Powrót | Nowości Założyciel | Sylwetki | Serce Jezusa | Nauka społ. | Kazania o o. Dehonie

  mapa serwisu                                                                                                                                                          BEATYFIKACJA

  O. Jan Leon Dehon SCJ
 Ks. Wilhelm Recker SCJ

  Przedmowa

Ojciec Dehon

... i modlitwa

... i Królestwo Serca Jezusowego

... i Najświętsza Eucharystia

... i życie zjednoczenia

... i jego dzieło

Rys statystyczny

Przypisy


 PRZEDMOWA

"Zgromadzeniu
Księży Najświętszego Serca Jezusowego,
któremu zawdzięczam szczęście mojego życia"
Autor

Kto będzie czytał tę małą książeczkę, ten znajdzie w niej krótki opis życia Ojca Dehona, Założyciela Zgromadzenia Księży Najświętszego Serca Pana Jezusa. Związana jest ona z kilkoma głównymi tematami jego duchowości. Stąd tytuł: "Ojciec Dehon i (...)". Zakończeniem każdego rozdziału są urywki cytowane z naszej Reguły Życia, które ilustrują jego treść. Część końcowa tej pracy zawiera zestawienie statystyczne i historyczne informacji, które przedstawiają stan Zgromadzenia Księży Sercanów.

Będę szczęśliwy jeśli okaże się, że po tylu latach Ojciec Dehon ma jeszcze coś do powiedzenia ludziom współczesnym.

 Handrup, 15 lutego 1978 r.

w święto łogosł. Klaudiusza de la Colombière.

Ks. Wilhelm Recker SCJ 

DOMINE, QUID ME VIS FACERE?
Panie, co chcesz abym czynił?
 

OJCIEC DEHON I MODLITWA

Kiedy w roku 1943, w setną rocznicę urodzin Założyciela Zgromadzenia Księży Sercanów, ukazały się "Extraits du Journal du Peré J. L. Dehon", wówczas dla wielu stało się jasne co jest najważniejsze dla zrozumienia O. Dehona i jego Zgromadzenia. "Extraits" to są wypisy z jego "Dziennika". Manuskrypt tegoż "Dziennika" (znajduje się w Archiwum Zgromadzenia w Rzymie) składa się z 60 zeszytów, z których jest 15 zeszytów czarnych dużego formatu i 45 szarych o mniejszym formacie. W czarnych zeszytach noszących tytuł "Notes sur l’histoire de ma vie" (z historii mojego życia), streścił O. Dehon – w roku 1886, na podstawie notatek i listów – swoje życie do tego właśnie roku (1843-1886). Od roku 1886 prowadził nadal swój dziennik, aż do swej śmierci (1886-1925).1)

O tych codziennych notatkach pisze on w roku 1915: "Codziennie robię notatki. Święty Ignacy czynił to przez trzydzieści lat. Przed jego śmiercią w znacznej części zostały zniszczone, gdyż traktowały o nadzwyczajnych i wspaniałych łaskach, których dostąpił, a które służyły jego chwale. Moje notatki mogą jedynie posłużyć na użytek historii Zgromadzenia. Pod koniec mego życia uczynię to, co podszepnie mi łaska".2) Można to poczytać za szczęście, iż O. Dehon nie spalił u kresu życia swoich zeszytów. Wiele epizodów z historii Zgromadzenia pozostałoby nieznanych. Przede wszystkim doświadczamy czegoś, co tylko w ten sposób jest możliwe doświadczyć. Wejdźmy na moment w jego wnętrze. Tam już zaczyna się rozwijać nowy człowiek (Ef 2, 15), i posiada to – jak potem zobaczymy – nadzwyczajne znaczenie dla O. Dehona. Znaczące tu jest pewne miejsce w jego dzienniczku, które wywołuje wspomnienie jego pierwszej Komunii świętej. Chciał już przyjąć Komunię św. w wieku dziewięciu lat, lecz dopiero w uroczystość Zesłania Ducha Świętego, 4 czerwca 1854 roku, pozwolono mu na to. Miał wtedy jedenaście lat.

"Lekcje katechizmu były suche" – pisze. Jednocześnie przygotowanie, jakie dała mu matka, nadzwyczaj pobożna pani, stanowiło dla niego nieocenioną wartość. A dalej pisze: "Pojąłem, że chodziło tu o wielkie rzeczy. Przygotowałem się do nich dobrze i doznałem rzeczywiście mocnego działania łaski. Ceremonie odnowienia przyrzeczeń chrzcielnych, poświęcenie się Matce Bożej, stoją mi jeszcze żywo w pamięci. Przewodniczyłem odnowieniu przyrzeczeń chrzcielnych. Przypominam sobie pewien szczegół z tego dnia. Dobry doktor F., przyjaciel rodziny, przyszedł do naszego domu. W jego i mojej obecności oceniono, że dobrze przewodniczyłem modlitwie. Odczuwałem badawcze spojrzenie doktora, który  obawiał się, że moja własna duma może zmącić czystość tego, tak wspaniałego, dnia. Sądził tak dlatego, że stać mnie było na więcej – stojąc na balkonie nie mógł mnie zrozumieć. Ale w tym dniu wzniosłem się ponad moją zarozumiałość. Nie byłem podatny na ludzką chwałę. Poczułem bardzo wyraźne dotknięcie łaski".3)

To, co się teraz zaczęło, jest świadomym życiem nowego człowieka i będzie kontynuowane przez całe jego życie. Znamienne jest tutaj zdanie z rozdziału o jego chrzcie, w którym O. Dehon przyznaje się do pewnego rodzaju kultu wspomnienia swego chrztu. "Zostałem ochrzczony 24 marca (1843) w biednym kościele w La Capelle... Ten dzień 24 marca był świętem małego męczennika Symeona, ale przede wszystkim dzień pierwszych Nieszporów z uroczystości Zwiastowania Maryi". Jest to pewien zwrot w myśleniu, który wyraża znaczenie dnia chrztu i szczęście, które jeszcze się potęguje poprzez głębokie złączenie myśli następnych zdań: "Byłem szczęśliwy mogąc później łączyć wspomnienie mego chrztu ze słowami Pana Jezusa": «Ecce venio». To spotkanie obdarzyło mnie wielką ufnością. «Oto idę» Serca Jezusowego wsparło i pobłogosławiło moje wejście w życie chrześcijańskie. Pan Jezus z pewnością nie weźmie mi tego za złe jeśli dopatrywać się w tym będę gestu Opatrzności w kierunku mego obecnego powołania jako kapłana oddanego bez reszty Najświętszemu Sercu". A dalej następuje opis kultywowania dnia chrztu. "Nadal pielęgnowałem wspomnienie mojego chrztu. W Kolegium z upodobaniem odnawiałem moje przyrzeczenia chrzcielne. W Rzymie szczęśliwym trafem wpadła mi w ręce piękna książka ćwiczeń świętej Gertrudy. Używałem jej do odnowienia we mnie łaski chrztu świętego. Za każdym razem, kiedy przyjeżdżałem na wakacje, odprawiałem pobożną pielgrzymkę do chrzcielnicy i ściskało mi się serce, kiedy musiałem skonstatować, iż stare urny w ołtarzu całkowicie zniknęły".4)

Jeszcze w roku 1925, w roku swojej śmierci, gdy znów nadeszło (już po raz osiemdziesiąty drugi) wspomnienie dnia jego chrztu, pisał: "24 marca odnowiłem wraz ze św. Gertrudą wspomnienie mojego chrztu, aby odnowić jego łaski: egzorcyzmy, wyznanie wiary, poświęcenie się, namaszczenie, nowe życie, które symbolizuje biała szata".5) To obrazuje jak bardzo Leon Dehon przejmował się znaczeniem tego dnia, o którym też w książeczce Eugena Waltera "O wspaniałościach chrztu" jest napisane: "Dzień ten jest ważniejszy niż Niedziela Biała; jest on ważniejszy od święceń kapłańskich, albo od profesji zakonnej! Wszystkie inne łaski można jedynie doskonalić, które zostały zapoczątkowane właśnie w tym dniu, w którym zesłana zostaje na nas łaska Bożego zmiłowania, gdzie sam Bóg wstępuje do naszego wnętrza i gdzie my zostajemy wprowadzeni w najbardziej zażyłe obcowanie trzech Osób Boskich".6)

