej godności i wyczuwalnej dobroci
kapłan według pragnień Serca Jezusowego.
Tą dobrocią i
życzliwością żyło całe Kolegium, stanowiące w praktyce jedną wielką
rodzinę. Działały tu bractwa religijne, okresowo odprawiano rekolekcje.
Kto wie, ile powołań kapłańskich rodziło się podczas codziennej porannej
medytacji. Powszechnie mówiło się o sukcesie Kolegium. Wiązało się go z
osobą Księdza Dehona, który aż do 1892 roku, kierował nim jako dyrektor,
fundator i praktycznie ojciec duchowny.
W rok po złożeniu
ślubów zakonnych przez Ojca Założyciela, w 1879 roku, Zgromadzenie
liczyło już 14 członków. Rozwijało się. W otrzymanym od Boga charyzmacie
wynagradzającej ofiary dla bliźnich, doskonaliły się kolejno dusze,
wrażliwe na krzywdę i cierpienia społeczne. W uzyskanym domu w Fayet,
powstało w 1882 roku małe seminarium Zgromadzenia. Niewystarczalność
środków materialnych powodowała, że była to prawdziwa szkoła ubóstwa
zakonnego. Konieczność życiowa sprawiała, że przyszli Sercanie żyli tu
na sposób ubogiej, okolicznej ludności. Podobnie jak w rodzinach
robotników, ubrania chłopców przechodziły ze starszych na młodszych.
Wspólnota żyła jednak w radości i zrozumieniu trudnych początków.
Ożywiało ją pragnienie postępu w życiu duchowym i troska o należyte
sprawowanie liturgii. Ona była w centrum zainteresowań.
Tymczasem nad
Zgromadzeniem zaczęły zbierać się czarne chmury, budzące troskę Księdza
Dehona. Polityka państwa wyraźnie stawała się nieprzychylna Kościołowi.
Po dekrecie z 1880 roku, kasującym zakony męskie we Francji, Założyciel
przygotował poza jej granicami, w Sittard, miejsce na ewentualne
wygnanie. Intuicyjnie wyczuwał niebezpieczeństwo, pomimo, że jeszcze w
1882 roku udało mu się założyć dom w Lilie, dla studiujących tam
kleryków. Prawdziwe zagrożenie miało powstać tam, gdzie się tego
najmniej spodziewał.
Krótko po złożeniu
ślubów Ksiądz Dehon ciężko zachorował. Lekarze nie dawali mu więcej niż
sześć miesięcy życia. Wraz z nim mogły skończyć się, niedojrzałe jeszcze
do samodzielnego życia oba Dzieła: Kolegium Świętego Jana i
Zgromadzenie. To właśnie w tamtych dniach kryzysu dokonało się to, co do
dziś zastanawia biografów Założyciela. W jego życie została wpisana
wielkoduszna, dobrowolna, zastępcza ofiara siostry Marii od Jezusa —
Służebnicy Najświętszego Serca. Życie za życie, swoista forma "świętych
obcowania", którą Bóg zaakceptował zupełnie. Przyjął- tę ofiarę
wcześniej niż się spodziewano. Siostra Maria chciała 15 miesięcy, by
przygotować się rozważaniem kolejnych tajemnic różańcowych. Odeszła w
sierpniu 1879 roku — w miesiącu tajemnicy ukrzyżowania. Tajemnice
chwalebne miały stać się jej udziałem inaczej niż przewidywała.
Ksiądz Dehon odzyskał
zdrowie. Był przekonany, że otrzymał nowe życie i nie chciał go źle
wykorzystać; pragnął okazać się sługą godnym otrzymanej łaski. Wtedy Bóg
wprowadził go w nowe doświadczenie, w oczyszczającą próbę wierności
ślubowi żertwy ofiarnej. Na tym ołtarzu poświęcenia miał złożyć
najdoskonalszy owoc swojego życia — Zgromadzenie.
Zaczęło się właściwie
od sytuacji w niższym seminarium w La Fayet. Gdyby zastosować do niej
reguły o rozeznawaniu duchów św. Ignacego Loyoli, można by przyjąć, że
był to najsłabszy punkt w strukturze Zgromadzenia. Funkcję dyrektora
Założyciel powierzył księdzu Captier, ze względu na jego uprawnienia
prawno-pedagogiczne. Był to kapłan wykształcony, nieco egzaltowany.
Wcześniej, w 1869 roku, zatrzymano mu nawet święcenia kapłańskie, które
ostatecznie otrzymał w 1874 roku. Do Zgromadzenia Oblatów Najświętszego
Serca Jezusowego wstąpił w 1879 roku. Od czasu objęcia funkcji w domu w
Fayet, zaczął podawać się za adresata objawień anielskich, które miały
modyfikować Konstytucje Zgromadzenia. Sam zresztą przygotował taką ich
wersję, która uwzględniała zarówno jego prywatne objawienia, jak i
objawienia s. Marii od św. Ignacego. Dopóki sprawa miała charakter
prywatny, pozostawała w kompetencji Założyciela. Ksiądz Captier jednak
dość nieroztropnie uważał za stosowne przejść do realizacji swych
wyobrażeń o Zgromadzeniu. Prowadzoną przez siebie placówkę przekształcił
w "szkołę anielską", a wywołana w niej atmosfera przesadnej egzaltacji
oznaczała odejście od pierwotnej duchowości Zgromadzenia i nadto groziła
nadużyciami. Ksiądz Dehon próbował interweniować. Bezskutecznie.
Formalnie sprawy dotarły do ordynariusza, a stąd do Reims. Ich waga, jak
się okazało, przekraczała kompetencje miejscowych władz kościelnych. W
1833 roku dotarła do Rzymu. We wrześniu tego roku Ksiądz Dehon został
wezwany do Wiecznego Miasta. Związany obowiązkiem zachowania tajemnicy,
uczestniczył w powolnym umieraniu Zgromadzenia. Już był tego świadomy,
bo widział, w jakim kierunku zmierza postępowanie prawników Kurii
Rzymskiej. Musiał jednak, aż do grudnia, żyć samotnie z tą świadomością,
w poczuciu niepewności, smutnego żalu — gdzieś na granicy rezygnacji i
dojrzałego poświęcenia.
Rozstrzygnięcie
nastąpiło 8 grudnia 1883 roku. Decyzją Rzymu gromadzenie traciło swą
kościelną autoryzację, czyli przestało istnieć jako instytucja
kościelna. Ksiądz Captier miał opuścić diecezję Soissons. To tylko
najważniejsze z postanowień dekretu kasacyjnego.
