Przedmowa
Ojciec Dehon
... i modlitwa
... i
Królestwo Serca Jezusowego
... i
Najświętsza Eucharystia
... i życie
zjednoczenia
... i jego
dzieło
Rys
statystyczny
Przypisy
PRZEDMOWA
"Zgromadzeniu
Księży Najświętszego Serca Jezusowego,
któremu zawdzięczam szczęście mojego życia"
Autor
Kto będzie czytał tę małą książeczkę, ten znajdzie w niej krótki opis
życia Ojca Dehona, Założyciela Zgromadzenia Księży Najświętszego Serca
Pana Jezusa. Związana jest ona z kilkoma głównymi tematami jego
duchowości. Stąd tytuł: "Ojciec Dehon i (...)". Zakończeniem każdego
rozdziału są urywki cytowane z naszej Reguły Życia, które ilustrują jego
treść. Część końcowa tej pracy zawiera zestawienie statystyczne i
historyczne informacji, które przedstawiają stan Zgromadzenia Księży
Sercanów.
Będę szczęśliwy jeśli okaże się, że po tylu latach Ojciec Dehon ma
jeszcze coś do powiedzenia ludziom współczesnym.
Handrup, 15 lutego 1978 r.
w święto łogosł. Klaudiusza de la Colombière.
Ks. Wilhelm Recker SCJ
DOMINE, QUID ME VIS FACERE?
Panie, co chcesz abym czynił?
OJCIEC DEHON I MODLITWA
Kiedy w roku 1943, w setną rocznicę urodzin Założyciela Zgromadzenia
Księży Sercanów, ukazały się "Extraits du Journal du Peré J. L. Dehon",
wówczas dla wielu stało się jasne co jest najważniejsze dla zrozumienia
O. Dehona i jego Zgromadzenia. "Extraits" to są wypisy z jego
"Dziennika". Manuskrypt tegoż "Dziennika" (znajduje się w Archiwum
Zgromadzenia w Rzymie) składa się z 60 zeszytów, z których jest 15
zeszytów czarnych dużego formatu i 45 szarych o mniejszym formacie. W
czarnych zeszytach noszących tytuł "Notes sur l’histoire de ma vie" (z
historii mojego życia), streścił O. Dehon – w roku 1886, na podstawie
notatek i listów – swoje życie do tego właśnie roku (1843-1886). Od roku
1886 prowadził nadal swój dziennik, aż do swej śmierci (1886-1925).1)
O tych codziennych notatkach pisze on w roku 1915: "Codziennie robię
notatki. Święty Ignacy czynił to przez trzydzieści lat. Przed jego
śmiercią w znacznej części zostały zniszczone, gdyż traktowały o
nadzwyczajnych i wspaniałych łaskach, których dostąpił, a które służyły
jego chwale. Moje notatki mogą jedynie posłużyć na użytek historii
Zgromadzenia. Pod koniec mego życia uczynię to, co podszepnie mi łaska".2)
Można to poczytać za szczęście, iż O. Dehon nie spalił u kresu życia
swoich zeszytów. Wiele epizodów z historii Zgromadzenia pozostałoby
nieznanych. Przede wszystkim doświadczamy czegoś, co tylko w ten sposób
jest możliwe doświadczyć. Wejdźmy na moment w jego wnętrze. Tam już
zaczyna się rozwijać nowy człowiek (Ef 2, 15), i posiada to – jak potem
zobaczymy – nadzwyczajne znaczenie dla O. Dehona. Znaczące tu jest pewne
miejsce w jego dzienniczku, które wywołuje wspomnienie jego pierwszej
Komunii świętej. Chciał już przyjąć Komunię św. w wieku dziewięciu lat,
lecz dopiero w uroczystość Zesłania Ducha Świętego, 4 czerwca 1854 roku,
pozwolono mu na to. Miał wtedy jedenaście lat.
"Lekcje katechizmu były suche" – pisze. Jednocześnie przygotowanie,
jakie dała mu matka, nadzwyczaj pobożna pani, stanowiło dla niego
nieocenioną wartość. A dalej pisze: "Pojąłem, że chodziło tu o wielkie
rzeczy. Przygotowałem się do nich dobrze i doznałem rzeczywiście mocnego
działania łaski. Ceremonie odnowienia przyrzeczeń chrzcielnych,
poświęcenie się Matce Bożej, stoją mi jeszcze żywo w pamięci.
Przewodniczyłem odnowieniu przyrzeczeń chrzcielnych. Przypominam sobie
pewien szczegół z tego dnia. Dobry doktor F., przyjaciel rodziny,
przyszedł do naszego domu. W jego i mojej obecności oceniono, że dobrze
przewodniczyłem modlitwie. Odczuwałem badawcze spojrzenie doktora,
który obawiał się, że moja własna duma może zmącić czystość tego, tak
wspaniałego, dnia. Sądził tak dlatego, że stać mnie było na więcej –
stojąc na balkonie nie mógł mnie zrozumieć. Ale w tym dniu wzniosłem się
ponad moją zarozumiałość. Nie byłem podatny na ludzką chwałę. Poczułem
bardzo wyraźne dotknięcie łaski".3)
To, co się teraz zaczęło, jest świadomym życiem nowego człowieka i
będzie kontynuowane przez całe jego życie. Znamienne jest tutaj zdanie z
rozdziału o jego chrzcie, w którym O. Dehon przyznaje się do pewnego
rodzaju kultu wspomnienia swego chrztu. "Zostałem ochrzczony 24 marca
(1843) w biednym kościele w La Capelle... Ten dzień 24 marca był świętem
małego męczennika Symeona, ale przede wszystkim dzień pierwszych
Nieszporów z uroczystości Zwiastowania Maryi". Jest to pewien zwrot w
myśleniu, który wyraża znaczenie dnia chrztu i szczęście, które jeszcze
się potęguje poprzez głębokie złączenie myśli następnych zdań: "Byłem
szczęśliwy mogąc później łączyć wspomnienie mego chrztu ze słowami Pana
Jezusa": «Ecce venio». To spotkanie obdarzyło mnie wielką ufnością. «Oto
idę» Serca Jezusowego wsparło i pobłogosławiło moje wejście w życie
chrześcijańskie. Pan Jezus z pewnością nie weźmie mi tego za złe jeśli
dopatrywać się w tym będę gestu Opatrzności w kierunku mego obecnego
powołania jako kapłana oddanego bez reszty Najświętszemu Sercu". A dalej
następuje opis kultywowania dnia chrztu. "Nadal pielęgnowałem
wspomnienie mojego chrztu. W Kolegium z upodobaniem odnawiałem moje
przyrzeczenia chrzcielne. W Rzymie szczęśliwym trafem wpadła mi w ręce
piękna książka ćwiczeń świętej Gertrudy. Używałem jej do odnowienia we
mnie łaski chrztu świętego. Za każdym razem, kiedy przyjeżdżałem na
wakacje, odprawiałem pobożną pielgrzymkę do chrzcielnicy i ściskało mi
się serce, kiedy musiałem skonstatować, iż stare urny w ołtarzu
całkowicie zniknęły".4)
Jeszcze w roku 1925, w roku swojej śmierci, gdy znów nadeszło (już po
raz osiemdziesiąty drugi) wspomnienie dnia jego chrztu, pisał: "24 marca
odnowiłem wraz ze św. Gertrudą wspomnienie mojego chrztu, aby odnowić
jego łaski: egzorcyzmy, wyznanie wiary, poświęcenie się, namaszczenie,
nowe życie, które symbolizuje biała szata".5) To obrazuje jak
bardzo Leon Dehon przejmował się znaczeniem tego dnia, o którym też w
książeczce Eugena Waltera "O wspaniałościach chrztu" jest napisane:
"Dzień ten jest ważniejszy niż Niedziela Biała; jest on ważniejszy od
święceń kapłańskich, albo od profesji zakonnej! Wszystkie inne łaski
można jedynie doskonalić, które zostały zapoczątkowane właśnie w tym
dniu, w którym zesłana zostaje na nas łaska Bożego zmiłowania, gdzie sam
Bóg wstępuje do naszego wnętrza i gdzie my zostajemy wprowadzeni w
najbardziej zażyłe obcowanie trzech Osób Boskich".6)
A dalej Walter donosi o podobnym przypadku czci chrztu św., jak to
opisuje Bremond, autor historii pobożności we Francji po wojnach
religijnych (od 1600 roku), jaki przeżył z jednym ze znanych mu księży:
"Gdy go odwiedziłem pewnego dnia, przerwał nagle w środku rozpoczętej
rozmowy, spojrzał na zegar i powiedział: «To jest godzina mojego chrztu,
otrzymanego przed sześćdziesięciu cztery laty. Proszę pozwolić mi pójść
do kaplicy. To ćwiczenie mnie wiele kosztuje, lecz nigdy go nie
zaniedbałem»".7) Zobaczymy później jakie znaczenie ma dla
duchowości O. Dehona ten kult chrztu św., kiedy będziemy mówić o życiu
zjednoczenia.
1 października 1855 roku Leon Dehon zaczął uczęszczać do Kolegium w
Hazebroeck we francuskiej Flandrii. Ćwiczenia, które tam odprawiał,
sprawiały za każdynm razem w jego duszy głęboki smutek. Myśl, aby zostać
księdzem, powracała, i wkrótce bardzo się nasiliła. "Pierwsze wezwanie
Boga jest ciemne. W pierwszym roku myśl o kapłaństwie nawiedzała mnie
tylko niekiedy. W czasie rekolekcji na drugim roku zrobiłem mocne
postanowienie. W noc Bożego Narodzenia 1856 roku stało się ono
definitywną decyzją. Zadziwiające jest to, że od tamtej nocy moje
postanowienie ani razu nie zostało poważnie zachwiane".8)
Jednak mogłoby to bardzo łatwo nastąpić. Otóż ze strony jego ojca
rozpoczyna się twardy i długo utrzymujący się opór. O jego ojcu tak
czytamy w "Dzienniku" Dehona: "W gimnazjum porzucił on praktyki życia
chrześcijańskiego, lecz zachował szacunek i uznanie dla tego sposobu
życia".9)
Pod wrażeniem święceń kapłańskich swego syna, które przeżywał w Rzymie,
ojciec powrócił do praktyk religijnych. Jednakże było to dopiero w 1868
roku. Teraz, w sierpniu 1859 roku, gdy Leon po świetnie zdanych
egzaminach wracał z Hazebroeck i oznajmił rodzicom o pragnieniu zostania
kapłanem, uderzyło to w nich jak błyskawica. Ojciec nie przyjmował do
wiadomości tego planu Leona. "Prosiłem go aby mi pozwolił wstąpić do
Saint Suplice (znane Seminarium Duchowne w Paryżu). Odpowiedział, że
nigdy nie dopuści do tego".10) Toteż Leon Dehon rozpoczął w
Paryżu studia prawa i zakończył je w kwietniu 1864 roku, składając
egzamin doktorski. "Po moim powrocie do La Capelle musiałem znów omawiać
z moją rodziną wielkie problemy powołania. Nie było to łatwe. Ojciec
przyrzekł mi kiedyś, że pozwoli mi na swobodną decyzję gdy zdam egzamin
doktorski, lecz teraz, gdy do tego doszło, nie chciał się na to
zgodzić".11)
Na propozycję swego przyjaciela, Leona Palustre’a, który studiował
archeologię, została zaplanowana podróż w świat. Ojciec się zgodził,
gdyż miał nadzieję, że być może uda mu się odwieść swego syna od planu
wstąpienia do seminarium. W sierpniu 1864 roku Leon Dehon rozpoczął tę
podróż wraz ze swym przyjacielem Palustrem. Marszruta prowadziła przez
Szwarcwald, Szwajcarię, Północne Włochy, Istrię, Dalmację, Albanię,
Grecję, Egipt, Palestynę, Małą Azję, Konstantynopol, Węgry. Tam
przyjaciele się rozdzielili. Leon powracał przez Rzym do La Capelle,
dokąd znów przybył w końcu czerwca 1865 roku. Miał bowiem trzy miesiące
wakacji. Znów rozpoczęły się dyskusje nad jego powołaniem i stały się
one jeszcze twardsze. Dochodzi do przykrych scen rodzinnych: "Ojciec
strasznie cierpiał z powodu mojej decyzji. Nie miał żadnego zrozumienia
dla niej. Wszystkie jego marzenia runęły (...) Matka, na której pomoc
liczyłem całkowicie, niespodziewanie zupełnie mnie opuściła. W swoim
życiu osobistym była pobożna i pragnęła abym ja także był pobożny, ale
kapłaństwo ją przerażało. Obawiała się, że będę potem stracony dla
rodziny, a przede wszystkim dla niej samej. Musiałem opancerzyć swoje
serce, aby odeprzeć skierowane przeciwko mnie ataki. Czasem byłem twardy
dla moich rodziców, lecz musiałem być taki. Powiedziałem im, że jestem
dorosły i chcę być wolny. Zapewnili mnie wreszcie, że pozwolą mi na
wyjazd, ale sceny ze łzami często jeszcze miały miejsce".12)
25 października 1865 roku Leon Dehon wstąpił do Francuskiego Seminarium
Santa Chiara w Rzymie. "Stare, ciasne, wysokie wnętrza, smutne i ciemne.