A dalej Walter donosi o podobnym przypadku czci chrztu św., jak to opisuje Bremond, autor historii pobożności we Francji po wojnach religijnych (od 1600 roku), jaki przeżył z jednym ze znanych mu księży: "Gdy go odwiedziłem pewnego dnia, przerwał nagle w środku rozpoczętej rozmowy, spojrzał na zegar i powiedział: «To jest godzina mojego chrztu, otrzymanego przed sześćdziesięciu cztery laty. Proszę pozwolić mi pójść do kaplicy. To ćwiczenie mnie wiele kosztuje, lecz nigdy go nie zaniedbałem»".7) Zobaczymy później jakie znaczenie ma dla duchowości O. Dehona ten kult chrztu św., kiedy będziemy mówić o życiu zjednoczenia.

1 października 1855 roku Leon Dehon zaczął uczęszczać do Kolegium w Hazebroeck we francuskiej Flandrii. Ćwiczenia, które tam odprawiał, sprawiały za każdynm razem w jego duszy głęboki smutek. Myśl, aby zostać księdzem, powracała, i wkrótce bardzo się nasiliła. "Pierwsze wezwanie Boga jest ciemne. W pierwszym roku myśl o kapłaństwie nawiedzała mnie tylko niekiedy. W czasie rekolekcji na drugim roku zrobiłem mocne postanowienie. W noc Bożego Narodzenia 1856 roku stało się ono definitywną decyzją. Zadziwiające jest to, że od tamtej nocy moje postanowienie ani razu nie zostało poważnie zachwiane".8) Jednak mogłoby to bardzo łatwo nastąpić. Otóż ze strony jego ojca rozpoczyna się twardy i długo utrzymujący się opór. O jego ojcu tak czytamy w "Dzienniku" Dehona: "W gimnazjum porzucił on praktyki życia chrześcijańskiego, lecz zachował szacunek i uznanie dla tego sposobu życia".9)

Pod wrażeniem święceń kapłańskich swego syna, które przeżywał w Rzymie, ojciec powrócił do praktyk religijnych. Jednakże było to dopiero w 1868 roku. Teraz, w sierpniu 1859 roku, gdy Leon po świetnie zdanych egzaminach wracał z Hazebroeck i oznajmił rodzicom o pragnieniu zostania kapłanem, uderzyło to w nich jak błyskawica. Ojciec nie przyjmował do wiadomości tego planu Leona. "Prosiłem go aby mi pozwolił wstąpić do Saint Suplice (znane Seminarium Duchowne w Paryżu). Odpowiedział, że nigdy nie dopuści do tego".10) Toteż Leon Dehon rozpoczął w Paryżu studia prawa i zakończył je w kwietniu 1864 roku, składając egzamin doktorski. "Po moim powrocie do La Capelle musiałem znów omawiać z moją rodziną wielkie problemy powołania. Nie było to łatwe. Ojciec przyrzekł mi kiedyś, że pozwoli mi na swobodną decyzję gdy zdam egzamin doktorski, lecz teraz, gdy do tego doszło, nie chciał się na to zgodzić".11)

Na propozycję swego przyjaciela, Leona Palustre’a, który studiował archeologię, została zaplanowana podróż w świat. Ojciec się zgodził, gdyż miał nadzieję, że być może uda mu się odwieść swego syna od planu wstąpienia do seminarium. W sierpniu 1864 roku Leon Dehon rozpoczął tę podróż wraz ze swym przyjacielem Palustrem. Marszruta prowadziła przez Szwarcwald, Szwajcarię, Północne Włochy, Istrię, Dalmację, Albanię, Grecję, Egipt, Palestynę, Małą Azję, Konstantynopol, Węgry. Tam przyjaciele się rozdzielili. Leon powracał przez Rzym do La Capelle, dokąd znów przybył w końcu czerwca 1865 roku. Miał bowiem trzy miesiące wakacji. Znów rozpoczęły się dyskusje nad jego powołaniem i stały się one jeszcze twardsze. Dochodzi do przykrych scen rodzinnych: "Ojciec strasznie cierpiał z powodu mojej decyzji. Nie miał żadnego zrozumienia dla niej. Wszystkie jego marzenia runęły (...) Matka, na której pomoc liczyłem całkowicie, niespodziewanie zupełnie mnie opuściła. W swoim życiu osobistym była pobożna i pragnęła abym ja także był pobożny, ale kapłaństwo ją przerażało. Obawiała się, że będę potem stracony dla rodziny, a przede wszystkim dla niej samej. Musiałem opancerzyć swoje serce, aby odeprzeć skierowane przeciwko mnie ataki. Czasem byłem twardy dla moich rodziców, lecz musiałem być taki. Powiedziałem im, że jestem dorosły i chcę być wolny. Zapewnili mnie wreszcie, że pozwolą mi na wyjazd, ale sceny ze łzami często jeszcze miały miejsce".12)

25 października 1865 roku Leon Dehon wstąpił do Francuskiego Seminarium Santa Chiara w Rzymie. "Stare, ciasne, wysokie wnętrza, smutne i ciemne. – Tak charakteryzuje Leon Dehon to seminarium. – Otrzymałem pokój na piątym czy szóstym piętrze, dokładnie tego nie wiem. Była to mansarda pokryta dachówką, położona nad kaplicą. Pokój był mały, ogołocony, a łóżko twarde. Ale cóż to szkodzi? Byłem szczęśliwy. Byłem w swoim żywiole i byłem szczęśliwy".13)

Nie mógł tego wyraźniej powiedzieć. Słusznie myśli o tym ksiądz Dorresteijn: "Gdy się opisuje przejście Leona z Paryża do Rzymu, zmianę jego życia z turysty na seminarzystę, przejście z ruchliwego obcowania wśród ludzi różnego pokroju do życia skupionego i oderwanego od świata alumna – miałoby się ochotę mówić o jakimś nowym życiu. Jednak wyrażenie «nowe życie» byłoby trochę za mocne. Leon Dehon, ten wybraniec losu, który miał możność zakosztowania wszystkiego, czego prawy młodzieniec w tym wieku zakosztować może, nie dał się jednak unieść powabom świata. Prawdziwe jego życie tętniło we wnętrzu, w jego duszy. Spokojnie, ale nieustannie, rozrastał się w nim zarodek życia złożony w jego duszy przez chrzest św. Życie wewnętrzne uważał też od samego początku za swój właściwy ideał. I z tego punktu widziane życie w seminarium stanowiło jedyne środowisko o sprzyjającej atmosferze, która miała zapewnić Leonowi rozkwit jego właściwego życia wewnętrznego".14)

Trzeba to było nazwać prawdziwym szczęściem, że kierownictwo Francuskiego Seminarium Świętej Klary spoczywało wtedy w rękach Księży Ducha Świętego. Ksiądz Freyd (zmarł w roku 1875) był rektorem seminarium i pod wpływem tego człowieka, którego Papież nazywał "un santo" – święty, dostał się młody Dehon. Ks. Freyd interweniował kilka razy, gdy ojciec Leona ciągle usiłował odsuwać moment święceń kapłańskich swego syna. Najpierw ojciec zakazał mu pokazywać się w stroju kleryka, gdy przebywał w domu na wakacjach. Początkowo sam Leon Dehon odwlekał przyjęcie święceń subdiakonatu ze względu na ojca. W obydwu przypadkach ks. Freyd po prostu ustalił terminy.