Dla Księdza Dehona była
to tajemnica ukrzyżowania i ofiarniczej śmierci Zgromadzenia, które
słusznie mógł przyrównać do umiłowanego dziecka. On sam przypominał w
tej chwili biblijnego Hioba. Nie wiedział przecież, że ofiara ta miała
być analogią wydarzenia z życia innego bohatera historii zbawienia —
Abrahama. Trzeba było bowiem mieć taką samą wiarę jak on, by w liście do
biskupa napisać: "Pan nasz chciał tego Dzieła, a ja je zafałszowałem
swoją niewiernością. Oddaję się w ręce Waszej Ekscelencji, prosząc o
przebaczenie mego niedokładnego posłuszeństwa... proszę rozporządzać
moją osobą". To prawdziwe dehoniańskie "consummatum est". Powtarzał
teraz swoją postawą te same doświadczenia, które kiedyś dotykały
jezuitów, franciszkanów. To była potrzeba oczyszczenia.
Biskup Odon Thibaudier
działał w dobrej wierze, gdy inicjował kanoniczny proces, który w końcu
doprowadził do kasaty Zgromadzenia. Chciał jednak wyjaśnić swoje
wątpliwości. W rzeczywistości stał się narzędziem w rękach Bożych,
służąc oczyszczeniu i uszlachetnieniu dzieła, aby mogło trwać i
przynosić liczne owoce.
Teraz jednak, gdy
wszystko wydawało się stracone, biskup czuł obowiązek wyjaśnienia w
Rzymie powstałych wątpliwości, zrodzonych po otrzymaniu decyzji
rozwiązującej Oblatów Najświętszego Serca. Osobista interwencja w Rzymie
i podjęte wysiłki sprawiły, że jeszcze w marcu 1884 roku uzyskał dekret
zezwalający na utworzenie z dawnych członków nowego Zgromadzenia o
zmienionej nazwie i pod warunkowym kierownictwem Księdza Dehona. Nie
trudno sobie wyobrazić radość, nadzieję i zapał, z jakim Ksiądz Dehon
przystąpił do pisania nowych Konstytucji Zgromadzenia. W sierpniu 1885
roku zyskały one oficjalną akceptację biskupa Thibaudiera. Odnowione
Zgromadzenie zachowało swoje pierwotne cele, osadzone tym razem mocniej
na fundamencie Pisma św. i Tradycji Kościoła, a nie na sugestiach
płynących z objawień prywatnych. Dzięki temu silniej złączyło się z
zasadniczym nurtem życia wspólnoty, skupionej wokół miłości
Najświętszego Serca, promieniującej nieustannie z sakramentu Ciała i
Krwi Chrystusa. Z tego kilkumiesięcznego doświadczenia Zgromadzenie
wychodziło bogatsze i silniejsze. Zarówno w Rzymie, jak i we Francji
zaistniała wokół niego atmosfera braterskiej życzliwości i
zainteresowania, owocującego powołaniami. Ksiądz Dehon mógł więc
słusznie napisać: "Mieliśmy swoje «Consummatum est» i swoje
zmartwychwstanie".
To był jakby znak
przyjęcia przez Boga złożonej Mu ofiary — całkowitej, aż po kres
nadziei. Założyciel sprostał temu doświadczeniu, pomimo że w tym okresie
utraci też ojca (zmarł w 1882 roku) i matkę (zmarła w 1883 roku). Stał
samotnie na Kalwarii swego powołania, aby z tym większą radością i
zawierzeniem Bogu przeżyć radość powrotu do nowego życia, które tym
razem Bóg ofiarował jego Zgromadzeniu.
Nosiło ono teraz nazwę
— Księża Najświętszego Serca Jezusowego. W krótkim czasie wstąpiło do
niego wielu kandydatów o dużych walorach duchowych, na których skuteczną
pomoc mógł liczyć, i których mógł formować według ideałów życia
zakonnego, w duchu wynagrodzenia Sercu Jezusa, dla budowania Jego
Królestwa w duszach i stosunkach społecznych. Gdy w 1886 roku skończył
się okres próbnej akceptacji Konstytucji, odbyła się pierwsza Kapituła
Generalna Zgromadzenia. W obecności biskupa Thibaudiera, jednomyślnie
Generałem został wybrany Ksiądz Dehon. Wraz z grupą pierwszych
współbraci zakonnych, złożył on śluby wieczyste. W ten sposób wspólnota
dojrzewała do apostolstwa.
Impulsem do podjęcia
nowych działań w pracy duszpasterskiej stały się dla Ojca Założyciela
częste spotkania i współpraca z Leonem Harmelem — obecnie także
członkiem świeckiego Stowarzyszenia Najświętszego Serca, założonego
przez księdza Dehona dla osób świeckich i pragnących pogłębić swą
pobożność i szerzyć kult Najświętszego Serca Jezusowego. Harmel, obecnie
znany już ze swej działalności na polu katolickiej nauki społecznej,
zwrócił się z prośbą, aby Zgromadzenie spróbowało nieznanej dotąd formy
apostolstwa fabrycznego. Pragnął nadto, aby poprowadziło tę pracę,
łącząc duchowość sercańską z codziennymi problemami życia fabrycznego. W
ten sposób, po Kolegium Świętego Jana w Saint-Quentin Zgromadzenie
wkraczało w nową dziedzinę działalności, którą w uzasadniony sposób
można uznać za prekursorską i typową dla sercanów.
Doświadczenie zdobyte w
tej pracy oraz przykład, który sercanie dawali innym księżom, miały z
czasem przyczynić się do wypracowania zasad skutecznego
chrystianizowania życia fabryk francuskich. Założyciel był świadomy, że
społeczny charyzmat Zgromadzenia jest odpowiedzią Kościoła na procesy
wywołane postępującą industrializacją. Była już ona wtedy zjawiskiem
powszechnym, ponadnarodowym, tworzącym z uprzemysłowionych krajów Europy
jeden ekonomiczny organizm, powiązany handlem i wspólnotą interesów
materialnych. Dzielił on ludność nie tyle w oparciu o przynależność
narodową, ile według kryterium posiadania środków produkcji.
Cywilizowany świat dzielił się na tych, którzy posiadali, i tych, którzy
sprzedawali siebie i swoją pracę za prawo do skromnego, często nędznego
egzystowania na marginesie prawdziwego życia społeczeństw i narodów. Tak
było we Francji, Niemczech, Rosji, Austrii i Anglii. Krwawe przejawy
buntu wstrząsały raz po raz systemami społecznymi. Nienawiść, wrogość i
zazdrość opanowywały serca. Ksiądz Dehon i jego uczniowie wiedzieli, że
bezskutecznym formom walki mogą zapobiec zasady miłości społecznej,
wyczytane w tajemnicy Boskiego Serca. Głoszeniu tych zasad pragnęli
poświęcić teraz prace Zgromadzenia. Chcieli w ten sposób włączyć do
Królestwa Serca Jezusowego w ówczesnym świecie tzw. kwestię robotniczą.