– Tak charakteryzuje Leon Dehon to seminarium. – Otrzymałem pokój na
piątym czy szóstym piętrze, dokładnie tego nie wiem. Była to mansarda
pokryta dachówką, położona nad kaplicą. Pokój był mały, ogołocony, a
łóżko twarde. Ale cóż to szkodzi? Byłem szczęśliwy. Byłem w swoim
żywiole i byłem szczęśliwy".13)
Nie mógł tego wyraźniej powiedzieć. Słusznie myśli o tym ksiądz
Dorresteijn: "Gdy się opisuje przejście Leona z Paryża do Rzymu, zmianę
jego życia z turysty na seminarzystę, przejście z ruchliwego obcowania
wśród ludzi różnego pokroju do życia skupionego i oderwanego od świata
alumna – miałoby się ochotę mówić o jakimś nowym życiu. Jednak wyrażenie
«nowe życie» byłoby trochę za mocne. Leon Dehon, ten wybraniec losu,
który miał możność zakosztowania wszystkiego, czego prawy młodzieniec w
tym wieku zakosztować może, nie dał się jednak unieść powabom świata.
Prawdziwe jego życie tętniło we wnętrzu, w jego duszy. Spokojnie, ale
nieustannie, rozrastał się w nim zarodek życia złożony w jego duszy
przez chrzest św. Życie wewnętrzne uważał też od samego początku za swój
właściwy ideał. I z tego punktu widziane życie w seminarium stanowiło
jedyne środowisko o sprzyjającej atmosferze, która miała zapewnić
Leonowi rozkwit jego właściwego życia wewnętrznego".14)
Trzeba to było nazwać prawdziwym szczęściem, że kierownictwo
Francuskiego Seminarium Świętej Klary spoczywało wtedy w rękach Księży
Ducha Świętego. Ksiądz Freyd (zmarł w roku 1875) był rektorem seminarium
i pod wpływem tego człowieka, którego Papież nazywał "un santo" –
święty, dostał się młody Dehon. Ks. Freyd interweniował kilka razy, gdy
ojciec Leona ciągle usiłował odsuwać moment święceń kapłańskich swego
syna. Najpierw ojciec zakazał mu pokazywać się w stroju kleryka, gdy
przebywał w domu na wakacjach. Początkowo sam Leon Dehon odwlekał
przyjęcie święceń subdiakonatu ze względu na ojca. W obydwu przypadkach
ks. Freyd po prostu ustalił terminy.
W grudniu 1886 roku otrzymał tonsurę i niższe święcenia, a następnie w
grudniu roku 1867 przyjął święcenia subdiakonatu. Jednakże największy
wpływ na młodego Dehona miał ks. Freyd jako spowiednik i ojciec duchowny
(w Rzymie od 1865 do 1871 roku). Ks. Freyd dał Dehonowi odpis traktatów
ks. Libermanna (Nawrócony Żyd, również członek Zgromadzenia Księży Ducha
Świętego, zmarł w Paryżu w roku 1852, rozpoczęty został jego proces
beatyfikacyjny) o modlitwie. Było to dla Leona wielkim odkryciem. Po
stopniach modlitwy, które są tam opisane, został on wkrótce doprowadzony
do stanu modlitwy, o której wspomina pewnego razu w jednej wzmiance
swego "Dziennika": Dążymy do kontemplacji jak uczył jej Bosseut, w
której jesteśmy wierni w ćwiczeniu koncentracji i umartwienia. Co się
mnie osobiście dotyczy, to mógłbym od swoich pierwszych lat
seminaryjnych zachować te łaski, jeślibym im pozostawał wierny... Pewna,
zbyt wielka aktywność, niedbalstwo lub słabość były winne temu, że je
chwilowo utraciłem. Ale bezgraniczna dobroć Serca Jezusowego ciągle
robiła wszystko, aby mnie do nich na powrót doprowadzić. Nie potrzebuję
żadnej lektury, a także żadnego rozważania, ażeby iść do Serca
Jezusowego z Maryją i moimi Patronami, ażeby potem ofiarować to Serce
Trójcy Przenajświętszej jako Ofiarę. Są to akty, które stały się u mnie
nawykiem. Lecz jakże bardzo teraz muszę wstydzić się, że nie zachowałem
i regularnie nie przymnażałem pierwszych łask".15)
Innym razem akcentuje zjednoczenie z Chrystusem jako istotę takiej
modlitwy. "W tym miesiącu doznałem oświecenia. Polega ono na tym, iż
wydaje mi się, że ćwiczenie zjednoczenia z naszym Panem jest
wyróżniającym się spośród innych ćwiczeń i pomaga nam bardziej niż
wszystkie inne ćwiczenia. Czyż to nie nasz Pan, jedyna przyczyna naszego
powołania, naszego szczęścia i wszelkiego duchowego dobra? To jest
polecenie, które dał mi ks. Freyd, a ja przez to otrzymałem wielkie
łaski. Skoro tylko oddalałem się od niego, opadałem w dół. Zjednoczenie
jest rzeczywiście łaską, i jest to ćwiczenie przez które chcę stać się
świętym. Chcę je definitywnie podjąć. Niczego nie chcę czynić, jak tylko
w zjednoczeniu z Jezusem, przez Jezusa i w Jezusie. «Cor Jesu, quid me
vis facere?» - Serce Jezusa, co chcesz abym czynił? To powinno być teraz
moją jedyną regułą życia".16)
Nie zawsze mu się to udawało, ale zawsze na nowo do swego postanowienia
powracał. "Jak łaskawy był dla mnie nasz Pan. Zwykle nie dopuszcza do
ponownego zjednoczenia, kiedy się ten stan lekkomyślnie utraci. Ja
osobiście trwałem w nim długo, chyba około 26 lat (od 1866 do 1892), po
czym przeżyłem dwadzieścia lat życia, w którym dni dobre przemieszane
były z dniami pełnymi nędzy. A potem powrócił dawny stan".17)
Ten rodzaj modlitwy, który cechował teocentryzm wielkiej Szkoły
Francuskiej, jest kluczem do duchowości O. Dehona. Jest to prawdziwa
modlitwa w imię Jezusa (por. J 14, 3), rozumiana nie jako nazwanie w
formalno-słownym sensie, jakby chodziło o szczególnie podkreśloną
formułkę. Chodzi o rozmawianie z Bogiem, które wypływa z uprawnienia,
siły i postawy moralnej Syna, który modlącego się włącza w swoją własną
relację życiową do Ojca. Ta zaś wypełniona jest utkaną pomiędzy Nimi
dwoma miłością, którą jest Duch Święty. Kiedy więc Syn wyjednywa
modlącemu się człowiekowi przystęp do ojca, to spowija także Ojca i Syna
jednoczącym "vinculum caritatis" (węzeł miłości), który Duch Święty
rozciąga na modlącego się i udziela mu wewnętrznej osobowej siły Bożej
miłości. Z tego na wskroś tajemniczego stanu rzeczy czerpie Apostoł
Paweł wiedząc, iż ostatecznie tym, który błaga i prosi poprzez modlącego
się, jest Duch Święty. "Gdy bowiem nie umiemy się modlić tak jak trzeba,
sam Duch przyczynia się za nami w błaganiach, których nie można wyrazić
słowami" (Rz 8, 26). Chrześcijańska modlitwa jest tutaj rozumiana jako
wejście w krąg życia trynitarnego Boga; jako zmiana życia w Bogu i z
Nim, co już nie jest lansowaniem modelu spotkania zewnętrznego, albo
typem spotkania vis-a-vis. Modlący się nie zadzierzga tylko w ten spsób
więzów z Bogiem: uzyskuje raczej udział w Jego duchowym bycie".18)
Nadaje to modlitwie szczególny rodzaj siły. "Modlitwa jest tak samo
rzeczywistą siłą jak siła przyciągania ziemskiego... Jest to szczególna
moc świata, która może w widoczny sposób przezwyciężać tak zwane prawa
natury" (Alexis Carrel). To nadaje ostateczną jasność i perspektywę;
każda inna perspektywa jest fałszywa. Modlitwa jest sposobem wyjaśnienia
tajemnicy człowieka i rzeczywistości. "W sytuacjach wobec których
zawodzą najmądrzejsi, a najodważniejsi szukają drogi wyjścia, widzi się
niekiedy kogoś, kto ze spokojem czyni to, co słuszne. Można polegać na
tym, iż jest to człowiek, który się modli".19)
Nasza Reguła Życia mówi:
"Uznajemy, że od wierności w modlitwie zależy wierność każdego z nas i
naszych wspólnot (...). Chrystus zaprasza do niej swoich uczniów, a
przede wszystkim swoich przyjaciół. Na to zaproszenie pragniemy
odpowiedzieć (por. Łk 18, 1; Mt 26, 41)" (nr 76).
"Często słuchamy Słowa Bożego. Kontemplujemy miłość Chrystusa w
tajemnicach Jego życia i w życiu ludzi; umocnieni naszym przylgnięciem
do Niego, jednoczymy się z Jego oblacją dla zbawienia świata. W ten
sposób możemy otrzymać «ducha mądrości i objawienia», aby odkryć i
prawdziwie poznać Chrystusa Pana i nadzieję, jaką nam otwiera Jego
wezwanie (Ef 1, 17-18)" (nr 77).
"Przyjmując Ducha Świętego, który modli się za nas i przychodzi z pomocą
naszej słabości (por. Rz 8, 26 nn), chcemy w Synu wielbić i adorować
Ojca, który każdego dnia dokonuje wśród nas dzieła zbawienia i zleca nam
posługę pojednania (por. 2 Kor 5, 18).
"Modlitwa, pozwalając nam na postęp w «poznaniu» Jezusa, zacieśnia więzy
naszego życia wspólnego i otwiera je stale na Jego misję" (nr 78).
ADVENIAT REGNUM TUUM!
Przyjdź Królestwo Twoje!
OJCIEC DEHON I KRÓLESTWO SERCA JEZUSOWEGO
19 grudnia 1868 roku Leon Dehon
został wyświęcony na kapłana. Było to rezultatem ponownej interwencji
ks. Freyda. Święcenia kapłańskie powinny się właściwie odbyć w czerwcu
1869 roku. Ale wtedy rodzice Leona nie mogliby w tej uroczystości
uczestniczyć. Podczas spędzania ostatnich wakacji w ojczyźnie, udało się
Leonowi namówić rodziców, aby pojechali z nim do Rzymu. 22 października
1868 roku wyjechali z La Capelle, po drodze odwiedzili między innymi
Loretto i 3 listopada przybyli do Rzymu. Rodzice chcieli pozostać tu
przez kilka miesięcy – do lutego 1869 roku. Jeśliby święcenia kapłańskie
miały miejsce dopiero w czerwcu, jak to pierwotnie było zaplanowane,
rodziców Leona nie byłoby już wtedy w Rzymie, i nie mogliby tym samym
wziąć udziału w uroczystości, w której ich syn otrzyma święcenia. I tu
ks. Freyd wpadł na szczęśliwy pomysł, a mianowicie by przyśpieszyć
święcenia kapłańskie i podzielił się tym planem z rodzicami Leona. Matka
była zachwycona, ojciec, zwlekając, zaaprobował tylko propozycję. Ale
później realizacja planu miała prawie wzruszający przebieg: "Na 15
listopada moi rodzice i ja mieliśmy wyznaczoną audiencję u Papieża.