W grudniu 1886 roku otrzymał tonsurę i niższe święcenia, a następnie w grudniu roku 1867 przyjął święcenia subdiakonatu. Jednakże największy wpływ na młodego Dehona miał ks. Freyd jako spowiednik i ojciec duchowny (w Rzymie od 1865 do 1871 roku). Ks. Freyd dał Dehonowi odpis traktatów ks. Libermanna (Nawrócony Żyd, również członek Zgromadzenia Księży Ducha Świętego, zmarł w Paryżu w roku 1852, rozpoczęty został jego proces beatyfikacyjny) o modlitwie. Było to dla Leona wielkim odkryciem. Po stopniach modlitwy, które są tam opisane, został on wkrótce doprowadzony do stanu modlitwy, o której wspomina pewnego razu w jednej wzmiance swego "Dziennika": Dążymy do kontemplacji jak uczył jej Bosseut, w której jesteśmy wierni w ćwiczeniu koncentracji i umartwienia. Co się mnie osobiście dotyczy, to mógłbym od swoich pierwszych lat seminaryjnych zachować te łaski, jeślibym im pozostawał wierny... Pewna, zbyt wielka aktywność, niedbalstwo lub słabość były winne temu, że je chwilowo utraciłem. Ale bezgraniczna dobroć Serca Jezusowego ciągle robiła wszystko, aby mnie do nich na powrót doprowadzić. Nie potrzebuję żadnej lektury, a także żadnego rozważania, ażeby iść do Serca Jezusowego z Maryją i moimi Patronami, ażeby potem ofiarować to Serce Trójcy Przenajświętszej jako Ofiarę. Są to akty, które stały się u mnie nawykiem. Lecz jakże bardzo teraz muszę wstydzić się, że nie zachowałem i regularnie nie przymnażałem pierwszych łask".15)

Innym razem akcentuje zjednoczenie z Chrystusem jako istotę takiej modlitwy. "W tym miesiącu doznałem oświecenia. Polega ono na tym, iż wydaje mi się, że ćwiczenie zjednoczenia z naszym Panem jest wyróżniającym się spośród innych ćwiczeń i pomaga nam bardziej niż wszystkie inne ćwiczenia. Czyż to nie nasz Pan, jedyna przyczyna naszego powołania, naszego szczęścia i wszelkiego duchowego dobra? To jest polecenie, które dał mi ks. Freyd, a ja przez to otrzymałem wielkie łaski. Skoro tylko oddalałem się od niego, opadałem w dół. Zjednoczenie jest rzeczywiście łaską, i jest to ćwiczenie przez które chcę stać się świętym. Chcę je definitywnie podjąć. Niczego nie chcę czynić, jak tylko w zjednoczeniu z Jezusem, przez Jezusa i w Jezusie. «Cor Jesu, quid me vis facere?» - Serce Jezusa, co chcesz abym czynił? To powinno być teraz moją jedyną regułą życia".16)

Nie zawsze mu się to udawało, ale zawsze na nowo do swego postanowienia powracał. "Jak łaskawy był dla mnie nasz Pan. Zwykle nie dopuszcza do ponownego zjednoczenia, kiedy się ten stan lekkomyślnie utraci. Ja osobiście trwałem w nim długo, chyba około 26 lat (od 1866 do 1892), po czym przeżyłem dwadzieścia lat życia, w którym dni dobre przemieszane były z dniami pełnymi nędzy. A potem powrócił dawny stan".17)

Ten rodzaj modlitwy, który cechował teocentryzm wielkiej Szkoły Francuskiej, jest kluczem do duchowości O. Dehona. Jest to prawdziwa modlitwa w imię Jezusa  (por. J 14, 3), rozumiana nie jako nazwanie w formalno-słownym sensie, jakby chodziło o szczególnie podkreśloną formułkę. Chodzi o rozmawianie z Bogiem, które wypływa z uprawnienia, siły i postawy moralnej Syna, który modlącego się włącza w swoją własną relację życiową do Ojca. Ta zaś wypełniona jest utkaną pomiędzy Nimi dwoma miłością, którą jest Duch Święty. Kiedy więc Syn wyjednywa modlącemu się człowiekowi przystęp do ojca, to spowija także Ojca i Syna jednoczącym "vinculum caritatis" (węzeł miłości), który Duch Święty rozciąga na modlącego się i udziela mu wewnętrznej osobowej siły Bożej miłości. Z tego na wskroś tajemniczego stanu rzeczy czerpie Apostoł Paweł wiedząc, iż ostatecznie tym, który błaga i prosi poprzez modlącego się, jest Duch Święty. "Gdy bowiem nie umiemy się modlić tak jak trzeba, sam Duch przyczynia się za nami w błaganiach, których nie można wyrazić słowami" (Rz 8, 26). Chrześcijańska modlitwa jest tutaj rozumiana jako wejście w krąg życia trynitarnego Boga; jako zmiana życia w Bogu i z Nim, co już nie jest lansowaniem modelu spotkania zewnętrznego, albo typem spotkania vis-a-vis. Modlący się nie zadzierzga tylko w ten spsób więzów z Bogiem: uzyskuje raczej udział w Jego duchowym bycie".18)

Nadaje to modlitwie szczególny rodzaj siły. "Modlitwa jest tak samo rzeczywistą siłą jak siła przyciągania ziemskiego... Jest to szczególna moc świata, która może w widoczny sposób przezwyciężać tak zwane prawa natury" (Alexis Carrel). To nadaje ostateczną jasność i perspektywę; każda inna perspektywa jest fałszywa. Modlitwa jest sposobem wyjaśnienia tajemnicy człowieka i rzeczywistości. "W sytuacjach wobec których zawodzą najmądrzejsi, a najodważniejsi szukają drogi wyjścia, widzi się niekiedy kogoś, kto ze spokojem czyni to, co słuszne. Można polegać na tym, iż jest to człowiek, który się modli".19)

Nasza Reguła Życia mówi:

"Uznajemy, że od wierności w modlitwie zależy wierność każdego z nas i naszych wspólnot (...). Chrystus zaprasza do niej swoich uczniów, a przede wszystkim swoich przyjaciół. Na to zaproszenie pragniemy odpowiedzieć (por. Łk 18, 1; Mt 26, 41)" (nr 76).

"Często słuchamy Słowa Bożego. Kontemplujemy miłość Chrystusa w tajemnicach Jego życia i w życiu ludzi; umocnieni naszym przylgnięciem do Niego, jednoczymy się z Jego oblacją dla zbawienia świata. W ten sposób możemy otrzymać «ducha mądrości i objawienia», aby odkryć i prawdziwie poznać Chrystusa Pana i nadzieję, jaką nam otwiera Jego wezwanie (Ef 1, 17-18)" (nr 77).

"Przyjmując Ducha Świętego, który modli się za nas i przychodzi z pomocą naszej słabości (por. Rz 8, 26 nn), chcemy w Synu wielbić i adorować Ojca, który każdego dnia dokonuje wśród nas dzieła zbawienia i zleca nam posługę pojednania (por. 2 Kor 5, 18).

"Modlitwa, pozwalając nam na postęp w «poznaniu» Jezusa, zacieśnia więzy naszego życia wspólnego i otwiera je stale na Jego misję" (nr 78).

 

ADVENIAT REGNUM TUUM!
Przyjdź Królestwo Twoje!
 