Inicjatywy
duszpasterskie Zgromadzenia miały też swoje formalne konsekwencje. Typ
nowej działalności, oraz jej przebieg, upoważniał do podjęcia starań o
uznanie go za instytut na prawie papieskim. Sercanie byli już w
Ekwadorze i w Niemczech. Powstał nowy dom nowicjatu w Fourdrain we
Francji. Coraz żywsze stawały się ideały misyjne. Widząc ten żywotny
zwrot w historii Zgromadzenia, biskup Thibaudier i Ksiądz Dehon wszczęli
starania o papieskie uznanie.
Ten wielki dzień miał
nastąpić 25 lutego 1888 roku. Ze łzami radości Założyciel i Generał
Zgromadzenia, odczytał dekret papieża Leona XIII "Vepres inter spinas",
w którym wyrażone zostało uznanie dla kościelnego celu Zgromadzenia,
przyrównanego do kwiatu wyrastającego pośród cierni i chwastów życia
społecznego końca XIX wieku. Jakby tego było mało, w prywatnej rozmowie
Leon XIII prosił Księdza Dehona, by członkowie Zgromadzenia byli
propagatorami społecznych encyklik papieskich — by je znali, rozumieli
ich wagę i potrafili wprowadzić w życie społeczne.
W tym też celu, z dużym
uznaniem środowisk katolickiej Europy, w 1889 roku Założyciel rozpoczął
wydawanie miesięcznika "Le Regne du Coeur de Jésus dans les Ames est les
Sociétés”. Ten przystępnie, żywo i atrakcyjnie redagowany periodyk,
spełniał wiele funkcji. Przede wszystkim jednak, służył propagowaniu
zasad społecznego Królestwa Serca Jezusowego. Większa część artykułów
wychodziła spod pióra samego Księdza Dehona.
Poza działalnością
wydawniczą, rozwinął on szeroką akcję kongresów, skupiających
duchowieństwo i świeckich, zatroskanych o obecność Kościoła w życiu
robotników. Na kongresie w Paray-le-Monial w 1889 roku, gdzie z
właściwym sobie zapałem i siłą przekonywania, przedstawił zasady
budowania Królestwa Serca Jezusowego, został powołany w skład Stałego
Komitetu Kongresów Katolickich. O wychowanych przez niego duszpasterzy
robotniczych, zabiegali właściciele fabryk z Brazylii. W 1891 roku
wspólnota sercańska liczyła już 151 osób.
Ogłoszona w maju tego
roku epokowa encyklika społeczna Leona XIII "Rerum novarum" oznaczała
dla Założyciela nie tylko kościelne uznanie trafności charyzmatu i zadań
Zgromadzenia, ale także konieczność podjęcia szeroko zakrojonej
działalności duszpastersko-popularyzatorskiej. Pomocą w tym dziele
służyły zorganizowane przez nowego ordynariusza diecezji Soissons
biskupa Jana Duvala, "Tygodnie społeczne", kierowane przez La Tour du
Pina i Księdza Dehona.
Pracując od roku 1892 w
stałym komitecie organizacyjnym "Tygodni", Założyciel czuł, że jest na
swoim miejscu w życiu Kościoła. Inni doceniali teraz jego kompetencje i
dokonania. Sam zaś cieszył się możliwością dzielenia wraz z innymi tego,
co posiadał i czego nauczył się w latach swego społecznego i
sercańskiego zaangażowania. Służył innym swoją wiedzą, praktyką,
nadziejami. Po szesnastu latach nieprzerwanego kierowania Kolegium
Świętego Jana, złożył swój urząd dyrektora w inne ręce. Gotów był nawet
złożyć dymisję ze stanowiska Generała Zgromadzenia, by móc pełniej
odpowiedzieć na wezwanie chwili i oczekiwania woli Bożej, którą
upatrywał w wychowaniu duszpasterzy do zaangażowania w życie społeczne w
duchu, rewolucyjnej na owe czasy, encykliki "Rerum novarum". Oczywiście
Kapituła Generalna nie przyjęła dymisji, choć wyznaczyła trzyletni okres
pozostawienia go na tym stanowisku.
Był zmęczony
intensywnym trybem apostolskiego życia. Ponownie odezwały się zaleczone
choroby. Roztropność nakazywała przerwę w pracy i większą troskę o stan
zdrowia. On jednak chciał się do końca spalać w posłudze Chrystusowi,
cierpiącemu z powodu niesprawiedliwych stosunków społecznych. Ich
naprawę odczytywał jako formę współczesnego wynagrodzenia, jako szansę
spełnienia ofiary swego życia.
Ksiądz Dehon był
przeciwny filantropii. Nie widział w niej drogi do rozwiązania kwestii
robotniczej. To prawda, że pracując w Konferencjach Świętego Wincentego
a Paulo rozwiązywał doraźne potrzeby ubogich rodzin. Wiedział jednak, że
wyzysk i wielorakie formy zła rodzą się ze struktur społecznych,
przekształconych w wyniku gwałtownego rozwoju przemysłu, utraty zmysłu
religijnego i zwykłej ludzkiej wrażliwości na potrzeby bliźniego.
Wiedział, że masy wyzyskiwanych są nieświadome procesów dziejowych i
tworzących się mechanizmów zniewalania całych grup społecznych,
powstawania lichwy, systemu giełdowego, wolnej konkurencji itp.
Cywilizowana zaborczość dostarczała coraz to nowych form uwikłania życia
ludzkiego w zależności materialne, by w ostatecznym rozrachunku usunąć z
niego poczucie godności osobistej, świadomość powołania do wyższych
celów, pełne nadziei otwarcie się na Boga. Dlatego chciał uświadamiać,
chciał pouczać o prawach, sposobach obrony, o wartościach, które
należało zachować za wszelką cenę — zarówno wśród posiadaczy fabryk, jak
i ich robotników Odnosiło się to także do relacji między państwem a
Kościołem.
Dla Założyciela
społeczeństwo stanowiło naturalne tworzywo Królestwa Serca Jezusowego,
któremu chciał oddać bez reszty siebie i swoje Zgromadzenie. Głęboko
odczuwał tragedię wielu narodów, które zafałszowały w sobie znamiona
tego Królestwa. Wiedział, że same nie są w stanie powrócić do Chrystusa,
którego — w przypływie złej woli lub zastraszenia — wyrzekły się.
Dlatego Ksiądz Dehon z wielkim poświęceniem głosił hasło Leona XIII, aby
"iść do ludu", nie czekać, aż ponownie zapełni on nawy świątyń.
Współczesną zakrystią stały się dla kapłanów również fabryczne hale.
Adresatami słów wiary, nadziei i miłości mieli być przede wszystkim
robotnicy — mężczyźni a nie dzieci, chorzy starcy i pobożne niewiasty.