Ułożyłem pisemną prośbę i przeżyłem triumf łaski: mój ojciec, który tak
długo był wrogiem mojego powołania, osobiście wręczył Papieżowi prośbę,
która musiała być zatwierdzona, ponieważ musiałbym być wyświęcony
jeszcze przed zakończeniem studiów teologicznych. Pius XI przyjął pismo
i powiedział tylko, że da je kardynałowi wikariuszowi. Tym samym –
wiedziałem to – sprawa była załatwiona".20)
Święcenia miały miejsce w Bazylice Loretańskiej. "Świętość Bazyliki
Loretańskiej stanowi doprawdy nadzwyczajną oprawę dla udzielenia święceń
kapłańskich. Tutaj, na tych płytach począwszy od Konstantyna, tysiące
biskupów i setki tysięcy kapłanów otrzymywali swe święcenia i to bardzo
często z rąk samego następcy św. Piotra (...) Było nas dwustu kandydatów
do przyjęcia święceń kapłańskich: zakonników i kleru diecezjalnego ze
wszystkich narodów, w rozmaitych strojach. Synowie św. Benedykta,
Franciszka, Dominika, z dwudziestu innych rodzin zakonnych; Włochów,
Francuzów, Anglików, Niemców, Hiszpanów, misjonarzy propagandy
wyznaczonych dla Orientu, Afryki, Indii, Oceanii (...). Moi rodzice
klęczeli za mną. Nie mogli się powstrzymać od łez. Ojciec mój nie mógł
nic jeść przez cały dzień (...) Po święceniach szedłem aby zdjąć szaty
liturgiczne. Kiedy się odwróciłem, zobaczyłem moją matkę klęczącą przede
mną na kolanach, oczekującą na moje błogosławieństwo. Tego już było za
wiele, szlochałem ze wzruszenia i wróciłem do seminarium z ojcem i
matką. Byłem wyczerpany.
Mój ojciec został całkowicie zdobyty, przyrzekł przyjąć Komunię św.
Nazajutrz podczas mojej pierwszej Mszy św., i poszedł do spowiedzi do
dobrego monsignore Levela, świętego kapłana nawróconego z judaizmu. W
następnych latach ojciec mój nigdy nie mówił o ks. Levelu bez wielkiego
wzruszenia i wielkiej dla niego wdzięczności".21)
Podczas letnich wakacji, 19 lipca, Leon Dehon odprawił swoje prymicje w
rodzinnym La Capelle. Jego zdrowie nie było wtedy najlepsze. Niektóre
litościwe dusze myślały: Monsieur l’abbé nie odprawi zbyt wielu Mszy.
Monsieur l’abbé osiągnął błogosławiony wiek 82 lat! W jesieni Leon Dehon
powrócił z powrotem do Rzymu. Tam Papież Pius IX bullą "Aeterni patris"
zapowiedział Sobór Watykański I, trwający od 29 czerwca 1868 do 8
grudnia 1869 roku. Do obsługi tegoż Soboru przygotowano z rozmaitych
rzymskich seminariów 24 stenografów, wśród których znalazł się także
Leon Dehon. Sesje Soboru odbywały się w prawym transepcie Katedry Św.
Piotra, gdzie znajdowały się miejsca dla więcej niż siedmiuset
uprawnionych do głosowania uczestników Soboru. Leon Dehon bardzo żywo
przedstawiał swoje czynności stenografa w swoim "Dzienniku".22)
18 lipca 1870 roku został ogłoszony dogmat o nieomylności Papieża (Wśród
błyskawic i grzmotów, bo szalała straszna burza. Wynik głosowania: 535
głosów "za", 2 "przeciw", 55 biskupów wyjechało.), a 19 lipca 1870 roku
Francja wypowiedziała wojnę Niemcom. 20 września tegoż roku Sobór został
odroczony. Leon Dehon ukończył swoje studia składając egzamin doktorski
z prawa.
1 sierpnia 1871 roku czterokrotny doktor powrócił przez Asyż z powrotem
do Francji. Poprosił swojego biskupa Thibaudiera z Soissons o
zwolnienie, ponieważ chciałby zostać zakonnikiem. Myśl o klasztorze już
wcześniej często go absorbowała, lecz jak bardzo była ona niepewna,
można stwierdzić, jeśli się jeszcze raz wyliczy jakie miał plany Leon
Dehon od czasu swoich swięceń kapłańskich:
-
założenie katolickiego uniwersytetu w Nimes, razem z Asumpcjonistami;
- założenie
kongregacji studiów w Rzymie, której członkowie związani czterema
ślubami, rozpowszechnialiby całą rzymską doktrynę, także tę
niezdefiniowaną;
-
plan, aby pracować w Katolickim Uniwersytecie w Loewen;
-
plan współdziałania przy zakładaniu uniwersytetu w Nimes.
Ten ostatni plan był jeszcze najbardziej posunięty. Tu jednak ks. Freyd
dał z Rzymu radę, aby poczekać do uzyskania w tym względzie większej
jasności. 3 października 1871 roku znów oddał się do dyspozycji
biskupowi i – dokładnie miesiąc później – otrzymał nominację na
wikariusza w bazylice w Saint Quentin. Potem następuje w jego życiu
okres działalności społecznej wśród robotników zakładów włókienniczych
miasta, która w pewnej mierze była pracą przełomową i długo jeszcze była
kontynuowana. W roku 1900 ukazał się na przykład 293 stronicowy tom pt.
"La rénovation sociale chrétienne", zawierający konferencje, które
wygłosił Dehon w Rzymie na przestrzeni lat 1897-1900. Także inne jego
książki są wyszczególnione w "Calendarium Dehonianum".
U ks. Dorresteijna znajdujemy krótkie podsumowanie okresu działalności
społecznej O. Dehona. Dorresteijn pisze: "Encyklikę «Rerum novarum»
można przyjąć jako centrum i idealny punkt wyjścia dla działalności
społecznej ks. Dehona, aczkolwiek ks. Dehon pracował społecznie już
prawie 20 lat, kiedy ukazała się ta encyklika (15 maja 1891 rok). W
grudniu 1891 roku zebrała się po raz pierwszy w diecezji Soissons
Społeczna Komisja Studiów, której przewodniczącym został pół roku
później ks. Dehon. Pod jego przewodnictwem powstał znakomity «Manuel
social chrétien», podręcznik który stanowił komentarz do encykliki
«Rerum novarum». Na niezliczonych Kongresach propagował on idee zawarte
w tym podręczniku. Czynił to w duchu chrześcijańskiej demokracji,
chrześcijańskiego ruchu robotniczego. Nie występował przy tym jako
przywódca związkowy, lecz bardziej jako kierownik kierowników. Jego
działalność ukierunkowana była na duchowieństwo i elity laickie, na
Trzeci Zakon".23)
Kilka słów do trzech miejsc w tym krótkim sprawozdaniu może uzmysłowić
jak wielki wpływ musiał posiadać ks. Dehon, że to właśnie od niego
wyszła społeczna odnowa. Najpierw jest to sławny
"Społeczno-chrześcijański podręcznik". "Ten podręcznik poskutkował tak
jak uderzenie pioruna i następujący po nim długi letni deszcz" – pisze
znów ks. Dorresteijn. "Ks. Dehon został w rozmaitych tonach okrzyknięty
jako socjalista, ale o wiele głośniej dźwięczały ze wszystkich stron
pochwały. We Francji podręcznik ten doczekał się pięciu wydań. Giuseppe
Toniolo (sławny socjolog, profesor ekonomii społecznej w Królewskim
Uniwersytecie w Pizie), polecił przetłumaczyć go na język włoski.
Podręcznik ten ukazał się następnie w języku węgierskim, hiszpańskim i
arabskim. Był omawiany we włoskich seminariach, a msgr Doutreloux, znany
biskup – społecznik z Lüttich, rozesłał go swoim duchownym. «Stał się on
w mgnieniu oka klasycznym podręcznikiem dla tych wszystkich, którzy w
ślad za Leonem XIII potrafili podjąć działalność społeczną» - mówi
Prélot. «Tych, którzy tej książce pomiędzy rokiem 1895 a 1910
zawdzięczali swoje wykształcenie, był legion»".24)
Jego działalność skierowana była na duchowieństwo. Typowe dla tej
działalności są Dni Seminarzystów i kursy seminarzystów, a także kursy
dla księży w Val-de-Bois. W tej miejscowości Leon Harmel posiadał
fabrykę (przędzalnię). O. Dehon znał się z Harmelem od 1872 roku i
został jego przyjacielem i duchowym doradcą. Leon Harmel żywił
nadzwyczajną cześć dla Serca Jezusowego i prowadził chrześcijańskie
życie. Jego proces beatyfikacyjny został już rozpoczęty. Leon Harmel
chciał urzeczywistnić słowa O. Dehona: "Chcieć pozbyć się przemysłu to
śmieszna utopia. Musimy chrystianizować fabryki". Harmel, wielki
przyjaciel O. Dehona, wyraził się podobnie: "Musimy ochrzcić maszyny".
Teraz w Val-de-Bois odbywały się wspomniane zebrania dla seminarzystów i
księży. Dni Seminarzystów polegały na tym, że klerycy, na zaproszenie
Leona Harmela, mogli w czasie wakacji odbywać praktyki w fabryce w
Val-de-Bois. W roku 1888 doszło do tego, że odbywające się kursy trwały
zazwyczaj przez tydzień. O tych kursach pisze ks. Haas: "Każdego ranka
po Mszy św. ks. Dehon miał wykład z podsumowującą dyskusją na temat
apostolatu (...). W południe wszyscy uczestnicy kursu zapraszani byli do
stołu Leona Harmela. Podczas posiłku czytano na głos z książki o
zagadnieniach społecznych. Potem następowała wymiana zdań. Po południu
są – podobnie jak rano – dwa posiedzenia z małą przerwą przewidzianą na
prywatną modlitwę. Kolacja jest znów wspólna z rodziną Harmel. Potem
gawędzi się na świeżym powietrzu, albo spędza się wieczór razem z
robotnikami w Domu Związkowym".25)
"Z początku pojawiło się około 30 uczestników kursu. Tych można było
jeszcze w Domu Związkowym fabryki zakwaterować. Ale coraz więcej
napływało zgłoszeń ze wszystkich diecezji. Dla przełożonych seminariów
wydawało się to ważnym, aby posyłać tylko elity. Jednak i tak liczba
biorących udział doszła do stu. Prości robotnicy fabryczni poczytali
sobie za punkt honoru zaprosić do swych skromnych domów kleryków na
nocleg (...). Ks. Dehon, który sam pochodził z arystokratycznych kręgów,
był dla robotników najlepszym wzorem w prostocie swojego bycia i w
naturalności swojego działania. Nie przegapiał wielkich imprez i
otrzymał wkrótce coś jakby rolę najwyższego kierownictwa. Powszechnie
nazywano go "très bon Père".26) W Zgromadzeniu we Francji
tytuł ten pozostał przy Ojcu Dehonie.
Seminarzyści, jako późniejsi księża, wyrażali życzenie kontynuowania
tego kształcenia społecznego. Tak dochodziły również do skutku
konferencje kapłańskie w Val-de-Bois, wśród których najbardziej
wyróżniającymi się były te z roku 1895. Napływ chętnych był tak wielki,
że musiano się przenieść z Val-de-Bois do Saint Quentin, gdzie O. Dehon
oddał im do dyspozycji Kolegium Świętego Jana. Dwustu księży z
trzydziestu diecezji brało w nich udział.
Wreszcie krótka charakterystyka mówcy na Kongresie. Georges Goyan, znany
francuski historyk Kościoła, jeszcze w roku 1932 pisał o mówcy Dehonie:
"Słyszę go jeszcze, jak wyjaśnia naukę Ojca świętego i wyciąga z niej
wnioski. Był imponujący w swej postaci, mocny w swojej teologii, ale
kiedy zaczął mówić, na jego twarzy pojawił się odblask jego wewnętrznej
miłości do dusz; miłości, którą on wzbudzał i odnawiał każdego dnia w
kontemplacji miłości Jezusa. W swoim społecznym apostolacie był on
przede wszystkim uczniem Serca Jezusowego".27)
Podczas swych wikariuszowskich lat w Saint Quentin nadal prowadził
wewnętrzne poszukiwania. Ks. Dorresteijn pisze podsumowując ten odcinek
jego życia: "Ogólnie biorąc ks. Dehon okazale zadebiutował w Saint
Quentin. Jego gorliwość apostolska ujęła szczególnie nowego biskupa,
męża o niespożytej energii, będącego w sile wieku, który zamianował ks.
Dehona jeszcze w pierwszym pięcioleciu jego kapłaństwa kanonikiem. Co
działo się tymczasem w duszy ks. Dehona? «Mój Boże! – jakże mi smutno
gdy widzę jak jesteś ciągle obrażany, i że nie mogę temu przeszkodzić!
– pisze 16 grudnia 1873 roku w swym dzienniku. – Pragnę we wszystkim
spełniać Twoją świętą wolę. Pragnę uczynić wszystko, co w mojej mocy, by
Ci wynagrodzić zniewagi, jakie Cię spotykają».