OJCIEC DEHON I KRÓLESTWO SERCA JEZUSOWEGO

 19 grudnia 1868 roku Leon Dehon został wyświęcony na kapłana. Było to rezultatem ponownej interwencji ks. Freyda. Święcenia kapłańskie powinny się właściwie odbyć w czerwcu 1869 roku. Ale wtedy rodzice Leona nie mogliby w tej uroczystości uczestniczyć. Podczas spędzania ostatnich wakacji w ojczyźnie, udało się Leonowi namówić rodziców, aby pojechali z nim do Rzymu. 22 października 1868 roku wyjechali z La Capelle, po drodze odwiedzili między innymi Loretto i 3 listopada przybyli do Rzymu. Rodzice chcieli pozostać tu przez kilka miesięcy – do lutego 1869 roku. Jeśliby święcenia kapłańskie miały miejsce dopiero w czerwcu, jak to pierwotnie było zaplanowane, rodziców Leona nie byłoby już wtedy w Rzymie, i nie mogliby tym samym wziąć udziału w uroczystości, w której ich syn otrzyma święcenia. I tu ks. Freyd wpadł na szczęśliwy pomysł, a mianowicie by przyśpieszyć święcenia kapłańskie i podzielił się tym planem z rodzicami Leona. Matka była zachwycona, ojciec, zwlekając, zaaprobował tylko propozycję. Ale później realizacja planu miała prawie wzruszający przebieg: "Na 15 listopada moi rodzice i ja mieliśmy wyznaczoną audiencję u Papieża. Ułożyłem pisemną prośbę i przeżyłem triumf łaski: mój ojciec, który tak długo był wrogiem mojego powołania, osobiście wręczył Papieżowi prośbę, która musiała być zatwierdzona, ponieważ musiałbym być wyświęcony jeszcze przed zakończeniem studiów teologicznych. Pius XI przyjął pismo i powiedział tylko, że da je kardynałowi wikariuszowi. Tym samym – wiedziałem to – sprawa była załatwiona".20)

Święcenia miały miejsce w Bazylice Loretańskiej. "Świętość Bazyliki Loretańskiej stanowi doprawdy nadzwyczajną oprawę dla udzielenia święceń kapłańskich. Tutaj, na tych płytach począwszy od Konstantyna, tysiące biskupów i setki tysięcy kapłanów otrzymywali swe święcenia i to bardzo często z rąk samego następcy św. Piotra (...) Było nas dwustu kandydatów do przyjęcia święceń kapłańskich: zakonników i kleru diecezjalnego ze wszystkich narodów, w rozmaitych strojach. Synowie św. Benedykta, Franciszka, Dominika, z dwudziestu innych rodzin zakonnych; Włochów, Francuzów, Anglików, Niemców, Hiszpanów, misjonarzy propagandy wyznaczonych dla Orientu, Afryki, Indii, Oceanii (...). Moi rodzice klęczeli za mną. Nie mogli się powstrzymać od łez. Ojciec mój nie mógł nic jeść przez cały dzień (...) Po święceniach szedłem aby zdjąć szaty liturgiczne. Kiedy się odwróciłem, zobaczyłem moją matkę klęczącą przede mną na kolanach, oczekującą na moje błogosławieństwo. Tego już było za wiele, szlochałem ze wzruszenia i wróciłem do seminarium z ojcem i matką. Byłem wyczerpany.

Mój ojciec został całkowicie zdobyty, przyrzekł przyjąć Komunię św. Nazajutrz podczas mojej pierwszej Mszy św., i poszedł do spowiedzi do dobrego monsignore Levela, świętego kapłana nawróconego z judaizmu. W następnych latach ojciec mój nigdy nie mówił o ks. Levelu bez wielkiego wzruszenia i wielkiej dla niego wdzięczności".21)

Podczas letnich wakacji, 19 lipca, Leon Dehon odprawił swoje prymicje w rodzinnym La Capelle. Jego zdrowie nie było wtedy najlepsze. Niektóre litościwe dusze myślały: Monsieur l’abbé nie odprawi zbyt wielu Mszy. Monsieur l’abbé osiągnął błogosławiony wiek 82 lat! W jesieni Leon Dehon powrócił z powrotem do Rzymu. Tam Papież Pius IX bullą "Aeterni patris" zapowiedział Sobór Watykański I, trwający od 29 czerwca 1868 do 8 grudnia 1869 roku. Do obsługi tegoż Soboru przygotowano z rozmaitych rzymskich seminariów 24 stenografów, wśród których znalazł się także Leon Dehon. Sesje Soboru odbywały się w prawym transepcie Katedry Św. Piotra, gdzie znajdowały się miejsca dla więcej niż siedmiuset uprawnionych do głosowania uczestników Soboru. Leon Dehon bardzo żywo przedstawiał swoje czynności stenografa w swoim "Dzienniku".22)

18 lipca 1870 roku został ogłoszony dogmat o nieomylności Papieża (Wśród błyskawic i grzmotów, bo szalała straszna burza. Wynik głosowania: 535 głosów "za", 2 "przeciw", 55 biskupów wyjechało.), a 19 lipca 1870 roku Francja wypowiedziała wojnę Niemcom. 20 września tegoż roku Sobór został odroczony. Leon Dehon ukończył swoje studia składając egzamin doktorski z prawa.

1 sierpnia 1871 roku czterokrotny doktor powrócił przez Asyż z powrotem do Francji. Poprosił swojego biskupa Thibaudiera z Soissons o zwolnienie, ponieważ chciałby zostać zakonnikiem. Myśl o klasztorze już wcześniej często go absorbowała, lecz jak bardzo była ona niepewna, można stwierdzić, jeśli się jeszcze raz wyliczy jakie miał plany Leon Dehon od czasu swoich swięceń kapłańskich:

-         założenie katolickiego uniwersytetu w Nimes, razem z Asumpcjonistami;

-        założenie kongregacji studiów w Rzymie, której członkowie związani czterema ślubami, rozpowszechnialiby całą rzymską doktrynę, także tę niezdefiniowaną;

-         plan, aby pracować w Katolickim Uniwersytecie w Loewen;

-         plan współdziałania przy zakładaniu uniwersytetu w Nimes.

Ten ostatni plan był jeszcze najbardziej posunięty. Tu jednak ks. Freyd dał z Rzymu radę, aby poczekać do uzyskania w tym względzie większej jasności. 3 października 1871 roku znów oddał się do dyspozycji biskupowi i – dokładnie miesiąc później – otrzymał nominację na wikariusza w bazylice w Saint Quentin. Potem następuje w jego życiu okres działalności społecznej wśród robotników zakładów włókienniczych miasta, która w pewnej mierze była pracą przełomową i długo jeszcze była kontynuowana. W roku 1900 ukazał się na przykład 293 stronicowy tom pt. "La rénovation sociale chrétienne", zawierający konferencje, które wygłosił Dehon w Rzymie na przestrzeni lat 1897-1900. Także inne jego książki są wyszczególnione w "Calendarium Dehonianum".

U ks. Dorresteijna znajdujemy krótkie podsumowanie okresu działalności społecznej O. Dehona. Dorresteijn pisze: "Encyklikę «Rerum novarum» można przyjąć jako centrum i idealny punkt wyjścia dla działalności społecznej ks. Dehona, aczkolwiek ks. Dehon pracował społecznie już prawie 20 lat, kiedy ukazała się ta encyklika (15 maja 1891 rok). W grudniu 1891 roku zebrała się po raz pierwszy w diecezji Soissons Społeczna Komisja Studiów, której przewodniczącym został pół roku później ks. Dehon. Pod jego przewodnictwem powstał znakomity «Manuel social chrétien», podręcznik który stanowił komentarz do encykliki «Rerum novarum». Na niezliczonych Kongresach propagował on idee zawarte w tym podręczniku. Czynił to w duchu chrześcijańskiej demokracji, chrześcijańskiego ruchu robotniczego. Nie występował przy tym jako przywódca związkowy, lecz bardziej jako kierownik kierowników. Jego działalność ukierunkowana była na duchowieństwo i elity laickie, na Trzeci Zakon".23)