Założyciel wiedział też, że wymaga to bezkompromisowego starcia z siłami
napędzającymi spiralę wyzysku i robotniczej nienawiści. Był w stanie
publicznie napiętnować źródło zła, choć nie zyskiwało mu to popularności
w liberalnie nastawionych kręgach społeczeństwa francuskiego. Odważnie
ujawniał w swych kazaniach i pismach ateizm masonerii, wyzysk
konsolidujących się, ponadnarodowych środowisk żydowskich i socjalistów,
zwodzących robotników nierealnymi obrazami doskonale sprawiedliwego
społeczeństwa.
W 1893 roku Ksiądz
Dehon zainicjował prace przygotowawcze do wydania podręcznika nauki
społecznej, spełniając w ten sposób sugestię Diecezjalnej Komisji
Studiów Społecznych, w której skład wchodził. W zamierzeniach miało to
być dzieło wyjaśniające podstawowe zasady funkcjonowania państwa i
społeczeństwa. Miało też podawać praktyczne rozwiązania szczegółowych
zagadnień, typowych dla życia robotniczego i wiejskiego. Ukazało się
drukiem już po dziewięciu miesiącach, jako "Manuel social chrétien"
(Chrześcijański podręcznik nauki społecznej).
Głównymi adresatami tej
książki byli księża, często zaskakiwani w swej posłudze duszpasterskiej
problemami, których nie rozumieli. Braki wykształcenia seminaryjnego w
tym zakresie, czyniły ich bezradnymi wobec kwestii przerastających ich
kapłańskie wyobrażenia o robotniczej codzienności. Książka miała także
pomóc świeckim, którzy coraz liczniej brali udział w inicjatywach
duszpasterskich dotyczących życia społecznego. Samym robotnikom
ułatwiała zrozumienie procesów dziejowych, których byli nieświadomymi
sprawcami, oraz wskazywała kierunki zaradzania złu, jakiego
doświadczali. To była szansa dla katolickiej akcji społecznej,
oferującej chrześcijański system wartości, polemizującej z obiegowymi,
ideologicznymi rozwiązaniami, proponowanymi przez środowiska
socjalistyczne i anarchistyczne.
W części teoretycznej
"Manuel social chrétien" był przedłużeniem nauczania zawartego w
encyklikach społecznych Leona XIII. Ksiądz Dehon zwracał więc uwagę na
godność osoby ludzkiej i jej prawa, które są niezbywalnym bogactwem,
udzielonym przez Stwórcę wszystkim, także robotnikom. Określał następnie
wzajemne zależności, zachodzące między rodziną, państwem, społeczeństwem
i Kościołem. Omawiał także szczegółowe zagadnienia organizacji produkcji
i handlu, by wykazać potrzebę i sposób powoływania stowarzyszeń i
związków robotniczych. Jeden z rozdziałów, traktujący o kapłanach wśród
robotników wyprzedzał o całe pokolenia inicjatywy, które jeszcze w
latach pięćdziesiątych XX wieku, okazały się dyskusyjne.
Wskazując sposoby
docierania Kościoła do ludzi z fabryk i dzielenia nędzy, wymieniał znane
sobie inicjatywy dorocznych wizyt w domach wszystkich parafian,
rozwijanie czytelnictwa prasy katolickiej, organizowanie bractw ł
stowarzyszeń społeczno-religijnych, powoływanie i prowadzenie dzieł i
szkół, nastawionych na społeczne i religijne wychowanie młodzieży.
Inicjatywa wydania tego
podręcznika, zrealizowana umysłem, sercem i piórem Księdza Dehona,
zyskała szybko popularność, także w innych diecezjach francuskich oraz
innych krajach Europy. W krótkim czasie ukazało się pięć kolejnych wydań
oraz tłumaczeń m.in. na włoski, hiszpański, węgierski, a nawet arabski.
Niedługo po drugim
wydaniu "Podręcznika", Ksiądz Dehon opublikował pracę o lichwie:
"L'usure au temps présent". Podjął się też organizowania kolejnych
kongresów społecznych propagujących idee chrześcijańskiej demokracji,
rozumianej w tym sensie, który posiadała ona pod koniec XIX w., tj. jako
nurt zmierzający do ukształtowania zdrowych stosunków społecznych,
wolnych od przerostów kapitalizmu, wcielających w życie ideały głoszone
przez chrześcijaństwo, stosujących metodę porozumienia i solidarności, a
nie walki klas. Był również obecny i działał na kongresach w Reims,
Paryżu, Val-des-Bois, Charleville, Paray-le-Monial i Liège (wszystkie w
1894 roku), a przecież przygotowywał w tym czasie do druku swój
podręcznik, kierował redakcją "Le Régne...", sprawował funkcję
Przełożonego Generalnego Zgromadzenia..., i nadal codziennie pisał swój
pamiętnik — obraz Francji, Kościoła, Zgromadzenia i własnego życia
wewnętrznego, źródło natchnienia dla duchowych synów Założyciela. Nie
marnował udzielonego mu czasu.
Podobnie działał w 1895
roku. Podczas jednego tylko kongresu, zorganizowanego w Saint-Quentin,
na terenie Kolegium Świętego Jana, przemawiał do ponad 200 księży
diecezji Soissons. Zawsze praktyczny w swych wystąpieniach, uczył ich,
jak odnowić kontakt z masami, które nawet nie wiedzą, jak bardzo
potrzebują Kościoła, jego troskliwej pomocy i opieki także w sprawach
doczesnych. Podkreślał, jak tragiczne w skutkach jest zamykanie się w
zakrystii, oznaczające nie tylko izolację kapłanów, ale skazujące
robotników na życie bez ideałów i motywacji do rozwoju. Dla Księdza
Dehona było jasne, że szansą Kościoła w dotarciu do popadających w
ateizm szerokich rzesz są światli i zdecydowani na poświęcenie kapłani.
Chciał, aby i do nich dotarł strumień łask służących budowaniu Królestwa
Serca Jezusowego. Królestwa burzącego ustalone schematy myślenia o
społeczeństwie. Niegdyś zapalony rojalista, pisał w tych dniach:
"Dzisiaj królem nie jest już Ludwik XIV — jest nim lud. Dla nas — pisał
zwracając się do księży — obowiązkiem obywatelskim, obowiązkiem
społecznym i królewskim jest udzielenie odpowiedzi na wezwanie naszego
Pana".
Od roku 1897 Ksiądz
Dehon dał się poznać poza Francja Najpierw wygłosił siedem konferencji
społecznych w Rzymie, wydanych w 1900 roku w tomie "La rénovation
sociale chrétienne" (Chrześcijańska odnowa społeczna). Przemawiał do
księży rozumiejących powagę sytuacji. W audytorium znalazła się też
arystokracja włoska, dostojnicy Kościoła, dziennikarze. Mówiąc:
"Chrystus został usunięty z życia politycznego i życia ekonomicznego; On
zaś pragnie powrócić tam ze swoimi łaskami, z panowaniem sprawiedliwości
i miłości", przemawiał w pokornym uznaniu swego orędzia za prosty
przekaz nauczania "Papieża robotników" Leona XIII. Papież przyjął go na
kolejnej prywatnej audiencji, zachęcając do wierności powołaniu
głoszenia swoich społecznych encyklik.