W swych «Souvenirs» tj. broszurce napisanej do «synów duchowych» z
okazji rozpoczęcia siedemdziesiątego roku życia, pisze, że zawsze
pragnął zostać zakonnikiem, ale że nigdy nie mógł się zdecydować na
ostateczny wybór. «Rozglądałem się tylko stale i starałem się być
cierpliwym. Byłem przepełniony miłością do Serca Jezusa i pragnieniem
wynagrodzenia. Tymczasem zaś poświęciłem się całkowicie dziełu w Saint
Quentin. Dzieło to wiązało mnie coraz silniej i coraz trudniej było mi
oderwać się od niego»".28)
Pewien zwrot w tej permanentnej niepewności spowodowało Kolegium
Świętego Jana. Wraz z nim zostało zapoczątkowane założenie nowego
zgromadzenia. "W końcu postawiłem sobie pytanie, czy nie jest wolą
Opatrzności, aby podjąć coś samemu. Rozmawiałem o tym z naszym dobrym
biskupem Thibaudierem. Ten zastanowił się i wreszcie odpowiedział:
«Ksiądz pragnie założyć stowarzyszenie kapłańskie, ja chętnie widziałbym
Kolegium w Saint Quentin. Mógłby ksiądz zacząć zakładać Stowarzyszenie w
formie Kolegium»".29) Biskup dał mu 14 lipca 1877 roku
pisemne polecenie, aby rozpoczął realizację tego planu. Jeszcze tego
samego dnia Leon Dehon kupił dom Lecomte’a na rue Richelieu. Podczas
rekolekcji, które odprawił przygotowując się do odbycia nowicjatu,
napisał w dniach od 16 do 31 lipca 1877 roku Konstytucje, i z dniem 16
lipca 1877 roku rozpoczął także swój nowicjat.30)
8 września 1877 roku wprowadził się do domu, który zakupił. Dom ten
otrzymał nazwę: "Institution St. Jean" – Kolegium Św. Jana. Na początku
odbywania nowicjatu Leon Dehon przyjął imię: Ojciec Jan od Serca
Jezusowego. Złożenie tego zakonnego imienia: Jan – Serce Jezusa, daje
okazję do późniejszego przedstawienia tego, co Leon Dehon rozumie pod
pojęciem Królestwa Serca Jezusowego. Na razie musimy opisać w kilku
pociągnięciach początkowe stadium Zgromadzenia.
28 czerwca, w uroczystość Najświętszego Serca Pana Jezusa, roku 1878,
Leon Dehon złożył pierwsze śluby. "Oddałem się bez zastrzeżeń Sercu
Jezusowemu. Dla mnie były to już śluby wieczyste".31) Do tego
dołączył jeszcze, jakby nie dosyć jeszcze czynił, wyraźny pakt miłości.
Po jego śmierci znaleziono tekst tego paktu, a na kopercie widniała
błagalna prośba: "Amicitiam tuam pretiosam pauperculo tuo discipulo
reddere non dedigneris. Fiat! Fiat! 28.6.1878". (Przyjaźni Twej cennej
biednemu Twemu uczniowi racz nie odmawiać.) Była to jedyna prośba tego
dnia. Wszystko inne było oddaniem, szczerym oddaniem. Do tego Leon
Dehon, po złożeniu swoich własnych ślubów publicznych, dołożył także
jeszcze prywatny ślub żertwy.
Rozpoczęło się powolne wzrastanie. Pierwszy klasztor został założony:
"Dom Serca Jezusowego". 14 września 1878 roku wprowadzono się tam. Jest
to kolebka naszego Zgromadzenia, dom macierzysty. Zostają przyjęci
pierwsi nowicjusze. W roku 1879 dom ten liczy 14 mieszkańców: dwóch
księży, jeden subdiakom, jeden kleryk z niższymi święceniami, brat
świecki, pierwsi fratres.32) O tym pierwszym roku pisze jeden
z najstarszych ocjów w swoim liście: "Co do początków Zgromadzenia to
myślę, że nie można sprawy idealizować. Było wiele wielkości i piękna,
przede wszystkim w nowicjacie, ale nie wszystko było doskonałe".33)
Tym samym napomknął o rzeczach, które prowadziły do kasaty Zgromadzenia.
Impuls do tego wyszedł od ks. Tadeusza Captiera. Był on nauczycielem,
następnie wstąpił jako brat w 1869 roku do Zgromadzenia Misjonarzy
Najświętszego Serca i tam nadal wykonywał swoją nauczycielską profesję.
W 1874 roku w zagadkowych okolicznościach przyjął wszystkie święcenia w
ciągu jednego tygodnia, a kiedy w kilka lat później został zmuszony do
opuszczenia swego Zgromadzenia, przyjął go w 1879 roku O. Dehon. Z racji
złożenia egzaminu nauczycielskiego został pierwszym dyrektorem St.
Clemens w Fayet, kilka kilometrów na północ od Saint Quentin, pierwszej
szkoły misyjnej Oblatów Serca Jezusowego – tak bowiem na początku
nazywali się członkowie naszego Zgromadzenia.
Ks. Captier przejawiał przesadną pobożność, która nie była wolna od
psychopatycznych skłonności. Twierdził, że miał objawienia za
pośrednictwem aniołów, którzy mu się ukazywali. O. Dehon bardzo szybko
odczuł dziwactwa religijne tego mężczyzny i nazwał je urojeniami i
dziełami diabła. Pomimo tego bardzo zaszkodziły one Założycielowi, gdyż
notatki siostry Marii od Świętego Ignacego zostały później w Rzymie
przedstawione jako tak zwane objawienia ekscentrycznego księdza
Captiera. Siostra Maria należała do Zgromadzenia Służebnic Serca
Jezusowego i była obdarzona mistycznymi łaskami. Ponieważ zapatrywania,
jakie miał O. Dehon co do oddawania czci Sercu Jezusowemu w wielu
punktach były zgodne z tym, co uważała obdarzona tak mistycznymi łaskami
siostra, dlatego wiele z tego znalazło się w powstających tekstach,
które O. Dehon ułożył dla Konstytucji, Reguł i modlitw. Kompetentny
biskup Thibaudier obserwował z troską te przesadne, lub co najmniej
niezdrowe rzeczy, które się pojawiły w szkole anielskiej (école
angélique) w Fayet i zwrócił się w zaufaniu do arcybiskupa Reims.
Stopniowo zbiorą się tego obszerne akta. Wreszcie bp Thibaudier otrzymał
polecenie, aby przesłał wszystkie akta do Rzymu, a więc także i pisma s.
Marii od Św. Ignacego, oraz dziwne notatki księdza Captiera. We wrześniu
1883 roku O. Dehon został wezwany do Rzymu; treść i przebieg tych
przesłuchań nie dotarła do publicznej wiadomości. Lecz mocą dekretru z 3
maja 1883 roku Święte Oficjum dokonało kasaty młodego Zgromadzenia. O.
Dehon otrzymał ten dekret kasacyjny 8 grudnia 1883 roku.34)
Leon Dehon pisze o tym następująco w swym "Dzienniku": "3 grudnia 1883
roku! Rok consummatum est (wykonało się), straszliwy rok. Ileż udręk,
ileż utrapień! Opuściłem wszystko, oderwałem się od wszystkiego;
wszystko złożyłem w ofierze aby założyć Dzieło wynagrodzenia względem
Boskiego śerca, rzeczywiście wszystko: moją karierę, wiele przyjaźni,
nadzieje i pokój mojej rodziny. Wydawało się, że Bóg przyjął moją
ofiarę, udzielając mi wielu łask, a także formalnej zachęty, oraz
przekazując mi swoje słowo – tak mi się wydawało. Znalazłem poparcie u
moich kierowników duchowych, ludzi wybitnych, i u wielu dusz świętych
(Don Bosco). A teraz Kościół wszystko to postawił pod znakiem zapytania.
Wezwano mnie do Świętego Oficjum (najstarsza i najwyższa rangą
kongregacja kardynalska, istniejąca od 1542 roku, obecnie Kongregacja
kardynalska Nauki Wiary). Pozostała mi obawa o rozwiązanie Zgromadzenia.
Po miesiącach pełnych oczekiwania przyszedł wyrok śmierci.
Pozostawaliśmy w grobie nie trzy dni, lecz trzy miesiące. Potem przyszło
małe zmartwychwstanie, Betlejem. Ale przez cały rok jak echo wyroku
śmierci dźwięczało to, rozbrzmiewające każdego dnia: zdumienie i
zniechęcenie wokół mnie, pewien rodzaj rozczarowania jak u uczniów
idących do Emmaus (...) Ten wyrok śmierci otrzymałem w najpiękniejsze
święto – 8 grudnia. Zostałem powalony na ziemię i zdruzgotany. A zatem
łudziłem się. Co powinienem czynić? To, co mi pozostało, to Kolegium Św.
Jana. (Była to jego osobista własność. Wydał na nie w ciagu tych lat 800
000 franków.)35) Ale nie tam mnie ciągnęło, to nie było moje
powołanie (...) Bóg wie jak cierpiałem podczas tych dni śmierci. Bez
szczególnej łaski postradałbym rozum, czy życie".36)
Wzruszający jest list do biskupa Thibaudiera: "Wiadomo Waszej
Ekscelencji, że założyłem Zgromadzenie Oblatów Najświętszego Serca tylko
w tym celu, aby wypełnić wolę Bożą i przyczynić się do Jego chwały (...)
Mój plan przedłożyłem Waszej Ekscelencji (...) Akceptacja Waszej
Ekscelencji była dla mnie słowem Boga (...) A teraz Zbawiciel żąda, abym
zburzył to, co kazał mi zbudować. Nie mogę ani przez chwilę mieć
przeciwnych myśli, ponieważ byłoby to ze wszech miar rzeczą nierozumną.
Mogę tylko wypowiedzieć: Fiat! Ekscelencja wie dobrze jak to jest
bolesne. Śmierć byłaby czymś stokroć lżejszym. Wszystko jest zrujnowane
i zniszczone: honor, włożone finanse, nadzieja i coś więcej, czego nie
jestem w stanie wyrazić. Lecz czymże jest to wszystko? Tym, co mnie
dręczy najbardziej jest myśl, od której nie mogę się uwolnić, że
mianowicie Zbawiciel pragnął tego Dzieła, a ja je unicestwiłem przez
moje niewierności. W tym wszystkim nie chcę widzieć tylko utraty
wielkich łask Bożych, lecz przede wszystkim to, że plany Boże natrafiły
na przeszkodę, a chwała, której On oczekiwał, nie została zrealizowana z
powodu moich przewinień. Jest to ból, którego nic nie może ukoić. A
teraz, Ekscelencjo, składam wszystko w Jego ręce prosząc o przebaczenie
za niedoskonałość mego posłuszeństwa w przeszłości. Jego mądrość i
dobroć będzie umiała ocenić tak wiele powołań kapłańskich i zakonnych,
których nie można załamywać bez lekceważenia ceny ich dusz i łask. Nasze
dzieła, szczególnie Kolegium Św. Jana, są wciągnięte w ten kryzys. Zła
reputacja zaprzepaściłaby je. Wasza mądrość weźmie to wszystko pod
uwagę. Proszę, niech Ekscelencja nie liczy się z moją osobą. Byłbym
bardzo szczęśliwy, gdybym mógł przez wszystkie moje upokorzenia i
poniesione straty wynagrodzić za moje przeszłe winy i ofiarować
Zbawicielowi jakąś rekompensatę. Uczynię wszystko, co Wasza Ekscelencja
mi nakaże w imieniu Kościoła świętego, i to w każdej chwili, według woli
Waszej Ekscelencji.
Ekscelencja wyświadczył mi więcej dobra i okazał więcej współczucia niż
na to zasłużyłem. Proszę jedynie wyprosić dla mnie łaskę, abym pozostał
wiernym w tej bolesnej pokucie, tak jakim byłem dotychczas".37)
Wydaje się, że ta prawowierna i kościelna, a przecież heroiczna postawa,
utorowała drogę do nowego początku. "Biskup Thibaudier pojechał do
Rzymu. Podjął się naszej obrony, i dekret z 28 marca 1884 roku znów
przywrócił nam życie. Przetrzymaliśmy «consummatum est» i oto przyszło
zmartywchwstanie".38) To małe dzieło odżyło znów pod nazwą:
Zgromadzenie Księży Serca Jezusowego. Teraz O. Dehon mógł od nowa
zakładać Królestwo Serca Jezusowego.