Kilka słów do trzech miejsc w tym krótkim sprawozdaniu może uzmysłowić jak wielki wpływ musiał posiadać ks. Dehon, że to właśnie od niego wyszła społeczna odnowa. Najpierw jest to sławny "Społeczno-chrześcijański podręcznik". "Ten podręcznik poskutkował tak jak uderzenie pioruna i następujący po nim długi letni deszcz" – pisze znów ks. Dorresteijn. "Ks. Dehon został w rozmaitych tonach okrzyknięty jako socjalista, ale o wiele głośniej dźwięczały ze wszystkich stron pochwały. We Francji podręcznik ten doczekał się pięciu wydań. Giuseppe Toniolo (sławny socjolog, profesor ekonomii społecznej w Królewskim Uniwersytecie w Pizie), polecił przetłumaczyć go na język włoski. Podręcznik ten ukazał się następnie w języku węgierskim, hiszpańskim i arabskim. Był omawiany we włoskich seminariach, a msgr Doutreloux, znany biskup – społecznik z Lüttich, rozesłał go swoim duchownym. «Stał się on w mgnieniu oka klasycznym podręcznikiem dla tych wszystkich, którzy w ślad za Leonem XIII potrafili podjąć działalność społeczną» - mówi Prélot. «Tych, którzy tej książce pomiędzy rokiem 1895 a 1910 zawdzięczali swoje wykształcenie, był legion»".24)

Jego działalność skierowana była na duchowieństwo. Typowe dla tej działalności są Dni Seminarzystów i kursy seminarzystów, a także kursy dla księży w Val-de-Bois. W tej miejscowości Leon Harmel posiadał fabrykę (przędzalnię). O. Dehon znał się z Harmelem od 1872 roku i został jego przyjacielem i duchowym doradcą. Leon Harmel żywił nadzwyczajną cześć dla Serca Jezusowego i prowadził chrześcijańskie życie. Jego proces beatyfikacyjny został już rozpoczęty. Leon Harmel chciał urzeczywistnić słowa O. Dehona: "Chcieć pozbyć się przemysłu to śmieszna utopia. Musimy chrystianizować fabryki". Harmel, wielki przyjaciel O. Dehona, wyraził się podobnie: "Musimy ochrzcić maszyny".

Teraz w Val-de-Bois odbywały się wspomniane zebrania dla seminarzystów i księży. Dni Seminarzystów polegały na tym, że klerycy, na zaproszenie Leona Harmela, mogli w czasie wakacji odbywać praktyki w fabryce w Val-de-Bois. W roku 1888 doszło do tego, że odbywające się kursy trwały zazwyczaj przez tydzień. O tych kursach pisze ks. Haas: "Każdego ranka po Mszy św. ks. Dehon miał wykład z podsumowującą dyskusją na temat apostolatu (...). W południe wszyscy uczestnicy kursu zapraszani byli do stołu Leona Harmela. Podczas posiłku czytano na głos z książki o zagadnieniach społecznych. Potem następowała wymiana zdań. Po południu są – podobnie jak rano – dwa posiedzenia z małą przerwą przewidzianą na prywatną modlitwę. Kolacja jest znów wspólna z rodziną Harmel. Potem gawędzi się na świeżym powietrzu, albo spędza się wieczór razem z robotnikami w Domu Związkowym".25)

"Z początku pojawiło się około 30 uczestników kursu. Tych można było jeszcze w Domu Związkowym fabryki zakwaterować. Ale coraz więcej napływało zgłoszeń ze wszystkich diecezji. Dla przełożonych seminariów wydawało się to ważnym, aby posyłać tylko elity. Jednak i tak liczba biorących udział doszła do stu. Prości robotnicy fabryczni poczytali sobie za punkt honoru zaprosić do swych skromnych domów kleryków na nocleg (...). Ks. Dehon, który sam pochodził z arystokratycznych kręgów, był dla robotników najlepszym wzorem w prostocie swojego bycia i w naturalności swojego działania. Nie przegapiał wielkich imprez i otrzymał wkrótce coś jakby rolę najwyższego kierownictwa. Powszechnie nazywano go "très bon Père".26) W Zgromadzeniu we Francji tytuł ten pozostał przy Ojcu Dehonie.

Seminarzyści, jako późniejsi księża, wyrażali życzenie kontynuowania tego kształcenia społecznego. Tak dochodziły również do skutku konferencje kapłańskie w Val-de-Bois, wśród których najbardziej wyróżniającymi się były te z roku 1895. Napływ chętnych był tak wielki, że musiano się przenieść z Val-de-Bois do Saint Quentin, gdzie O. Dehon oddał im do dyspozycji Kolegium Świętego Jana. Dwustu księży z trzydziestu diecezji brało w nich udział.

Wreszcie krótka charakterystyka mówcy na Kongresie. Georges Goyan, znany francuski historyk Kościoła, jeszcze w roku 1932 pisał o mówcy Dehonie: "Słyszę go jeszcze, jak wyjaśnia naukę Ojca świętego i wyciąga z niej wnioski. Był imponujący w swej postaci, mocny w swojej teologii, ale kiedy zaczął mówić, na jego twarzy pojawił się odblask jego wewnętrznej miłości do dusz; miłości, którą on wzbudzał i odnawiał każdego dnia w kontemplacji miłości Jezusa. W swoim społecznym apostolacie był on przede wszystkim uczniem Serca Jezusowego".27)

Podczas swych wikariuszowskich lat w Saint Quentin nadal prowadził wewnętrzne poszukiwania. Ks. Dorresteijn pisze podsumowując ten odcinek jego życia: "Ogólnie biorąc ks. Dehon okazale zadebiutował w Saint Quentin. Jego gorliwość apostolska ujęła szczególnie nowego biskupa, męża o niespożytej energii, będącego w sile wieku, który zamianował ks. Dehona jeszcze w pierwszym pięcioleciu jego kapłaństwa kanonikiem. Co działo się tymczasem w duszy ks. Dehona? «Mój Boże! – jakże mi smutno gdy widzę jak  jesteś ciągle obrażany, i że nie mogę temu przeszkodzić! – pisze 16 grudnia 1873 roku w swym dzienniku. – Pragnę we wszystkim spełniać Twoją świętą wolę. Pragnę uczynić wszystko, co w mojej mocy, by Ci wynagrodzić zniewagi, jakie Cię spotykają».

W swych «Souvenirs» tj. broszurce napisanej do «synów duchowych» z okazji rozpoczęcia siedemdziesiątego roku życia, pisze, że zawsze pragnął zostać zakonnikiem, ale że nigdy nie mógł się zdecydować na ostateczny wybór. «Rozglądałem się tylko stale i starałem się być cierpliwym. Byłem przepełniony miłością do Serca Jezusa i pragnieniem wynagrodzenia. Tymczasem zaś poświęciłem się całkowicie dziełu w Saint Quentin. Dzieło to wiązało mnie coraz silniej i coraz trudniej było mi oderwać się od niego»".28)

Pewien zwrot w tej permanentnej niepewności spowodowało Kolegium Świętego Jana. Wraz z nim zostało zapoczątkowane założenie nowego zgromadzenia. "W końcu postawiłem sobie pytanie, czy nie jest wolą Opatrzności, aby podjąć coś samemu. Rozmawiałem o tym z naszym dobrym biskupem Thibaudierem. Ten zastanowił się i wreszcie odpowiedział: «Ksiądz pragnie założyć stowarzyszenie kapłańskie, ja chętnie widziałbym Kolegium w Saint Quentin. Mógłby ksiądz zacząć zakładać Stowarzyszenie w formie Kolegium»".29) Biskup dał mu 14 lipca 1877 roku pisemne polecenie, aby rozpoczął realizację tego planu. Jeszcze tego samego dnia Leon Dehon kupił dom Lecomte’a na rue Richelieu. Podczas rekolekcji, które odprawił przygotowując się do odbycia nowicjatu, napisał w dniach od 16 do 31 lipca 1877 roku Konstytucje, i z dniem 16 lipca 1877 roku rozpoczął także swój nowicjat.30)

8 września 1877 roku wprowadził się do domu, który zakupił. Dom ten otrzymał nazwę: "Institution St. Jean" – Kolegium Św. Jana. Na początku odbywania nowicjatu Leon Dehon przyjął imię: Ojciec Jan od Serca Jezusowego. Złożenie tego zakonnego imienia: Jan – Serce Jezusa, daje okazję do późniejszego przedstawienia tego, co Leon Dehon rozumie pod pojęciem Królestwa Serca Jezusowego. Na razie musimy opisać w kilku pociągnięciach początkowe stadium Zgromadzenia.