W przeddzień imienin,
10 kwietnia, Ksiądz Dehon został mianowany Konsultorem Kongregacji
Indeksu. To był kolejny dowód rzymskiego zaufania wobec żarliwego
propagatora społecznego Królestwa Serca Jezusowego, orędownika zaufania
do papieża i biskupów, herolda wychodzenia do mas ludzi niewierzących.
W 1897 roku Założyciel
opublikował nową książkę o problematyce społecznej, zatytułowaną: "Les
directions pontificales politiques et sociales" (Polityczne i społeczne
nauczanie papieskie). Omawiała ona stanowisko Leona XIII wobec
skomplikowanej i coraz trudniejszej sytuacji politycznej we Francji,
przed wyborami w 1898 roku. "Nowe Królestwo Chrystusa — pisał Ksiądz
Dehon — zasadzające się na zjednoczeniu narodów i pokoju społecznym,
winno stać się nowym wylaniem miłości Serca Jezusowego i to będzie
właśnie Królestwo Najśw. Serca".
Powodowany ideałami
uniwersalistycznego panowania Chrystusa, jako Przełożony Zgromadzenia,
otworzył misję w Kongo. Zachęcony przez kardynała Ledóchowskiego —
Prefekta Kongregacji Rozkrzewienia Wiary, wprowadził w ten sposób nowy
rodzaj pracy Zgromadzenia w Kościele. Tym razem misja rozwinęła się,
przez co przezwyciężono niechęć niektórych radnych Zgromadzenia,
wywołaną wcześniejszą, nieudaną z powodów politycznych, misją w
Ekwadorze. W Kongo, już w okresie jednego pokolenia, Sercanie doczekali
się miejscowego duchowieństwa. Pod koniec swego życia Ksiądz Dehon uznał
działalność misyjną, jako jeden ze znaczniejszych wkładów Zgromadzenia w
życie Kościoła i uświęcanie wiernych.
Nadal jednak głównym
polem działania Założyciela była popularyzacja katolickiej nauki
społecznej, tym razem w postaci wydanego w 1898 roku dzieła "Catéchisme
social" (Katechizm społeczny). Było ono nastawione na szerokiego
odbiorcę i dlatego pisane językiem prostym, jasnym stylem,
wykorzystujące wiele praktycznych spostrzeżeń autora i jego współbraci
zakonnych. To była książka, którą z powodzeniem można było polecić
robotnikom. Czytelnik znajdował w niej historię nauki społecznej
Kościoła, krytykę błędnych teorii społecznych XVIII i XIX wieku oraz
zręby teologii społecznej, utrzymane w duchu nauczania Leona XIII.
Ksiądz Dehon kreśli w tej książce obraz Kościoła, jako siły wyzwalającej
od tyranii jednostek, lub grup partyjnych bądź wyznaniowych. Ukazuje
społeczność wierzących, jako historyczny nośnik postępu w rozwiązywaniu
różnych problemów życia społecznego, zgodnie z zasadą poszanowania osoby
ludzkiej i praw Ewangelii.
Te same treści
przekazał uczestnikom kongresów i zjazdów w Tours, Tuluzie, Cahors,
odbytych w 1899 r. Do posługi w dziele propagowania społecznego
nauczania papieskiego zachęcał też członków kolejnej Kapituły Generalnej
Zgromadzenia, reprezentujących wspólnoty z Niemiec, Holandii i
Luksemburga. Niektórzy biografowie są zdania, że w gronie
przedstawicieli z Niemiec, był także obecny Polak z pochodzenia, ksiądz
Kazimierz Piotr Szulc, urodzony w 1865 roku; do Zgromadzenia wstąpił w
1886, śluby zakonne złożył w 1887, kapłan od roku 1892.
Obraz Zgromadzenia u
progu XX wieku, napawał Założyciela radością i nadzieją. Łaskawym
zrządzeniem Bożej Opatrzności lata studiów i wytężonej pracy, owocowały
obecnie scalaniem w jedno ideałów duchowych i społecznych, z którymi
przystępował do realizacji swego kapłaństwa w cieniu bazylik rzymskich,
bazyliki w Saint-Quentin, w salkach Dzieła Świętego Józefa, aulach
Kolegium Świętego Jana, kaplicy domu macierzystego Zgromadzenia, w
salach konferencji i zjazdów. Czuł, że dokonał właściwego wyboru,
rezygnując z kariery naukowej. Dzięki temu nie słowem, ale w sposób
bardzo konkretny, mógł zrealizować na co dzień swoją ideę całkowitego
spalania się, jako wynagradzająca ofiara Najświętszemu Sercu Jezusa.
Wiedział, że znalazł się w miejscu, przez które przepływa najbardziej
wartki nurt życia Kościoła. Z odrobiną osobistej satysfakcji mógł więc
uczestniczyć w radosnej dla niego uroczystości poświęcenia przez papieża
całego XX wieku Najświętszemu Sercu. Zgromadzenie miało się więc znaleźć
w samym centrum nowoczesnego apostolatu Kościoła. Jak św. Jan, był
blisko Jezusowego Serca, promieniującego miłością na wiek tylu trudności
i nadziei.
Gwałtowny rozwój
ekonomiczny Francji był zjawiskiem obiecującym, jeśli chodzi o jej
pozycję w Europie. Zadziwiał poziom uprzemysłowienia, osiągnięty w
stosunkowo krótkim czasie. Rosła produkcja. Paryż był nadal stolicą
światowej sztuki. Tu zorganizowano światową wystawę techniki, na którą
pielgrzymowano z krańców świata. Na długie dziesiątki lat wieża
inżyniera Eiffla będzie przypominać tamte dni.
Ludziom we Francji nie
żyło się jednak łatwo. Państwo coraz wyraźniej dążyło do eliminowania
Kościoła i religii ze świadomości obywateli i struktur społecznych.
Popularność liberalizmu, wzrost znaczenia masonerii, stopniowe
przechodzenie kapitału w obce ręce, głównie środowisk żydowskich,
wywoływał wśród ludzi zrozumiałe napięcia.
W 1890 r. wydano tzw.
Dekrety marcowe, skazujące jezuitów na wygnanie i zmuszające inne
zgromadzenia i zakony do ubiegania się o państwową rejestrację. Jezuici,
tyle razy w swej historii doświadczani podobnymi ustawami państwowymi i
kościelnymi, rzeczywiście opuścili Francję, porzucając wiele
prowadzonych przez siebie szkół. Inne zgromadzenia, w tym także
Sercanie, bojkotowali Dekrety. Do czasu dojścia do władzy ich autora —
Juliena Ferr’ego — spowodowało w 1881 roku zamknięcie we Francji ok. 3
000 domów zakonnych i skazanie na wygnanie ponad 5 000 zakonników i
zakonnic. Francja weszła na drogę laicyzacji wychowania. To, czego nie
zdołała dokonać wielka rewolucja francuska w stosunku do religii,
obecnie na drodze egzekwowania ustaw, chciał osiągnąć liberalny,
ateistyczny rząd.