O Królestwie Serca Jezusowego mówi on niezliczoną ilość razy. Jest ono
główną treścią jego życia. Aby wyrobić sobie o tym pojęcie musielibyśmy
wyjść od wielkich Apostołów, świętych, piewców Serca Jezusowego, którzy
wszyscy wywarli swój wpływ na O. Dehona. – Od Gertrudy z Helfa
(1256-1302), ks. Jana Eudes (1601-1680), Małgorzaty Marii Alacoque
(1647-1690), Klaudiusza de la Colombiére (zmarł w 1682 roku), lub też
musielibyśmy cytować teksty znajdujące się w książkach O. Dehona. Prośbę
z "Ojcze nasz" zinterpretował również w tym duchu. Artykuł programowy w
czasopismie "Królestwo Serca Jezusowego", które zaczęło się ukazywać od
1 stycznia 1889 roku, zatytułowany jest: "Królestwo Serca Jezusowego w
duszach i społeczeństwie". Pisze w tymże artykule: "Uwielbienie Serca
Jezusowego, które zaczęło się w życiu dusz mistycznych, musi przede
wszystkim zstąpić do ludzi i przeniknąć ich życie społeczne. Będzie ono
dla pożałowania godnego zła naszego moralnego świata nieomylnym znakiem
zbawienia. Panowanie Serca Jezusowego jest wobec tego jak najbardziej
zgodne z duchem czasu. Kto na to spojrzy we właściwy sposób zrozumie, że
nasz kult Serca Jezusowego nie jest po prostu zwykłym, pobożnym
ćwiczeniem, ale że my zdążamy do rzeczywistego odnowienia całego życia
chrześcijańskiego. Tylko Serce Jezusa może znów dać miłość światu, który
o niej zapomniał; ono samo znów odzyska serca mas, serce robotnika,
serca młodzieży. Ten nowy podbój serc z widocznym panowaniem Serca
Jezusowego już się rozpoczął (...) A zatem, przyjdź Królestwo Twoje –
odkupione Królestwo Serca Jezusowego".40)
Tak na podstawie wielu dalszych cytatów układa się obraz tego Królestwa.
Lecz ja chciałbym – jak to już zapowiadałem – wyjść od konkretnego
obrazu do pewnej ilustracji biblijnej Ryszarda Seewalda, która nosi
tytuł: "Serce Jezusa włócznią przebite". A w medytacji do tego obrazu
jest następujący komentarz: "Swoje ilustracje biblijne Ryszard Seewald
malował jedynie w kolorach białym i czarnym. Ale ta skromność daje także
artyście możliwość położenia akcentu na określone wyrażenia za pomocą
odciśniętego kontrastu. Spoglądamy na obraz; trzeba na jakiś czas
pozwolić zadziałać ciszy. Przy tym można poddać radę, aby nie tylko z
bliska oglądać obraz, ale raczej z pewnego dystansu. Artysta zatytułował
ten obraz, jak już powiedział - «Serce Jezusa włócznią przebite». Badamy
czy obraz ogarnia tę treść – próbujemy część po części przebić się do
pełnego wyrazu obrazu. Nie sposób przeoczyć potężnego krzyża w środku
obrazu; wyznacza on swoje linie wertykalne i horyzontalne. Ale pomimo
tego krzyż oddziaływuje jak obiekt do oglądania, jak monstrancja, ażeby
wyeksponować postać umierającego Pana w ściągającym na siebie spojrzenia
obrazie, aby obserwatorowi powiedzieć: «Zobacz zbawienie świata, które
zawisło na drzewie!» Krzyż został mocno wbity w ziemię, zasadzony w
grunt wzgórza Golgoty. Jednakże, kiedy trwamy tak przez moment, to czy
nie odnosi się potem wrażenia, ze łukowaty pagórek staje się czymś
więcej niż wierzchołkiem Golgoty? Czy nie odnosi się wrażenia, jakoby
było to górne sklepienie globusa, kuli ziemskiej? Ale potem wzgórze
Golgoty staje się właściwie drugorzędne, ważne jest, że krzyż wsadzony
jest w sam środek ziemi. Ponadto trudno przeoczyć, że linia wertykalna
krzyża sterczy aż do górnego obrzeża obrazu. Wywołuje to wyraźne
skojarzenie: krzyż wiąże niebo i ziemię, to zaś sprawia wrażenie, iż to,
co się tutaj dokonuje, ma rangę kosmiczną!
Na dalszym planie krzyża kłębią się głębokie ciemności, wydają się być
nieprzeniknione. Także i tutaj chciałbym znów powiedzieć: Pozwólmy
zatrzymać się na moment spojrzeniu, a spostrzeżemy jak ciemność zdaje
się cofać; kurczy się w sobie – miejsce, które zajmuje, staje się coraz
mniejsze i węższe; ciemność ucieka w odległą dal. Ale ciemność, jak to
wszyscy wiemy, jest wypierana tylko przez światło. Tu ciemność ustępuje;
tu zostają wyparte budzące grozę ciemności, ponieważ od krzyża emanuje
światło. Od Ukrzyżowanego wychodzi światło – moc, która sama jedna
ujarzmia i obezwładnia zagęszczoną ciemność.
Na przeciwległej stronie wzgórza położone jest miasto. Czy to Jeruzalem?
Ale czyż nie może to być każde inne miasto? Możemy przyjąć, iż nie
myślimy tu o żadnym określonym mieście, lecz że te budynki służą ogólnie
jako miejsca zamieszkania dla ludzi. Również i tu ciemności cofają się
daleko poza miasto. Światło rozpościera się nad domami, dachami, wieżami
jak gdyby się rozlało jasne słońce. To wszystko chce powiedzieć: «Ludzie
żyją i przeobrażają się teraz pod wielkim i wzniosłym światłem, które
wychodzi od ukrzyżowanego Pana».
Pod krzyżem stoi Maryja, Matka Jezusa. Ale zarazem stoi tu Ona jako
symbol Kościoła i każdego wierzącego chrześcijanina. Jeszcze jest
naznaczona przez ciemność cierpienia, jeszcze jest pochylona pod swoim
bólem, ale już nie jest zamknięta w nieprzeniknionych ciemnościach jak w
więzieniu, które nie ma okien ani drzwi. Nad Nią rozlewa się światło,
które jest mocniejsze od ciemności cierpienia; światło, które wypływa od
Ukrzyżowanego jest już rozpostarte nad Nią jako przychodzące święto
wielkanocne.
Z lewej strony obrazu stoi żołnierz. Można dostrzec tylko połowę jego
postaci. Artysta chce przez to powiedzieć, że jego rola jako żołnierza,
nie ma tu żadnego zasługującego na uwagę znaczenia. Jego włócznia
natomiast, którą trzyma w ręku, jest ważna; ona za pomocą siły
żołnierskiego ramienia dokonuje ważnego, symbolicznego wydarzenia.
Tutaj, podczas tego wydarzenia, nie spełnia ona jedynie roli zimnego
narzędzia zbrodni. Ta włócznia staje się przede wszystkim kluczem, który
otwiera Jezusowe wnętrze. Zatem Jego życie i śmierć stają się zrozumiałe
– poruszająca siła Jego życia i Jego Osoby widoczne: jest to całkowite
poświęcenie, totalna miłość.
Z prawej zaś strony obrazu widnieje postać Jana Apostoła. Na pierwszy
rzut oka wygląda to tak, jakby nie był on zaangażowany wewnętrznie w
pełne cierpienia wydarzenie na Kalwarii. A przecież to on jest właśnie
całym swym sercem i wszystkimi swymi myślami przy umierającym Panu; on
kontemplował moment przebicia Serca Jezusowego. Patrzącemu Jan Apostoł
prezentuje się jako partner do rozmowy; zagaduje go, zaprasza, aby nie
szedł dalej, lecz by się zatrzymał, ponieważ ma mu coś ważnego do
powiedzenia. Swoją prawicą wskazuje objaśniająco na Pana, na Serce
Jezusa, które zostało przebite włócznią żołnierza. Spojrzenie Apostoła
świadczy o wewnętrznym spełnieniu, o głębokim przeświadczeniu, o
świadomości posłannictwa.
Chcemy posłuchać Jana Apostoła, pragniemy usłyszeć co ma nam do
powiedzenia: «Lecz gdy podeszli do Jezusa i zobaczyli, że już umarł, nie
łamali Mu goleni, tylko jeden z żołnierzy włócznią przebił mu bok i
natychmiast wypłynęła krew i woda. Żaświadczył to ten, który widział, a
świadectwo jego jest prawdziwe. On wie, że mówi prawdę, abyście i wy
wierzyli» (J 19, 33-35). Aby ukazać co Jan myśli w tej krótkiej relacji,
chciałbym przywołać słowa teologa Józefa Ratzingera. W swojej książce
pt. «Wprowadzenie do pojęcia chrześcijaństwa» pisze następująco: «W
obrazie przebicia Boku dla Jana szczyt osiąga nie tylko scena
krzyżowania, lecz cała historia Jezusa. Teraz, po sztychu włóczni, który
zakończył Jego ziemskie życie, Jego egzystencja jest całkowicie odkryta;
obecnie jest ona zupełnie skończona, jest całkowicie wolna. Jest On
teraz całkowicie DLA, teraz naprawdę nie jest On już więcej kimś
pojedyńczym, lecz ADAMEM, z którego Boku została utworzona Ewa, nowe
człowieczeństwo. Oto głębokie przedstawienie Starego Testamentu, według
którego kobieta została wzięta z boku mężczyzny, przez co została
wyrażona w niezrównany sposób ich ustawiczna, wzajemna relacja i ich
jedność w człowieczeństwie – historia ta więc zdaje się nawiązywać do
słowa «Bok» (słowo "pleura" tłumaczone najczęściej nieściśle jako
"żebro"). Otwarty Bok nowego Adama powtarza tajemnicę stworzenia
otwartego boku mężczyzny: On jest początkiem rozwoju definitywnej
wspólnoty międzyludzkiej; jako jej symbole występują tu krew i woda, na
które wskazuje Jan, jako na podstawowe chrześcijańskie sakramenty Chrztu
i Eucharystii, a poprzez nie na Kościół, jako znak nowej wspólnoty
ludzi. Ten całkowicie Otwarty, ten byt jako Poczęty i nadal
przepowiadany, a przez to widzialny, jako Ten, kim w najgłębszym wnętrzu
zawsze był: Synem.
Ale wszystko to ukazuje także jakie wymaganie leży w rozważaniu o
przyszłym człowieku, ponieważ człowiek dla drugiego winien być otwarty,
a przez to otwierający nowy początek, to znaczy: człowiekiem w darze,
być człowiekiem ofiarującym się. Przyszłość człowieka leży na krzyżu,
zbawieniem człowieka jest krzyż. I nie opanuje inaczej siebie samego,
dopóki nie pozwoli zburzyć ścian swojej egzystencji spoglądając na
Przebitego włócznią, którego naśladuje, który jako Przebity, Otwarty
otworzył drogę ku przyszłości»".41)
Modlitwa wieczorna, która jest zamieszczona w "Thesaurus precum",
dawniejszym modlitewniku Zgromadzenia, rozpoczyna się następującym
wezwaniem: "Stawmy się przed obecnością naszego Pana Jezusa Chrystusa i
Najświętsze Serce Jego uwielbiajmy". Potem następuje werset z Ewangelii
św. Jana, a wreszcie hymn "Auctor beate saeculi", który również mówi o
Sercu Jezusa jako źródle, w przedostatniej strofie: "Wszak dlatego
włóczni razy, Boku ranę otworzyły, by grzechowe nasze skazy, krwi i wody
zdroje zmyły". I wyborny komentarz O. Dehona jest z nim zgodny:
"Przebicie Najświętszego Serca jest tajemnicą tajemnic, fundamentem
wszystkich innych tajemnic. Dlatego włócznia otworzyła Jego Serce
cielesne, ażebyśmy poznali ranę Jego duchowego Serca – Jego miłość,
która jest źródłem naszego zbawienia i odkupienia. W momencie śmierci
naszego Pana rozdarła się zasłona Świętego Świętych. Miało to identyczne
znaczenie jak cios włóczni.
Jezus Chrystus jest świątynią Boga, a Jego Serce jest Świętym Świętych –
ołtarzem miłości – na którym dokonywały się wszystkie tajemnice i
składane były ofiary. Jest to główne znaczenie otwarcia godnego
uwielbienia Serca Jezusowego. Tajemnica ta przewyższa wszystkie inne,
ponieważ one wszystkie zawierają się w tej jednej".42) Warto
wspomnieć, że w modlitewniku pt. "Panie, pomóż nam się modlić", który
wydał później, w roku 1976, ks. Johannes Kalmer, prowincjał Prowincji
niemieckiej, Serce Jezusa zostało określone jako "wielki znak", oraz że
modlitwa zawarta w tym tytule pozostaje w związku z naszą nazwą: Księża
Serca Jezusowego. I rzeczywiście, biblijny symbol przebitego Serca
wprowadza najlepiej w kult Najśw. Serca Pana Jezusa, zaś bardzo udana
interpretacja ks. Kalmersa do ilustracji obrazu Seewalda unaocznia czego
O. Dehon pragnął: Przez całkowite oddanie się w odpowiedzi na totalny
dar Serca Jezusowego rozpędzić w nas ciemność świata zniewolonego, a w
to miejsce – i tego ma dokonać odnowione i wynagradzające działanie –
światło Zmartwychwstania rozpościerać we wszystkich sercach i w każdym
domu.