28 czerwca, w uroczystość Najświętszego Serca Pana Jezusa, roku 1878, Leon Dehon złożył pierwsze śluby. "Oddałem się bez zastrzeżeń Sercu Jezusowemu. Dla mnie były to już śluby wieczyste".31) Do tego dołączył jeszcze, jakby nie dosyć jeszcze czynił, wyraźny pakt miłości. Po jego śmierci znaleziono tekst tego paktu, a na kopercie widniała błagalna prośba: "Amicitiam tuam pretiosam pauperculo tuo discipulo reddere non dedigneris. Fiat! Fiat! 28.6.1878". (Przyjaźni Twej cennej biednemu Twemu uczniowi racz nie odmawiać.) Była to jedyna prośba tego dnia. Wszystko inne było oddaniem, szczerym oddaniem. Do tego Leon Dehon, po złożeniu swoich własnych ślubów publicznych, dołożył także jeszcze prywatny ślub żertwy.

Rozpoczęło się powolne wzrastanie. Pierwszy klasztor został założony: "Dom Serca Jezusowego". 14 września 1878 roku wprowadzono się tam. Jest to kolebka naszego Zgromadzenia, dom macierzysty. Zostają przyjęci pierwsi nowicjusze. W roku 1879 dom ten liczy 14 mieszkańców: dwóch księży, jeden subdiakom, jeden kleryk z niższymi święceniami, brat świecki, pierwsi fratres.32) O tym pierwszym roku pisze jeden z najstarszych ocjów w swoim liście: "Co do początków Zgromadzenia to myślę, że nie można sprawy idealizować. Było wiele wielkości i piękna, przede wszystkim w nowicjacie, ale nie wszystko było doskonałe".33) Tym samym napomknął o rzeczach, które prowadziły do kasaty Zgromadzenia. Impuls do tego wyszedł od ks. Tadeusza Captiera. Był on nauczycielem, następnie wstąpił jako brat w 1869 roku do Zgromadzenia Misjonarzy Najświętszego Serca i tam nadal wykonywał swoją nauczycielską profesję. W 1874 roku w zagadkowych okolicznościach przyjął wszystkie święcenia w ciągu jednego tygodnia, a kiedy w kilka lat później został zmuszony do opuszczenia swego Zgromadzenia, przyjął go w 1879 roku O. Dehon. Z racji złożenia egzaminu nauczycielskiego został pierwszym dyrektorem St. Clemens w Fayet, kilka kilometrów na północ od Saint Quentin, pierwszej szkoły misyjnej Oblatów Serca Jezusowego – tak bowiem na początku nazywali się członkowie naszego Zgromadzenia.

Ks. Captier przejawiał przesadną pobożność, która nie była wolna od psychopatycznych skłonności. Twierdził, że miał objawienia za pośrednictwem aniołów, którzy mu się ukazywali. O. Dehon bardzo szybko odczuł dziwactwa religijne tego mężczyzny i nazwał je urojeniami i dziełami diabła. Pomimo tego bardzo zaszkodziły one Założycielowi, gdyż notatki siostry Marii od Świętego Ignacego zostały później w Rzymie przedstawione jako tak zwane objawienia ekscentrycznego księdza Captiera. Siostra Maria należała do Zgromadzenia Służebnic Serca Jezusowego i była obdarzona mistycznymi łaskami. Ponieważ zapatrywania, jakie miał O. Dehon co do oddawania czci Sercu Jezusowemu w wielu punktach były zgodne z tym, co uważała obdarzona tak mistycznymi łaskami siostra, dlatego wiele z tego znalazło się w powstających tekstach, które O. Dehon ułożył dla Konstytucji, Reguł i modlitw. Kompetentny biskup Thibaudier obserwował z troską te przesadne, lub co najmniej niezdrowe rzeczy, które się pojawiły w szkole anielskiej (école angélique) w Fayet i zwrócił się w zaufaniu do arcybiskupa Reims. Stopniowo zbiorą się tego obszerne akta. Wreszcie bp Thibaudier otrzymał polecenie, aby przesłał wszystkie akta do Rzymu, a więc także i pisma s. Marii od Św. Ignacego, oraz dziwne notatki księdza Captiera. We wrześniu 1883 roku O. Dehon został wezwany do Rzymu; treść i przebieg tych przesłuchań nie dotarła do publicznej wiadomości. Lecz mocą dekretru z 3 maja 1883 roku Święte Oficjum dokonało kasaty młodego Zgromadzenia. O. Dehon otrzymał ten dekret kasacyjny 8 grudnia 1883 roku.34) Leon Dehon pisze o tym następująco w swym "Dzienniku": "3 grudnia 1883 roku! Rok consummatum est (wykonało się), straszliwy rok. Ileż udręk, ileż utrapień! Opuściłem wszystko, oderwałem się od wszystkiego; wszystko złożyłem w ofierze aby założyć Dzieło wynagrodzenia względem Boskiego śerca, rzeczywiście wszystko: moją karierę, wiele przyjaźni, nadzieje i pokój mojej rodziny. Wydawało się, że Bóg przyjął moją ofiarę, udzielając mi wielu łask, a także formalnej zachęty, oraz przekazując mi swoje słowo – tak mi się wydawało. Znalazłem poparcie u moich kierowników duchowych, ludzi wybitnych, i u wielu dusz świętych (Don Bosco). A teraz Kościół wszystko to postawił pod znakiem zapytania. Wezwano mnie do Świętego Oficjum (najstarsza i najwyższa rangą kongregacja kardynalska, istniejąca od 1542 roku, obecnie Kongregacja kardynalska Nauki Wiary). Pozostała mi obawa o rozwiązanie Zgromadzenia. Po miesiącach pełnych oczekiwania przyszedł wyrok śmierci. Pozostawaliśmy w grobie nie trzy dni, lecz trzy miesiące. Potem przyszło małe zmartwychwstanie, Betlejem. Ale przez cały rok jak echo wyroku śmierci dźwięczało to, rozbrzmiewające każdego dnia: zdumienie i zniechęcenie wokół mnie, pewien rodzaj rozczarowania jak u uczniów idących do Emmaus (...) Ten wyrok śmierci otrzymałem w najpiękniejsze święto – 8 grudnia. Zostałem powalony na ziemię i zdruzgotany. A zatem łudziłem się. Co powinienem czynić? To, co mi pozostało, to Kolegium Św. Jana. (Była to jego osobista własność. Wydał na nie w ciagu tych lat 800 000 franków.)35) Ale nie tam mnie ciągnęło, to nie było moje powołanie (...) Bóg wie jak cierpiałem podczas tych dni śmierci. Bez szczególnej łaski postradałbym rozum, czy życie".36)