Sercanie jednak
zostali. Może dlatego, że potraktowano ich jako księży diecezjalnych.
Też — do czasu. Chmury zaczęły się zbierać nad nimi w 1901 roku, gdy
powrócono do zasady państwowej autoryzacji zgromadzeń religijnych, pod
sankcją zakazu prowadzenia wszelkiej działalności. Wiele instytucji
kościelnych odstępowało od zasady bojkotu ustawy i składało do władz
podania o państwowe uznanie. Rząd jednak od 1902 roku z zasady oddalał
te podania. Czynił to w imię "radykalnego oczyszczenia nauczania”. Coraz
częściej zamykano szkoły prowadzone przez zakonników.
Ksiądz Dehon, świadomy
powagi sytuacji, szykowni się także do ewentualnego opuszczenia Francji.
Archiwum Zgromadzenia, książki, cenniejsze przedmioty, lokował w
Brukseli, która miała stać się miejscem wygnania, gdyby do niego doszło.
Podjął co prawda próbę obrony prawnej, ale wiedział, że dla założonych
celów rząd jest gotów raczej naruszyć prawo, niż zrezygnować z
laicyzacji szkoły. Dlatego też na łamach swego miesięcznika "Le
Regne..." w całym 1903 roku ujawniał i piętnował tragiczny dla Francji
kierunek życia ekonomicznego i moralnego, narzuconego przez polityków
afiszujących się swym ateizmem.
Ten oczekiwany dzień
konfrontacji nastąpił 4 kwietnia 1903 roku. Zaczęło się od listu
ministra spraw wewnętrznych, nakazującego (w słowach pełnych fałszywej
uprzejmości) zamknięcie wszystkich domów, ewakuację domu macierzystego w
ciągu dwóch tygodni i zapowiadającego pozbawienie Zgromadzenia wszelkich
praw. Tego Zgromadzenia, które miało tyle dokonań dla najbardziej
potrzebujących obywateli tego tragicznego narodu; Zgromadzenia, które
chciało uczynić z Francji europejski wzór realizacji autentycznych
wartości życia społecznego. Może gdyby ten dekret był pisany w języku
okupanta, łatwiej byłoby go zrozumieć. Był jednak skierowany przez
Francuza do Francuza. I to bolało jeszcze bardziej.
Likwidacja francuskiego
majątku Zgromadzenia przeciągała się. W czerwcu Ksiądz Dehon został
mianowany "państwowym strażnikiem swego własnego majątku". Ironia
nielogicznych decyzji, indolencja władz, ciche poparcie mieszkańców
miasta. W opustoszałym domu macierzystym żył sam. Skromnie. Bez nadziei
na normalne jego funkcjonowanie.
Licytację wyznaczono na
1905 r., łącznie z domami w Fayet i Fourdrain. Zdołano sprzedać jedynie
ten ostatni. Podobna sytuacja powtórzyła się w styczniu 1906 roku na
drugiej licytacji. Sytuacja przedłużała się. To było nerwowe
wyczekiwanie na bieg wydarzeń. Czas Założyciela był dzielony pomiędzy
Brukselę, Saint-Quentin i Rzym, dokąd corocznym zwyczajem udawał się
podczas miesięcy zimowych. Wtedy także bywał przyjmowany na audiencjach
prywatnych przez papieża. Tym razem, po śmierci Piusa IX, Ksiądz Dehon w
osobistej rozmowie z jego następcą, Piusem X, uzyskał ostateczne
zatwierdzenie Zgromadzenia. Potwierdził to Dekret pochwalny z 4 lipca
1906 roku.
Sprawy formalne,
związane z dostosowaniem Konstytucji i życia wspólnoty sercańskiej,
wymagały większego zaangażowania Założyciela. W ostatnich miesiącach
tego roku odbył podróż do Ameryki Łacińskiej, gdzie zapoznał się z
sytuacją ekonomiczną i religijną Brazylii, Urugwaju i Argentyny. Tu,
gdzie pod koniec XX wieku miała się pojawić teologia wyzwolenia,
Założyciel Sercanów przynosił swoją koncepcję związków między wymiarem
materialnym, doczesnym oraz duchowym i nadprzyrodzonym. Zdaniem Księdza
Dehona stanowiły one dla siebie konieczne uwarunkowanie i dopełnienie.
Nędza materialna rodziła nędzę duchową, podczas gdy rozwój życia
godnego, etycznie wartościowego, zgodnego z wielowiekową tradycją
Kościoła, przyczyniał się do poprawy warunków materialnych. Uzgodnienie
obu tych wymiarów widział w tajemnicy miłości Bożego Serca, którą
należało wprowadzić w życie społeczne. Pod tym kątem oceniał wizytowane
kraje. Chciał dostrzec, jak w ich historyczny kontekst można by wpisać
charyzmat Zgromadzenia.
Gdy w 1907 roku
planował kolejną podróż, tym razem do Finlandii i Rosji, przyświecał mu
ten sam cel: "Czy założymy tam dom?" — pytał siebie pisząc o Helsinkach.
W tym dalekim, nie znanym nad Sekwaną i Renem kraju, spotykał wspólnoty
katolików, m.in. Polaków, pozbawionych posługi duszpasterskiej w swoim
języku. Czuł się tym bardzo poruszony i myślał o formie zaradzenia tej
potrzebie siłami Zgromadzenia.
Potem był w
Piotrogrodzie i Moskwie, która zachwyciła go żarliwością i ilością
nabożeństw religijnych. Pisał o niej jak o nowym Bizancjum — także ze
względu na niechęć do Rzymu. Bolał nad tym, bo przecież w głębi duszy
czuł się głosicielem nauki papieży.
Wracając z Moskwy, w
sierpniu 1907 roku, przejeżdżał przez Warszawę. Może już wtedy był
przekonany o przyjęciu misji w Finlandii. Pomimo początkowo dużych
trudności rozwinęła się ona znakomicie, owocując ostatecznie uznaniem
Stolicy Apostolskiej i podniesieniem do rangi administratury
apostolskiej. Kolejny sercański misjonarz został biskupem. Tak dalece
Bóg oczyścił w dniach próby tę wspólnotę zapatrzoną w Serce tak bardzo
miłujące świat.
Rozszerzając tereny
swojej działalności, Zgromadzenie wymagało reform. Kapituła Generalna w
Leuven w 1908 roku dokonała pierwszego podziału na Prowincje.