Nasza Reguła Życia mówi:
"Zgromadzenie bierze swój początek z doświadczenia wiary Ojca Dehona. To
samo doświadczenie św. Paweł wyraził w następujący sposób: «Obecne życie
moje w ciele, jest życiem wiary w Syna Bożego, który umiłował mnie i
samego siebie wydał za mnie» (Ga 2, 20)".
"Otwarty Bok i przebite Serce Zbawiciela są dla Ojca Dehona najlepszym
wyrazem miłości, której czynnej obecności doświadcza w swoim życiu" (nr
2).
"W miłości Chrystusa, który przyjmuje śmierć jako największy dar swego
życia dla ludzi i jako wyraz synowskiego posłuszeństwa dla Ojca, widzi
Ojciec Dehon jedyne źródło zbawienia".
"Z Serca Chrystusowego, otwartego na krzyżu, rodzi się człowiek o nowym
sercu, ożywiony przez Ducha Świętego i zjednoczony z braćmi i siostrami
we wspólnocie miłości, którą jest Kościół" (nr 3).
"Ojciec Dehon chciał, aby członkowie Zgromadzenia w sposób wyraźny
łączyli swe życie zakonne i apostolskie z oblacją wynagradzającą, którą
Chrystus złożył Ojcu za ludzi" (nr 6).
"Oczekuje on od swoich zakonników, aby byli prorokami miłości i sługami
pojednania ludzi i świata w Chrystusie. Tak zaangażowani razem z Nim, by
zapobiec grzechowi oraz brakowi miłości w Kościele i świecie, oddawać
będą całym swoim życiem, modlitwami, pracami, cierpieniami i radościami
kult miłości i wynagrodzenia, którego pragnie Jego Serce" (nr 7).
"Razem ze św. Janem w otwartym Boku Ukrzyżowanego widzimy znak miłości,
która przez całkowity dar z siebie samej na nowo stwarza człowieka
według Boga.
Konteplując Serce Chrystusa, uprzywilejowany znak tej miłości,
utwierdzamy się w naszym powołaniu. Zaiste zostaliśmy powołani, by
włączyć się w ten nurt zbawczej miłości, oddając się naszym braciom z
Chrystusem i za Jego wzorem. «Po tym poznaliśmy miłość, że On oddał za
nas życie swoje. My także winniśmy oddać życie za braci» (1 J 3, 16) (nr
21).
"Posłany w pełni czasów (...) przez solidarność z ludźmi (...) objawił
miłość Boga i zwiastował Królestwo, świat nowy, obecny już w zalążku
poprzez czynione po omacku wysiłki ludzi; świat, który znajduje swe
wypełnienie ponad wszelkie oczekiwanie, gdy przez Jezusa Bóg będzie
wszystkim we wszystkich (por. Rz 8, 22; 1 Kor 15, 28)" (nr 10).
"Chrystus spełnia swą służbę dla wielu (por. Mk 10, 45). Modlił się, aby
nadeszło Królestwo, które buduje się już teraz przez Jego obecność wśród
nas. Przez swoją mękę i zmartwychwstanie otworzył nas na dar Ducha
Świętego i wolność dzieci Bożych" (nr 10 i 11).
"On jest dla nas Pierwszym i Ostatnim, Żyjącym (Ap 1, 17). W Nim nowy
człowiek został stworzony według Boga w sprawiedliwości i prawdziwej
świętości (por. Ef 4, 24). On pozwala nam wierzyć, że pomimo grzechu,
niepowodzeń i niesprawiedliwości Odkupienie jest możliwe, zaofiarowane i
już obecne. On jest naszą Drogą!" (nr 12).
ECCE VENIO!
Oto przychodzę!
OJCIEC DEHON I NAJŚWIĘTSZA EUCHARYSTIA
"Stoi mi przed oczami ta scena,
jakby to wszystko działo się dopiero niedawno. Nauczyciele filozofii
uczący w wyższych szkołach w Niemczech spotkali się ze swoimi kolegami z
zagranicy na jednym z ważnych kongresów. Jak to jest w zwyczaju przy
takich okazjach, było mnóstwo wspomnień. Było to krótko po wojnie, więc
mówiono o szansie do nauki, o nowych prądach myślenia, o dziejowej
konieczności i o innych, rozmaitych sprawach, jakich można było
oczekiwać w tamtej sytuacji i okolicznościach tamtego czasu. A potem
jeden z tych nauczycieli wstał i powiedział słowo, na które wszyscy
momentalnie nadstawili uszu, ponieważ padło tak niespodziewanie. Poza
tym było zaskakujące i szokujące: «Całą historię świata można zrozumieć
tylko do Chrystusa i po Chrystusie. On jest sensem i jej centrum». Ten,
który to powiedział, nie był bynajmniej teologiem. Podejrzewano go
nieraz, że jest szczególnie gorliwym chrześcijaninem. Jednakże jako
uczony posiadał dobrą reputację".44)
To, co mówił ten uczony o ludzkim, ziemskim Chrystusie, można równie
dobrze powiedzieć o Chrystusie Eucharystycznym. Euchartystia to
misterium. "Misterium oznacza tajemnicę ciągłego Bożego działania, w
której objawia się Bóg, ale jednocześnie także pozostaje utajony.
Misterium nie jest tylko samą myślą, lecz wkroczeniem w historię
człowieka Bożego działania. Dlatego można także powiedzieć: W misterium
wdziera się niebiańska rzeczywistość w obręb starego Aionu».45)
Eucharystia jest najbliższa misterium Paschy, jak to jest ciągle
podkreślane w dokumentach Soboru Watykańskiego II. "Misterium Paschalne,
wielkanocna tajemnica, albo Misterium Paschy oznacza czyn zbawczy Boga
dla nas w Chrystusie, który w śmierci Chrystusa i zmartwychwstaniu
posiada stałe centrum. Z tym Misterium Paschy związana jest zbawcza
łaska, a świętowanie Misterium Paschalnego jest centralną treścią
liturgii".46)
Eucharystia jest zatem owym misterium, w którym – według bardzo starej
modlitwy z liturgii mszalnej – "dokonuje się dzieło naszego odkupienia –
opus nostrae redemptionis exercetur", jak to zostało lapidarnie nazwane.47)
Dlatego można też równie poprawnie mówić o Chrystusie Eucharystycznym,
że jest On losem świata, sensem i centrum ludzkiej historii. Wyrażają to
także odrobinę brzmiące jak hymn, ale wyrażają dobitnie, poetyckie słowa
Teilharda de Chardin o Eucharystii: "Ona uroczo przepaja universum. Jest
ogniem, który pochłania wrzosowisko. Jest uderzeniem, które wprawia w
drganie brąz. W pewnym wtórnym, drugim lecz prawdziwym sensie
sakramentalne postacie ukształtowane są przez całość świata, a trwanie
wszechświata jest czasem, który jest potrzebny do konsekracji". Bardzo
pewnie i w pięknych słowach, określa centralną pozycję Eucharystii dla
katolickich wiernych inny wielki w świecie ducha: "Szczytem katolicyzmu,
tym nieskończenie subtelnym i ważkim puinktem, w którym można się
skupić, jest Eucharystia... Dzięki Eucharystii możemy rzeczywiście
powtórzyć to zdanie, które w innych okolicznościach byłoby oburzające i
niezrozumiałe: «Lecz ja mówię wam prawdę: jest dobrze, że odchodzę»,
ponieważ On nas nie opuszcza". Słowa te pochodzą od francuskiego poety
Paula Claudela, który w Boże Narodzenie 1886 roku przeżył w Paryżu, w
katedrze Notre Dame swoje głośne nawrócenie.48)
Że Eucharystia także u O. Dehona odgrywała wielką rolę, to nie trzeba
tego szczególnie wykazywać. Ćwiczenia, którym pozostał wierny przez całe
życie i które niestrudzenie polecał, są tego dowodem. Były nimi: Godzina
święta, pierwsze piątki miesiąca, adoracja, ale przede wszystkim
naturalnie źródło całej pobożności eucharystycznej – Msza święta. W
swych codziennych notatkach wyznaje przed swą pierwszą Mszą św., którą
odprawi po święceniach kapłańskich: "Wzruszenie było powszechne, a gdy
mój ojciec i matka moja zbliżyli się, aby przyjąć Komunię św., nikt nie
zdołał powstrzymać łez. Co do mnie, to odchodziłem od zmysłów (fou!) z
miłości ku naszemu Panu i pełen bólu z powodu mojej nędzy. Był to
najpiękniejszy dzień mojego życia. Następnego dnia odprawiałem moją
drugą Mszę św. u św. Piotra na grobie Apostoła. Ojciec mój i matka wraz
z ks. Desaire i ks. Le Tallec znów wzięli w
niej udział. Wzruszenie było równie głębokie. Przez cały rok nie
zdołałem odprawić ani jednej Mszy św. nie płacząc. O stypendium mszalnym
nie chciałem słyszeć. Czułem odrazę do łączenia troski o pieniądze z tak
świętą czynnością. Chodziło tu jedynie o Pana, o miłość i
wynagrodzenie".49)
Trochę podobnie informuje o sobie o. René Schweitzer. Mówi się o nim:
"O. René Schweitzer jest wnukiem siostry Alberta Schweitzera i kuzynem
Jeana Paula Sartre’a (matka Sartre’a była matką chrzestną René
Schweitzera). Studiował rolnictwo i w 1920 roku wstąpił do marianistów.
Dzisiaj działa w rozmaitych szkołach rolniczych, jako duszpasterz
młodzieży. Głośna książka André Frossarda, «Bóg istnieje» (jako wydanie
oryginalne odniosła także w przekładzie niemieckim ogromny sukces),
zachęciła również René Schweitzera do opublikowania swojej własnej
książki. Uczynił to w nadziei «wyznaczenia punktów orientacyjnych, które
pozwolą każdemu człowiekowi dobrej woli iść do cudownego światła, które
mi zostało darowane, i tam w nim wzrastać».
W przeciwieństwie do Frossarda Schweitzer od początku jest wierzącym
chrześcijaninem. Jego doświadczenie Boga wyrosło z trwającego już wtedy
18 lat kapłaństwa i życia zakonnego. Jednak nagle, w lipcu 1957 roku,
odkrywa Boga, jako Tego «całkiem innego», Tego «natręta», który
gruntownie zmienia życie człowieka, który Go doświadczył. Powściągliwie,
zwięźle i bez patosu opisuje Schweitzer swoje doznania, których nie
chciał rozumieć pod żadnym warunkiem jako cudownych, ale raczej jako
realne ludzkie doświadczenie".50)
Ile znaczy dla niego Msza św. i Eucharystia, mówi w rozdziale o
Eucharystii i Mszy św. "Jakże często słuchałem objaśnień i wykładów o
mszy świętej. Nie mogę się opędzić od nieprzyjemnego uczucia i jakiegoś
głuchego gniewu kiedy słyszę jak objaśnienie aspektu ofiary w uroczystej
akcji liturgicznej zostaje zręcznie skrywane na korzyść aspektu
wspólnotowego Komunii. Można dobrze nawoływać wiernych, którzy są
zebrani na coniedzielnej celebracji: Do stołu, bracia moi! Chodźcie do
stołu! Idziemy do stołu! Ale należy przy tym przypomnieć na jaką to
ucztę zostali oni zaproszeni. Wierni tylko wtedy komunikują, jeśli
wszyscy oni mają udział w tym samym Chrystusie. Jeśli nie łączyłby ich
Bóg, gdzież byłaby komunia? Czy wszystkie posiłki rodzinne przemieniają
się w komunię? Niestety nie!