Wzruszający jest list do biskupa Thibaudiera: "Wiadomo Waszej Ekscelencji, że założyłem Zgromadzenie Oblatów Najświętszego Serca tylko w tym celu, aby wypełnić wolę Bożą i przyczynić się do Jego chwały (...) Mój plan przedłożyłem Waszej Ekscelencji (...) Akceptacja Waszej Ekscelencji była dla mnie słowem Boga (...) A teraz Zbawiciel żąda, abym zburzył to, co kazał mi zbudować. Nie mogę ani przez chwilę mieć przeciwnych myśli, ponieważ byłoby to ze wszech miar rzeczą nierozumną. Mogę tylko wypowiedzieć: Fiat! Ekscelencja wie dobrze jak to jest bolesne. Śmierć byłaby czymś stokroć lżejszym. Wszystko jest zrujnowane i zniszczone: honor, włożone finanse, nadzieja i coś więcej, czego nie jestem w stanie wyrazić. Lecz czymże jest to wszystko? Tym, co mnie dręczy najbardziej jest myśl, od której nie mogę się uwolnić, że mianowicie Zbawiciel pragnął tego Dzieła, a ja je unicestwiłem przez moje niewierności. W tym wszystkim nie chcę widzieć tylko utraty wielkich łask Bożych, lecz przede wszystkim to, że plany Boże natrafiły na przeszkodę, a chwała, której On oczekiwał, nie została zrealizowana z powodu moich przewinień. Jest to ból, którego nic nie może ukoić. A teraz, Ekscelencjo, składam wszystko w Jego ręce prosząc o przebaczenie za niedoskonałość mego posłuszeństwa w przeszłości. Jego mądrość i dobroć będzie umiała ocenić tak wiele powołań kapłańskich i zakonnych, których nie można załamywać bez lekceważenia ceny ich dusz i łask. Nasze dzieła, szczególnie Kolegium Św. Jana, są wciągnięte w ten kryzys. Zła reputacja zaprzepaściłaby je. Wasza mądrość weźmie to wszystko pod uwagę. Proszę, niech Ekscelencja nie liczy się z moją osobą. Byłbym bardzo szczęśliwy, gdybym mógł przez wszystkie moje upokorzenia i poniesione straty wynagrodzić za moje przeszłe winy i ofiarować Zbawicielowi jakąś rekompensatę. Uczynię wszystko, co Wasza Ekscelencja mi nakaże w imieniu Kościoła świętego, i to w każdej chwili, według woli Waszej Ekscelencji.

Ekscelencja wyświadczył mi więcej dobra i okazał więcej współczucia niż na to zasłużyłem. Proszę jedynie wyprosić dla mnie łaskę, abym pozostał wiernym w tej bolesnej pokucie, tak jakim byłem dotychczas".37)

Wydaje się, że ta prawowierna i kościelna, a przecież heroiczna postawa, utorowała drogę do nowego początku. "Biskup Thibaudier pojechał do Rzymu. Podjął się naszej obrony, i dekret z 28 marca 1884 roku znów przywrócił nam życie. Przetrzymaliśmy «consummatum est» i oto przyszło zmartywchwstanie".38) To małe dzieło odżyło znów pod nazwą: Zgromadzenie Księży Serca Jezusowego. Teraz O. Dehon mógł od nowa zakładać Królestwo Serca Jezusowego.

O Królestwie Serca Jezusowego mówi on niezliczoną ilość razy. Jest ono główną treścią jego życia. Aby wyrobić sobie o tym pojęcie musielibyśmy wyjść od wielkich Apostołów, świętych, piewców Serca Jezusowego, którzy wszyscy wywarli swój wpływ na O. Dehona. – Od Gertrudy z Helfa (1256-1302), ks. Jana Eudes (1601-1680), Małgorzaty Marii Alacoque (1647-1690), Klaudiusza de la Colombiére (zmarł w 1682 roku), lub też musielibyśmy cytować teksty znajdujące się w książkach O. Dehona. Prośbę z "Ojcze nasz" zinterpretował również w tym duchu. Artykuł programowy w czasopismie "Królestwo Serca Jezusowego", które zaczęło się ukazywać od 1 stycznia 1889 roku, zatytułowany jest: "Królestwo Serca Jezusowego w duszach i społeczeństwie". Pisze w tymże artykule: "Uwielbienie Serca Jezusowego, które zaczęło się w życiu dusz mistycznych, musi przede wszystkim zstąpić do ludzi i przeniknąć ich życie społeczne. Będzie ono dla pożałowania godnego zła naszego moralnego świata nieomylnym znakiem zbawienia. Panowanie Serca Jezusowego jest wobec tego jak najbardziej zgodne z duchem czasu. Kto na to spojrzy we właściwy sposób zrozumie, że nasz kult Serca Jezusowego nie jest po prostu zwykłym, pobożnym ćwiczeniem, ale że my zdążamy do rzeczywistego odnowienia całego życia chrześcijańskiego. Tylko Serce Jezusa może znów dać miłość światu, który o niej zapomniał; ono samo znów odzyska serca mas, serce robotnika, serca młodzieży. Ten nowy podbój serc z widocznym panowaniem Serca Jezusowego już się rozpoczął (...) A zatem, przyjdź Królestwo Twoje – odkupione Królestwo Serca Jezusowego".40)

Tak na podstawie wielu dalszych cytatów układa się obraz tego Królestwa. Lecz ja chciałbym – jak to już zapowiadałem – wyjść od konkretnego obrazu do pewnej ilustracji biblijnej Ryszarda Seewalda, która nosi tytuł: "Serce Jezusa włócznią przebite". A w medytacji do tego obrazu jest następujący komentarz: "Swoje ilustracje biblijne Ryszard Seewald malował jedynie w kolorach białym i czarnym. Ale ta skromność daje także artyście możliwość położenia akcentu na określone wyrażenia za pomocą odciśniętego kontrastu. Spoglądamy na obraz; trzeba na jakiś czas pozwolić zadziałać ciszy. Przy tym można poddać radę, aby nie tylko z bliska oglądać obraz, ale raczej z pewnego dystansu. Artysta zatytułował ten obraz, jak już powiedział - «Serce Jezusa włócznią przebite». Badamy czy obraz ogarnia tę treść – próbujemy część po części przebić się do pełnego wyrazu obrazu. Nie sposób przeoczyć potężnego krzyża w środku obrazu; wyznacza on swoje linie wertykalne i horyzontalne. Ale pomimo tego krzyż oddziaływuje jak obiekt do oglądania, jak monstrancja, ażeby wyeksponować postać umierającego Pana w ściągającym na siebie spojrzenia obrazie, aby obserwatorowi powiedzieć: «Zobacz zbawienie świata, które zawisło na drzewie!» Krzyż został mocno wbity w ziemię, zasadzony w grunt wzgórza Golgoty. Jednakże, kiedy trwamy tak przez moment, to czy nie odnosi się potem wrażenia, ze łukowaty pagórek staje się czymś więcej niż wierzchołkiem Golgoty? Czy nie odnosi się wrażenia, jakoby było to górne sklepienie globusa, kuli ziemskiej? Ale potem wzgórze Golgoty staje się właściwie drugorzędne, ważne jest, że krzyż wsadzony jest w sam środek ziemi. Ponadto trudno przeoczyć, że linia wertykalna krzyża sterczy aż do górnego obrzeża obrazu. Wywołuje to wyraźne skojarzenie: krzyż wiąże niebo i ziemię, to zaś sprawia wrażenie, iż to, co się tutaj dokonuje, ma rangę kosmiczną!

Na dalszym planie krzyża kłębią się głębokie ciemności, wydają się być nieprzeniknione. Także i tutaj chciałbym znów powiedzieć: Pozwólmy zatrzymać się na moment spojrzeniu, a spostrzeżemy jak ciemność zdaje się cofać; kurczy się w sobie – miejsce, które zajmuje, staje się coraz mniejsze i węższe; ciemność ucieka w odległą dal. Ale ciemność, jak to wszyscy wiemy, jest wypierana tylko przez światło. Tu ciemność ustępuje; tu zostają wyparte budzące grozę ciemności, ponieważ od krzyża emanuje światło. Od Ukrzyżowanego wychodzi światło – moc, która sama jedna ujarzmia i obezwładnia zagęszczoną ciemność.

Na przeciwległej stronie wzgórza położone jest miasto. Czy to Jeruzalem? Ale czyż nie może to być każde inne miasto? Możemy przyjąć, iż nie myślimy tu o żadnym określonym mieście, lecz że te budynki służą ogólnie jako miejsca zamieszkania dla ludzi. Również i tu ciemności cofają się daleko poza miasto. Światło rozpościera się nad domami, dachami, wieżami jak gdyby się rozlało jasne słońce. To wszystko chce powiedzieć: «Ludzie żyją i przeobrażają się teraz pod wielkim i wzniosłym światłem, które wychodzi od ukrzyżowanego Pana».