Następowało rozluźnienie centralnego systemu rządzenia wspólnotą, co
dawało Założycielowi szansę większej aktywności. Wykorzystywał ją do
pogłębienia duchowego, czego owocem są liczne pisma ascetyczne.
Odpowiadając na potrzeby Kościoła Powszechnego, zgodził się towarzyszyć
biskupowi Tiberghien w podróży po krajach Dalekiego Wschodu i Ameryki
Północnej, by po powrocie zdać relację Kongregacji Rozkrzewienia Wiary.
Tym razem była to
podróż dookoła świata, podjęta dla Chrystusa i jego Kościoła. Najpierw
były Stany Zjednoczone, dokąd Ksiądz Dehon przybył w sierpniu 1910 roku.
Spodobał mu się tutejszy styl życia — pełen aktywności, naturalnej
swobody, łączącej postęp z wartościami religijnymi, choć nie
katolickimi. Wierzył, że nie jest odległy dzień, w którym Nowy Świat
(Stany Zjednoczone) ze swoją żywotnością i niezmierzonymi zasobami,
stanie się najwspanialszym klejnotem Kościoła katolickiego.
Potem była Kanada,
gdzie Założyciel wziął udział w Kongresie Eucharystycznym i wizytował
domy Zgromadzenia. Odpływając stąd do Japonii, nie mógł powstrzymać się
od dokonania spostrzeżenia, że Europa i jej cywilizacja powoli starzeje
się, podczas gdy Ameryka Północna zachwycała go swoim młodzieńczym
dynamizmem rozwoju.
W Japonii przez dwa
tygodnie obserwował życie religijne buddystów, szintoistów i katolików.
Optymistycznie oceniał możliwości rozwoju Kościoła w tym kraju, tym
bardziej, że nie dostrzegał okrzyczanej na Zachodzie idei "żółtego
zagrożenia", chęci zdominowania europejskiej gospodarki i kultury. Z
dużą sympatią odnosił się do Japończyków, uważając ich za ludzi bardzo
uprzejmych ł towarzyskich.
W listopadzie 1910 roku
Ksiądz Dehon dotarł do Chin, gdzie wizytował misje katolickie, podobnie
jak później czynił to w Mandżurii, Manili, Singapurze, na Jawie,
Cejlonie, w Indiach i Ziemi Świętej. Powrót do Francji, a raczej
pierwsze spotkanie z Francuzami, po doświadczeniach Azji, odebrał jako
przykrą konieczność. Był niemile zaskoczony ich krzykliwym sposobem
bycia, banalnymi, płytkimi tematami rozmów, brakiem poczucia więzi
społecznej. Nie zapomniał przecież, w jakim kierunku od ostatnich
piętnastu lat zmierzała jego ojczyzna. Teraz, w 1911 roku, szczególną
popularność zyskiwały wśród ludzi postawy szokujące, niemoralne i często
skandaliczne. Taka była moda i styl towarzyski.
Podróż owocowała
znacznym poszerzeniem horyzontów dla kierunków pracy i aktywności
Zgromadzenia. W 1910 roku zostają nowi Sercanie skierowani do Kanady,
przyjęto misje w Kamerunie, otwarto się na Szwecję. W 1911 roku powstaje
Prowincja Holenderska, obok już istniejącej Północnej
(Francusko-Belgijskiej) i Południowej (Niemieckiej z domami we Włoszech
i Austrii). W 1912 roku Pius X, na prośbę Księdza Dehona, udzielił
Zgromadzeniu specjalnego apostolskiego błogosławieństwa. Sercanów
wówczas było 450, oprócz tego 400 alumnów szykowało się do pracy na
misjach, w fabrykach, redakcjach i stowarzyszeniach świeckich. Szczyciło
się swoim trzydziestopięcioletnim dorobkiem pod rządami ponad
siedemdziesięcioletniego Założyciela.
W ten spokojny etap
rozwoju, przebiegającego przy stałej opiece i upodobaniu Najświętszego
Serca, brutalnie wkroczyła w 1914 roku I wojna światowa. Dla podeszłego
w latach księdza Dehona, stała się ona pogłębieniem wiedzy o tajemnicy
zła, nierozumnego niszczenia i zabijania. Dotknął w niej tego
wszystkiego, co stanowiło świat położony poza społecznym Królestwem
Serca Jezusa.
Już w sierpniu 1914
roku, Saint-Quentin dostało się pod okupację niemiecką. Schorowany,
zmęczony świadomością narodowej klęski, Założyciel przeżywał trudne dni.
Brakowało środków do życia, dręczył go niepokój o los wielu członków
Zgromadzenia, wciągniętych w wir wojny — po obu stronach frontu. W
październiku 1915 roku był bliski kresu swych dni. Kolejny raz. Bóg
jednak zostawił go, dając dni gorzkie i pełne ofiary. Ksiądz Dehon U wał
na tej pustyni bez normalnych warunków do życia, bez prasy,
korespondencji. Odbierał je jednak jak Boży dar i szansę dla siebie oraz
cierpiącej Europy. Wierzył, że Boskie Serce Jezusa nie przestało
wspomagać swych umiłowanych i z zawieruchy wojennej wyprowadzi większe
dobro, że oczyści dusze i społeczeństwa. Wierzył, że i Zgromadzenie
podźwignie się przy Bożej pomocy z poniesionych strat.
W 1912 roku miasto
ewakuowano. Chory Założyciel znalazł się najpierw w kolegium jezuitów w
Enghien, w Belgii, a potem w Brukseli, w domu macierzystym Zgromadzenia.
Tutaj dopiero dowiedział się, że w wyniku działań wojennych stało się
to, czego nie dokonały licytacje i kasacyjne ustawy — domy w Fayet i
Saint-Quentin przestały istnieć. Jeszcze jedno "Fiat" w życiu, które
przecież i tak stanowiło jedno pasmo codziennego podporządkowywania się
woli Bożej.
Ksiądz Dehon szukał tej
woli teraz znowu w Rzymie, u Ojca Świętego Benedykta XV — swego
przyjaciela z okresu ożywionej działalności społecznej. Teraz, gdy był
dotknięty tyloma doświadczeniami, gdy po ludzku sądząc, wszedł w okres
późnej jesieni życia (miał przecież 75 lat), przedstawił papieżowi
propozycję zbudowania w Wiecznym Mieście świątyni poświęconej
Najświętszemu Sercu Chrystusa Króla. Projekt spodobał się Benedyktowi
XV, uzyskał jego akceptację, poparcie oraz ochronę Watykanu. Bazylika
musiała powstać w nowej dzielnicy Rzymu, którą władze miasta chciały
oczyścić z jakichkolwiek oznak życia religijnego, eliminując budownictwo
sakralne.