Od dnia, w którym Bóg pozwolił mi skorzystać z Jego niezmierzoności, z
której też wywodzi się Jego prawo do chwały, wzbudził w duszy mojej echo
bardzo wielkiej potrzeby modlitwy. W ciągu kilku dni poczułem w swej
słabości jak się urzeczywistniam, jak się wyniszczam. Ale już wkrótce
Msza św. stała się dla mnie jako ta, która odsłania w pełni godny dar
ofiarny, który może spełnić Jego oczekiwanie. Zrozumiałem przede
wszystkim, że posłuszne uniżenie Pana pod moimi rękami osiągnęło
zaledwie trochę bardziej wyobrażalny wymiar. Wydaje mi się także, że
związek pomiędzy tym uniżeniem, a grzechem człowieka znajduje się w
logicznym porządku zbawienia. Zbawiciel chce zniszczyć grzech, zabrać
(nie tylko grzech zakryć, albo zgodzić się na to, że nie będzie go już
więcej widział). Najlepszym środkiem do pokonania zła jest pozwolić na
panowanie przeciwności: W każdym grzechu tkwi pewien rodzaj
zarozumiałości człowieka, który w tym konkretnym przypadku chce
przeprowadzić wolę stworzenia przeciwko świętej woli Stwórcy. W rękach
człowieka, który się impertynencko wywyższył, Syn Boży pozwala się
uniżyć i wyrządzone swemu Ojcu zło znów czyni dobrem. Cały Syn Boży,
jaki jest, przychodzi aby nauczyć człowieka posłuszeństwa.
Czy z tego powodu można by sobie wyobrazić, że ksiądz i jego wierni,
skoro skończą świętowanie Eucharystii, rozchodzą się tak jak przyszli?
Czy przykład ofiarującego się wobec nich i dla nich Chrystusa, a potem
przyjęcie Go poprzez nich do własnych domów nie powinno ich doprowadzić
do tego, aby się w Niego przeobrazili? Czy można tu jeszcze pozostawać
dumnym, będąc nosicielem poniżonego Chrystusa? Dał się w nadmiarze, więc
czy można pozostawać zamkniętym w sobie? Zrezygnował ze wszystkich
swoich praw, a my chicelibyśmy się uczepić kurczowo naszych najbardziej
rozległych praw?
Jaka nauka i jaka siła płynie ze Mszy św.!
Ten aspekt pokuty nie jest jedynym aspektem, ponieważ nie wszystko jest
grzechem w ludzkim życiu. Istnieje też poświęcenie się. Poświęcenie się
ludzkości w Bogu. Powszechne i osobiste oddanie się, bez ograniczeń,
uważające na najlichszą małość, a które pochodzi z góry, ponieważ jest
to Ten jedyny Syn Boga, który przychodzi na ołtarz, aby wszystkie
możliwe formy dizałalności i poruszenia serca człowieka zebrać i przyjąć
w siebie. To był Pan, mam przynajmniej taką nadzieję, który całkiem
cicho podsunął mi modlitwy wstawiennicze za cały świat. Niekiedy ta
krótka droga, którą przebywam idąc do kościoła, gdzie odprawiam Mszę
św., daje mi czas, w którym myślą ogarniam cały rodzaj ludzki.
Przebiegam w myśli szpitale całego świata, więzienia, dzielnice nędzy,
fabryki, pola, również pola bitew bez spokojnych miejsc tkliwości i
radości, które służą zapomnieniu, ponieważ wszystko, co się tam zdarza,
zasługuje na to aby stać się darem do ofiarowania. «Zbierz wszystko,
także okruszyny człowieczeństwa, pozbieraj wszystko co leży wokoło;
właściwie to wszystko nigdy nie mogłoby być wywyższone, jeślibym Ja tego
nie podjął» - wydaje się mówić do mnie Pan. Wierzę w moich braci ludzi:
gdyby oni wszyscy wiedzieli, co ja wiem od Boga, ofiarowaliby się
wszyscy w darze. Dlaczego ja nie mógłbym tego uczynić w ich miejsce?
Kiedy jednego dnia rozmawiałem z pewnym młodym kapłanem o naszych
modlitwach wstawienniczych za świat i dodałem jeszcze nocne lokale, ten
uniósł się: «Ależ nie, to już przesada. Chrystus stał się we wszystkich
rzeczach człowiekiem z wyjątkiem grzechu. Nie można Go przecież czcić
przez dar zła!» «Ty już widziałeś grzech, że tak powiem abstrakcyjnie,
niezależnie od biednego chłopca, który go popełnił? Otóż to! Jego
słabość, która go trochę usprawiedliwia, jego niewiedza, która go może
rujnuje, jego wstręt do cynicznego zachowania się, który czyni go
nieszczęśliwym; to wszystko jest może tylko ścianą ochronną jego
wewnętrznego niepokoju. Czyż to wszystko nie jest ludzkie? Idź, ofiaruj
to wszystko z czym już Pan dojdzie do ładu!». Dlatego nie mogę zrozumieć
dlaczego powątpiewa się o wartości prywatnej Mszy św. dla Kościoła. Czy
nie zależy to od celebrującego kapłana, że dar modlitwy wypełniony jest
gęstością universum?
Nie powiedziałem jeszcze o najważniejszej rzeczy: o zdolności do
nieograniczonego ubóstwienia, którą daje nam Msza św. Wierzę, że ofiara,
którą przedkładamy, jest ofiarą Syna Bożego, w którym Ojciec złożył całe
swoje upodobanie. Wierzę, że On będąc nieustannie doskonałym Bogiem (a
więc całkowicie godzien), jest także doskonałym człowiekiem. Narodził
się z Dziewicy Maryi, poprzez Nią został zaliczony w pokolenie synów
Adama; wytworzył wśród nas wszystkich więzy pokrewieństwa, organiczne
ogniwo, które czyni Go jednym sposród nas. Ofiarujemy więc Dobro, które
posiadamy – najpiękniejsze spośród ludzkich dzieci. Wierzę, że przez
ofiarę na ołtarzu okazujemy Trójcy Przenajświętszej «wszelką cześć i
chwałę», o czym śpiewa Liturgia.
Wierzę zatem, że skoro kładę na korporał kielich i hostię (Tu, na tym
małym czworokącie z tkaniny jest złączona CAŁOŚĆ wszechświata, ponieważ
jest tutaj Bóg, a Bóg jest WSZYSTKIM.), to okazuję w moim własnym
imieniu, i w imieniu Kościoła «wszelką cześć i chwałę» naszemu Bogu. Tak
więc Bóg nie może oczekiwać ode mnie niczego większego i piękniejszego
niż tego Syna, którego ja znów ofiarowałem Bogu. Nie może On oczekiwać
od najdoskonalszego Świętego niczego większego i piękniejszego, ponieważ
nie ma wspólnej miary dla świętości celebrującego i Ofiary. Nie może Bóg
w swoim nieskończonym żądaniu świętości dla siebie wyobrazić sobie i
pragnąć czegoś większego i chwalebniejszego, ponieważ w Jego oczach nie
istnieje nic i nikt, kto dorównuje Jego ukochanemu Synowi, którego ja Mu
ofiarowuję.
Ofiaruję zatem Bogu tak wiele, jak wiele mi dał; zapłaciłem za wszystkie
winy. Odrzuciłem tę poniżającą świadomość ciągle niegodnego syna i tego
wiecznie niewypłacalnego grzesznika. Dlatego na zewnątrz jestem przez
Chrystusa oczyszczony z każdego zabrudzenia, bo On zabiera moje grzechy
i niszczy je w swojej Krwi. I w ten sposób jestem – przez krótki moment
– tak jak tego chce Ojciec, obiektem Jego zadowolenia. Taki stan
równości z Jego jedynym Synem nie będzie chyba trwał więcej niż kilka
minut, ale jutrzejszego dnia znów będzie Msza święta...
Kiedy wstępuję na stopnie ołtarza, nie wykluczam cierpień świata, lecz
nadaję im sens. Przekazuję je Chrystusowi, aby je uchronił przed
nieszczęściem, aby nie były daremne. Myślałem wystarczająco o tym, aby
je chcieć z serca uśmierzać wszędzie tam gdzie je spotkam na mojej
dzisiejszej drodze. Dzisiaj znów przelałem tę Krew za świat, tę Krew,
«której jedna kropla wystarczy, aby uratować ziemię od każdego grzechu».
Okazałem Trójcy Przenajświętszej wszelką «cześć i chwałę» w imieniu
rodzaju ludzkiego. Wierzę, że usprawiedliwiłem stworzenie ziemi".51)
"Przez kilka dni czułem w swej słabości, jak się urzeczywistniam, jak
wyniszczam" – tą paralelą sam początkowo chciałem wskazać na O. Dehona,
który "nie panował nad sobą" (fou!), lecz potem prawie mimowolnie
napisałem cały rozdział o Eucharystii i Mszy św., gdyż nie potrzebowałem
potem zestawiać tego, co O. Dehon napisał o ofierze, adoracji,
wynagrodzeniu, Mszach św. wynagradzających, oddaniu się we Mszy św.
Tu, w tej głębokiej, a przecież poglądowej i łatwo zrozumiałej teologii
Mszy św. O. Schweitzera, jest podsumowane wszystko co znajdujemy także u
O. Dehona. Jednakowo dokładnie jak O. Schweitzer myślał i modlił się O.
Założyciel, kiedy szedł do ołtarza, kiedy stał u ołtarza, kiedy
zstępował po jego stopniach, a także wówczas kiedy odprawiał swoją
codzienną godzinę adoracji. O tym nie pisze Schweitzer, lecz przecież
ołtarz i tabernaculum są ze sobą połączone, bo ołtarz jest jakby
przedłużeniem (elongatur) tabernaculum. Człowiek musi – jak powiada Hans
Urs von Balthasar – realizować to, co dzieje się na ołtarzu, przed
tabernaculum. Wywody Balthasara nie są łatwo zrozumiałe; podobnie trudno
jest mówić i pisać o misterium, a przecież czuje się słuszność gdy
pisze: "Pan przychodzi, to jest Jego akt; ale nie następuje po nim akt
odejścia. Możemy też powiedzieć inaczej: celebrowanie Eucharystii jest
prawdziwym wydarzeniem, jest niejako wtargnięciem wieczności w czas. Ale
nie następuje tu żaden odwrót wieczności z czasu, gdyż wieczność
spotkała się definitywnie z czasem i jest nieustannie w stanie
przechodzenia w czas. A czas i przestrzeń okazały się w darze Chrystusa
«dla nas», «dla wszystkich» środkiem, który przekracza swoje granice w
doczesności i przestrzenności, które są oznaką, że ten dar Jednego jest
darem wiecznego Ojca i wiecznego Ducha...
Dlatego istnieje «komunia duchowa», która nie może zastąpić Komunii
sakramentalnej, ale ona opromienia to wszystko, co na wielkiej uczcie,
którą wydaje Ojciec, można otrzymać w udziale. I dlatego jest
«uwielbienie Najświętszego Sakramentu», gdzie ciągle jest możliwe
przechowywanie po konsekracji Chleba i Wina, widocznego dla wiernych lub
też nie. To uwielbienie jest wspominaniem i wychodzeniem tym
wspomnieniom naprzeciw poprzez serce na ów punkt gdzie odwieczna miłość
wdziera się w czas, a czas został otwarty w wiecznej miłości. Nie może
nikt takiego wspomnienia przeszłości i jej skierowania ku przyszłości w
pełni realizować podczas parafialnej uroczystości".52)
Powinno nam wystarczyć, aby to ogarnąć: Pan przychodzi, to jest Jego
akt; ale nie następuje po nim akt odejścia. To pozostanie ma jednak
swoje uzasadnienie. Aby to w pełni zrealizować, co to pozostanie znaczy
dla nas i co nam ofiaruje, my także musimy pozostać – do Mszy św. musi
być dołączone uwielbienie. Chcemy mocniej połączyć wzajemnie to, czym On
ma udział w człowieczeństwie, a czym my uczestniczymy w wieczności. Jest
to bowiem nieodzowne według pewnego aforyzmu Schweitzera: "Eucharystia:
Istota nieskończona oddaje mi się (...) Jeśli Nieskończony by mi nie
wystarczył, czymże mógłbym żywić moją duszę?".53) To jest
podstawa Jego pozostania. Właśnie w Eucharystii O. Dehon doświadczył
Chrystusa jako Tego "całkiem Innego", który mógł usłyszeć głos jego
serca – "dopominałem się tego z tęsknotą..."
Nasza Reguła Życia mówi:
"Całe nasze życie chrześcijańskie i zakonne znajduje swoje źródło i
osiąga swój szczyt w Eucharystii. Sprawowanie Pamiątki śmierci i
zmartwychwstania Chrystusa jest uprzywilejowanym momentem naszej
wiary..." (nr 80).
"Wezwani do codziennego uczestnictwa w tej ofierze Nowego Przymierza,
jednoczymy się z doskonałą ofiarą, którą Chrystus przedstawia Ojcu, aby
połączyć się z nią przez duchową ofiarę naszego życia (por. Rz 12, 1)".
Jako testament miłości, w którym Chrystus wydaje siebie, by Kościół
urzeczywistniał się w jedności i w ten sposób głosił światu nadzieję –
Eucharystia wywiera wpływ na to wszystko, czym jesteśmy i czym żyjemy
(nr 81).
"Przez sprawowanie Eucharystii zjednoczeni z całym Kościołem we
«wspomnieniu» i w obecności Chrystusa, przyjmujemy Tego, który sprawia,
ze żyjemy razem, który poświęca nas Bogu, i który nieustannie posyła nas
na drogi świata w służbie Ewangelii (por. 1 Kor 11, 24-26)" (nr 82).
"W bardzo ścisłym związku ze sprawowaniem Eucharystii, w adoracji
rozważamy bogactwa tej «tajemnicy naszej wiary», by Ciało i Krew
Chrystusa, pokarm życia wiecznego, przemieniły głębiej nasze życie (por.
J 6, 54, 56)" (nr 83).
"Kult eucharystyczny czyni nas uważnymi na miłość i wierność Chrystusa
przez Jego obecność w naszym świecie. Złączeni z Jego dziękczynieniem i
z Jego wstawiennictwem, jesteśmy wezwani, by służyć przez całe nasze
życie Przymierzu Boga z Jego ludem oraz działać na rzecz zjednoczenia
chrześcijan i wszystkich ludzi (por. 1 Kor 10, 17).
W ten więc sposób chcielibyśmy odpowiedzieć na zaproszenie do spotkania
i do jedności, które kieruje do nas Chrystus w tym uprzywilejowanym
znaku Swojej obecności" (nr 84).
MANETE IN ME, ET EGO IN VOBIS
Wytrwajcie we Mnie, a Ja będę trwał w was (J 15, 4)
OJCIEC DEHON I ŻYCIE ZJEDNOCZENIA
Ks. Yves Ledure, nasz współbrat
z Prowincji Francuskiej Księży Sercanów, który zajmuje się szczegółowo
duchowością naszego Założyciela, napisał: "Zjednoczenie z Chrystusem
pozostaje fundamentem duchowości Ojca Dehona, że tak powiem, jego
infrastrukturą". 54) Infrastruktura jest, można rzec, strukturą, która
leży pod powierzchnią, ale która wszystko utrzymuje i dlatego ciągle na
nowo prześwieca przez powierzchnię. Odnosi się to do życia zjednoczenia
w duchowości O. Dehona. Rzeczywiście nie jest możliwym wymienić jak
często mówił on o tym zjednoczeniu z Chrystusem, z Sercem Jezusa. Jeśli
chcemy zrozumieć jak doszło do tego ukochania Serca Jezusowego, które
takie zjednoczenie czyni prawie nieodzwonym, musimy najpierw sięgnąć do
kultu chrztu św., który mogliśmy stwierdzić u O. Dehona. W związku z tym
wspomnieliśmy przeżycie Bremonda z jednym duchownym, który w pewnym
momencie przerwał z nim rozmowę, aby dokładnie przez minutę uczcić przy
chrzcielnicy godzinę swojego chrztu. Miał on 64 lata i nigdy nie
zaniechał tego ćwiczenia. O. Dehon – podobnie jak ten mężczyzna – miał
żywą świadomość tego, że chrzest ma rangę stworzenia świata. Św. Paweł
powiada: "Jeżeli więc ktoś pozostaje w Chrystusie (a czyni to przez
chrzest), jest nowym stworzeniem. To, co dawne minęło, a oto wszystko
stało się nowe (2 Kor 5, 17). "Przyobleczcie człowieka nowego,
stworzonego według Boga, w sprawiedliwości i prawdziwej świętości" (Ef
4, 24).
Ważne jest to, żeby w tych zdaniach z Biblii, które są przecież
autentycznymi definicjami chrześcijanina, słowo "nowy" prawidłowo
rozumieć. Często słowo "nowy" przyjmujemy bezrefleksyjnie w tym sensie
iż mówimy jak pewien człowiek, który ciężko zachorował, a potem stał się
kwitnąco zdrowy: on jest nowo narodzony. Tutaj odnowienie posiada inny
sens od odnowienia czegoś, co już tu przedtem było. W zdaniach o chrzcie
św. chodzi o bardziej pełną nowość, o autentycznie nowe stworzenie,
które dokonuje się z góry, z Ducha Świętego, podczas gdy drugie pochodzi
z dołu, ze strony ciała. To, co rodzi się tu powtórnie w chrzcie św.,
jest tym nowym człowiekiem w nas. Oczywiście Apostoł nie chce tu
powiedzieć, że odtąd będą w nas dwie osoby, ale z naciskiem uświadamia
nam, że jest czymś zupełnie innym to, co stąd w nas jest, i to, że my
stąd jesteśmy.55)
Józef Pascher, nestor liturgiki, wyjaśniał niegdyś charakter nowego
stworzenia przy uwzględnieniu – chodziło przecież o nowe życie – badań
biologicznych. Pisze on: "Nie może być nic nie świętego, co wyszło z
Bożej ręki i o czym powiedziano: «I widział Bóg, że było dobre» (Rdz 1,
10). To obowiązuje także jeszcze po grzechu, ponieważ nie wszystko co
Pan Bóg stworzył, może stać się całkiem, zupełnie złe. Lecz kiedy Bóg
uwolnił świat od grzechu, to grzesznik nie tylko został przywrócony do
poprzedniego stanu dobra... Nowe istniało i trwa we wspólnocie łaski z
Chrystusem. I tu jest ważne zdanie: "Jeżeli więc ktoś pozostaje w
Chrystusie, jest nowym stworzeniem. To, co dawne minęło, a oto wszystko
stało się nowe" (2 Kor 5, 17). To, co się tu dokonuje, nazwane jest w
innym miejscu Pisma św. udzielaniem się Ducha Świętego, i na nowo jest
to wielka i drogocenna obietnica: «Abyście się przez nie stali
uczestnikami Boskiej natury» (2 P 1, 4). Jest to «współzmartwychwstanie
z Chrystusem dla tych, którzy zostali wraz z Nim pogrzebani w chrzcie
św.» (por. Rz 6, 3). Tym jest rzeczywiście nowe stworzenie. To jest
postęp, ale nie jest to rozwój pierwszego stworzenia do pełnego stanu.
Jest to skok w «nowe», ale też nie jedyne w sensie mutacji. Chodzi tu
przecież o jakościową nowość, o czym można się teologicznie wyrazić, że
jest stworzeniem.
Pierwszego stworzenia dokonuje Bóg, w którym mówi" «niech się stanie».
Nie mówi tak w sensie drugiego stworzenia, ponieważ tutaj dokonuje się
to «nowe», w którym On się nam daruje. W tym akcie darowania się nam
jest zawarte misterium zbawienia w jego wspaniałości i mocy, ale także i
z jego utajeniem i zagadkowością (por. Rz 11, 22-23), jednak o ile duch
ludzki rozumie, że nowość tego aktu darowania się nam Bożej miłości nie
może być osiągnięta poprzez rozwój i mutację. I nie pojmuje się też tego
stworzenia w tym sensie, że Bóg znów wyraża swoje upodobanie, gdyż wtedy
nie pisano by: «A Bóg widział, że to było dobre», lecz, że On mówi, że
to było święte... O tak pojętą świętość chodzi w tym komentarzu. Ona
jest nowym stworzeniem, o które chodzi w religii Jezusa Chrystusa".56)
Dlatego ilustracją tego stanu jest dawniejsza modlitwa podczas
przygotowania kielicha: "Boże, Ty cudownie stworzyłeś człowieka, i
jeszcze cudowniej go odkupiłeś". Obecnie z modlitwy tej pozostał
niestety jedynie cytat z oracji Leona Wielkiego (Leon Wielki, Papież,
440-461). Jednak w liturgii Bożego Narodzenia znajduje się jeszcze do
dziś ta stara, licząca sobie półtora tysiąca lat, oracja. Profesor
Scheffczyk tak pisze na ten temat: "Cudowność tego drugiego stworzenia,
w którym przewyższa ono jeszcze cud pierwszego stworzenia, leży w
najserdeczniejszym zjednoczeniu świata ze Zbawicielem i w głębszej
jedności życia z Bogiem niż urzeczywistniało się ono w pierwszym
stworzeniu i ułaskawieniu."57)
To głęboko paulińskie podejście do nowego życia w nas jest punktem
wyjścia dla życia zjednoczenia z Chrystusem. Aby to poznać, musimy odbyć
okrężną drogę przez Ecole Française (Szkołę Francuską). Abbé Bremond
(1855-1935), członek Akademii Francuskiej, napisał monumentalne dzieło
pt. "Histoire littéraire du sentiment religieux en
France". Dzieło to obejmuje jedenaście tomów, w których autor
przedstawia dzieje życia religijnego we Francji, jakie rozwinęło sie po
wojnach religijnych w tym kraju (od około 1600 roku). Pierwszy tom
zatytułował "L’humanisme dévot", pobożny humanizm. Jego centralnym
punktem jest tu przede wszystkim osoba św. Franciszka Salezego. Drugi
tom traktuje o przenikaniu do Francji mistyki, które to zjawisko było
tak mocne i gwałtowne, iż Bremond zatytułował go "L’invasion mystique".
Trzeci tom z kolei zajmuje się ukierunkowaniem tejże mistyki, właśnie
tej, którą Bremond określił jako Szkołę Francuską, bo od Bremonda
pochodzi ta nazwa. Dotąd – a mówi to sam Bremond – nazywano ją Szkołą
Oratorianów, gdyż kardynał de Bérulle, o którym właśnie będziemy mówić,
założył w 1611 roku francuskie oratorium w Paryżu, podobnie jak św.
Filip Nereusz założył oratorium włoskie. (oratorium = zgromadzenie
księży diecezjalnych).
Jaka zatem jest ta nauka Szkoły Francuskiej? Zatrzymujemy się przy
głównym rozdziale pracy Bremonda.
Cechą charakterystyczną tej szkoły jest mocno zaakcentowany teocentryzm.
Przykładem, który ciągle Bremond odmienia i posługuje się nim dla
wyjaśnienia tego zasadniczego rysu, jest podstawowe rozmyślanie z
"Ćwiczeń" św. Ignacego. Rozpoczynają się one zdaniem: "Homo creatus est,
ut Dominum Deum suum laudet ac revereatur, eique serviens tandem salvus
fiat. – Człowiek jest stworzony po to, aby Boga, swojego Pana, chwalił i
czcił, i służąc Mu, zbawiony został". W zdaniu tym mogę położyć nacisk
na słowo "laudet" – aby chwalił, albo na wyrażenie "salvus fiat" –
zostać zbawionym. Wielu ludzi czyni to ostatnie i wysuwa samego siebie –
swoje własne zbawienie – a nie Boga i Jego chwałę na pierwszy plan
swojego życia religijnego. Pierwsza forma pobożności jest teocentryczna,
druga zaś antropocentryczna. Każdy widzi, że jest to kapitalna różnica,
której następstwa są widoczne na każdym kroku. Bremond ukazuje to
ponownie na podstawie metody ignacjańskiej. W tej metodzie wszystko jest
zrozumiałe; jest to cudownie wypracowany system ćwiczeń i instrukcji, a
wszystko to w celu, aby – jak głosi tytuł książeczki "Ćwiczeń" – "Niech
się człowiek samego siebie uczy przezwyciężać, swoje życie uporządkować,
a od każdej nieuporządkowanej skłonności się uwalniać".
Inaczej Szkoła Francuska. Zwraca się ku Bogu-Człowiekowi Jezusowi
Chrystusowi, ku "mystére", jak się ciągle nazywa w Szkole Francuskiej,
ku misterium, ku tajemnicy Jezusa Chrystusa. "Mystére" stało się dla
Berulle’a ulubionym naczyniem dla tych głębokich, intymnych i
niewymownych rzeczy, jakie oglądał i zdobył z bogactwa Jezusa Chrystusa.
To doprowadza go do tego, że mówi o misteriach (w liczbie mnogiej)
Jezusa, których zasadniczo zna niezliczoną ilość, to znaczy znajduje w
każdym najmniejszym czynie Jezusa, o którym donosi Ewangelia, w każdym
słowie, a nawet w każdym nauczaniu Jego życia w ogóle – jeśli nawet
Ewangelia niczego specjalnego o tym nie mówi – treść, która jest dla nas
w specjalny sposób przystępna. Pojęcie misterium służy mu więc do tego,
aby życie Jezusa historycznego opisać w najdrobniejszych szczegółach;
wyprowadzić ze strony czysto historycznej w teraźniejszość i
uprzystępnić je człowiekowi.58)