Przeciw temu starcowi
stwarzały trudności różne środowiska. Za wszelką cenę starano się
zaprzepaścić ideę, która dodawała mu sił i lat życia. 18 maja 1920 roku,
położono kamień węgielny pod budowę bazyliki — symbolu powszechnego
panowania Najświętszego Serca, odzwierciedlającego ideę poświęconej
niedawno, podobnej bazyliki w Paryżu. Kościół ten miał przypominać
światu, że cały XX wiek, obecnie bogatszy o doświadczenia wojny
światowej, był ustami Leona XIII poświęcony Boskiemu Sercu. A może znak
tej straszliwej wojny był do pewnego stopnia potwierdzeniem przyjęcia
przez Boga ofiary wynagradzającej, złożonej przez tyle dusz czystych,
ożywionych szczególnym nabożeństwem do Serca Jezusowego? Czyż wojna,
będąca owocem zła i ludzkiej przewrotności, nie stanowiła zarazem okazji
do świadczenia miłości, gotowości do największych poświęceń?
Świątynia, którą chciał
wznieść Ksiądz Dehon, była dla niego syntezą doświadczeń i osiągnięć,
zarówno tych zewnętrznych, jak i tych, które rozgrywały się w jego
wewnętrznym intymnym kontakcie z Bogiem. Była szczytem oczekiwań, które
— pomimo że nie stały się jego udziałem w świętej konsekracji — to i tak
rozsławiły inicjatywę herolda Serca Jezusowego.
Już jako blisko
osiemdziesięcioletni kapłan, Ksiądz Dehon zorganizował we Francji i
Belgii gigantyczną kwestę na budowę rzymskiej bazyliki. Jakże inny
wymiar miała jego akcja niż ta sprzed 400 lat, kiedy też zbierano w
Europie pieniądze na rzymską świątynię. Tym razem całą swą aktywność
złożył w pociągającej mocy miłości Serca Jezusowego i nie zawiódł się. W
1922 roku został poświęcony prowizoryczny kościół, który stał się
ośrodkiem życia religijnego, zanim powstała zasadnicza bryła bazyliki.
Pokonując trudności
finansowe, Założyciel chciał wykorzystać Rok Jubileuszowy — 1925 w celu
zdobycia dalszych funduszy. Jeszcze publikował swe ostatnie prace
ascetyczne, którymi uzasadniał swoje działania zewnętrzne. Jeszcze
podsumowywał sercańskie przemyślenia. W 1919 roku wydał "La vie
interieure" (Życie wewnętrzne), w 1920 roku — biografię księdza Rasseta,
swego pierwszego współbrata zakonnego i wieloletniego współpracownika;
zatytułował ją w stylu epoki "Un Pretre du Sacré - Coeur. Vie édifiante
du R.P. Alphonse-Marie Raset" (Kapłan Najświętszego Serca. Budujący
przykład życia Czcigodnego Księdza Alfonsa-Marii Rasseta). W tym też
czasie powstało najważniejsze dzieło teologiczne Księdza Dehona.
dwutomowy szkic traktatu systematycznego o Najświętszym Sercu — "Etudes
sur le Sacré-Coeur" (Studia o Najświętszym Sercu) wydane w latach
1922—23, podczas wymagających ofiarności dni budowy rzymskiej bazyliki.
Jeszcze dożył dnia
uroczystych obchodów swego osiemdziesięciolecia. U kresu swoich dni,
spoglądał na dokonania tych lat, sięgające daleko poza Europę.
Zgromadzenie pracowało w obu Amerykach, posiadało tam swoje nowicjaty,
zapewniające rozwój siłami miejscowych powołań, pracowało w tradycyjnie
protestanckich krajach skandynawskich, było na Sumatrze i w Afryce.
Pierwsi misjonarze Zgromadzenia byli już biskupami. Ktoś sfotografował
go w tych miesiącach wielkiego duchowego owocobrania. Ze zdjęcia
spogląda twarz pełna spokojnej radości, kryjąca gdzieś głęboko bruzdy
doznanych cierpień i doświadczeń.
Do końca działał.
Trzeba było przecież przygotować przeniesienie domu macierzystego do
Rzymu, przy budującej się bazylice, kończyć samą budowę, przygotować IX
Kapitułę Generalną, która miała odbyć się jesienią 1925 roku. Nie
trzymał się jednak kurczowo życia. Zaczynając w styczniu tegoż roku
kolejny, sześćdziesiąty zeszyt swego skrupulatnego spisywania dziennika,
umieścił na początku znamienne zdanie: "Ten ostatni zeszyt i może
ostatni rok. Fiat. Pragnę odejść i być z Chrystusem".
Nadszedł ostatni atak
choroby Księdza Dehona. Już nie mógł zachować swego zwykłego porządku
dnia. Przykuty do łóżka, wysłał kleryka po gazetę. Czytał ją przecież
codziennie, tak jak Pismo święte, czy lekturę duchową, wtopiony w
codzienny brewiarz. To był jego sposób na łączenie w jedno modlitwy i
spraw świata, bo taka była dla niego struktura dziejów zbawienia,
zapisywanych w słowie świętym i słowie codziennym.
Tak też pojmował swoje
kapłaństwo, obejmujące zarówno sprawy codzienne, jak i nadprzyrodzone.
Takiemu włączaniu miłości Najświętszego Serca w historię poświęcał całe
swoje życie — aż po ostatnie godziny, gdy od 4 sierpnia 1925 roku jego
świat zmalał do wymiarów pokoju w brukselskim domu macierzystym. Już
tylko stąd mógł kierować Zgromadzeniem.
Atak choroby wzmógł się
z niedzieli na poniedziałek 10 sierpnia. Sugestię przyjęcia sakramentu
chorych przyjął z radością. Nie chciał, by używano sformułowania
"ostatni sakrament" wszak było to tylko przejście, wsparte Bożą łaską i
siłą. Ponowił jeszcze swoje śluby, a zwłaszcza ten szczególnie mu drogi
— ślub żertwy ofiarnej, który w tych dniach dopełniał się aż po kres
ludzkich możliwości.
Świadkami tajemnicy
odchodzenia Założyciela byli członkowie Zgromadzenia z Polski. Mieli
podzielić się tymi doświadczeniami ze wspólnotami sercańskimi nad Wisłą,
by przekazać im charyzmat życia, które na ich oczach dopalało się. Mieli
zanieść naukę o społecznym panowaniu Najświętszego Serca do kraju, który
miał przeżyć szczególnie wymagającą próbę wierności Bogu.
Ostatniej nocy Ksiądz
Dehon oddał jeszcze swój różaniec infirmiarzowi. Nad ranem, 12 sierpnia,
wyszeptał wskazując na serce: "cierpię". Łączył teraz swoje cierpienia
agonii z cierpieniami Serca, któremu oddał się bez reszty. Ostatnim
gestem ręki wskazał na obraz Serca Jezusa i wyznał: "Dla Niego żyję i
dla Niego umieram". I odszedł. W historii Zgromadzenia zaczął się nowy
okres.
| |||||||||||||||