Pod krzyżem stoi Maryja, Matka Jezusa. Ale zarazem stoi tu Ona jako symbol Kościoła i każdego wierzącego chrześcijanina. Jeszcze jest naznaczona przez ciemność cierpienia, jeszcze jest pochylona pod swoim bólem, ale już nie jest zamknięta w nieprzeniknionych ciemnościach jak w więzieniu, które nie ma okien ani drzwi. Nad Nią rozlewa się światło, które jest mocniejsze od ciemności cierpienia; światło, które wypływa od Ukrzyżowanego jest już rozpostarte nad Nią jako przychodzące święto wielkanocne.

Z lewej strony obrazu stoi żołnierz. Można dostrzec tylko połowę jego postaci. Artysta chce przez to powiedzieć, że jego rola jako żołnierza, nie ma tu żadnego zasługującego na uwagę znaczenia. Jego włócznia natomiast, którą trzyma w ręku, jest ważna; ona za pomocą siły żołnierskiego ramienia dokonuje ważnego, symbolicznego wydarzenia. Tutaj, podczas tego wydarzenia, nie spełnia ona jedynie roli zimnego narzędzia zbrodni. Ta włócznia staje się przede wszystkim kluczem, który otwiera Jezusowe wnętrze. Zatem Jego życie i śmierć stają się zrozumiałe – poruszająca siła Jego życia i Jego Osoby widoczne: jest to całkowite poświęcenie, totalna miłość.

Z prawej zaś strony obrazu widnieje postać Jana Apostoła. Na pierwszy rzut oka wygląda to tak, jakby nie był on zaangażowany wewnętrznie w pełne cierpienia wydarzenie na Kalwarii. A przecież to on jest właśnie całym swym sercem i wszystkimi swymi myślami przy umierającym Panu; on kontemplował moment przebicia Serca Jezusowego. Patrzącemu Jan Apostoł prezentuje się jako partner do rozmowy; zagaduje go, zaprasza, aby nie szedł dalej, lecz by się zatrzymał, ponieważ ma mu coś ważnego do powiedzenia. Swoją prawicą wskazuje objaśniająco na Pana, na Serce Jezusa, które zostało przebite włócznią żołnierza. Spojrzenie Apostoła świadczy o wewnętrznym spełnieniu, o głębokim przeświadczeniu, o świadomości posłannictwa.

Chcemy posłuchać Jana Apostoła, pragniemy usłyszeć co ma nam do powiedzenia: «Lecz gdy podeszli do Jezusa i zobaczyli, że już umarł, nie łamali Mu goleni, tylko jeden z żołnierzy włócznią przebił mu bok i natychmiast wypłynęła krew i woda. Żaświadczył to ten, który widział, a świadectwo jego jest prawdziwe. On wie, że mówi prawdę, abyście i wy wierzyli» (J 19, 33-35). Aby ukazać co Jan myśli w tej krótkiej relacji, chciałbym przywołać słowa teologa Józefa Ratzingera. W swojej książce pt. «Wprowadzenie do pojęcia chrześcijaństwa» pisze następująco: «W obrazie przebicia Boku dla Jana szczyt osiąga nie tylko scena krzyżowania, lecz cała historia Jezusa. Teraz, po sztychu włóczni, który zakończył Jego ziemskie życie, Jego egzystencja jest całkowicie odkryta; obecnie jest ona zupełnie skończona, jest całkowicie wolna. Jest On teraz całkowicie DLA, teraz naprawdę nie jest On już więcej kimś pojedyńczym, lecz ADAMEM, z którego Boku została utworzona Ewa, nowe człowieczeństwo. Oto głębokie przedstawienie Starego Testamentu, według którego kobieta została wzięta z boku mężczyzny, przez co została wyrażona w niezrównany sposób ich ustawiczna, wzajemna relacja i ich jedność w człowieczeństwie – historia ta więc zdaje się nawiązywać do słowa «Bok» (słowo "pleura" tłumaczone najczęściej nieściśle jako "żebro"). Otwarty Bok nowego Adama powtarza tajemnicę stworzenia otwartego boku mężczyzny: On jest początkiem rozwoju definitywnej wspólnoty międzyludzkiej; jako jej symbole występują tu krew i woda, na które wskazuje Jan, jako na podstawowe chrześcijańskie sakramenty Chrztu i Eucharystii, a poprzez nie na Kościół, jako znak nowej wspólnoty ludzi. Ten całkowicie Otwarty, ten byt jako Poczęty i nadal przepowiadany, a przez to widzialny, jako Ten, kim w najgłębszym wnętrzu zawsze był: Synem.

Ale wszystko to ukazuje także jakie wymaganie leży w rozważaniu o przyszłym człowieku, ponieważ człowiek dla drugiego winien być otwarty, a przez to otwierający nowy początek, to znaczy: człowiekiem w darze, być człowiekiem ofiarującym się. Przyszłość człowieka leży na krzyżu, zbawieniem człowieka jest krzyż. I nie opanuje inaczej siebie samego, dopóki nie pozwoli zburzyć ścian swojej egzystencji spoglądając na Przebitego włócznią, którego naśladuje, który jako Przebity, Otwarty otworzył drogę ku przyszłości»".41)

Modlitwa wieczorna, która jest zamieszczona w "Thesaurus precum", dawniejszym modlitewniku Zgromadzenia, rozpoczyna się następującym wezwaniem: "Stawmy się przed obecnością naszego Pana Jezusa Chrystusa i Najświętsze Serce Jego uwielbiajmy". Potem następuje werset z Ewangelii św. Jana, a wreszcie hymn "Auctor beate saeculi", który również mówi o Sercu Jezusa jako źródle, w przedostatniej strofie: "Wszak dlatego włóczni razy, Boku ranę otworzyły, by grzechowe nasze skazy, krwi i wody zdroje zmyły". I wyborny komentarz O. Dehona jest z nim zgodny: "Przebicie Najświętszego Serca jest tajemnicą tajemnic, fundamentem wszystkich innych tajemnic. Dlatego włócznia otworzyła Jego Serce cielesne, ażebyśmy poznali ranę Jego duchowego Serca – Jego miłość, która jest źródłem naszego zbawienia i odkupienia. W momencie śmierci naszego Pana rozdarła się zasłona Świętego Świętych. Miało to identyczne znaczenie jak cios włóczni.

Jezus Chrystus jest świątynią Boga, a Jego Serce jest Świętym Świętych – ołtarzem miłości – na którym dokonywały się wszystkie tajemnice i składane były ofiary. Jest to główne znaczenie otwarcia godnego uwielbienia Serca Jezusowego. Tajemnica ta przewyższa wszystkie inne, ponieważ one wszystkie zawierają się w tej jednej".42) Warto wspomnieć, że w modlitewniku pt. "Panie, pomóż nam się modlić", który wydał później, w roku 1976, ks. Johannes Kalmer, prowincjał Prowincji niemieckiej, Serce Jezusa zostało określone jako "wielki znak", oraz że modlitwa zawarta w tym tytule pozostaje w związku z naszą nazwą: Księża Serca Jezusowego. I rzeczywiście, biblijny symbol przebitego Serca wprowadza najlepiej w kult Najśw. Serca Pana Jezusa, zaś bardzo udana interpretacja ks. Kalmersa do ilustracji obrazu Seewalda unaocznia czego O. Dehon pragnął: Przez całkowite oddanie się w odpowiedzi na totalny dar Serca Jezusowego rozpędzić w nas ciemność świata zniewolonego, a w to miejsce – i tego ma dokonać odnowione i wynagradzające działanie – światło Zmartwychwstania rozpościerać we wszystkich sercach i w każdym domu.

 

Nasza Reguła Życia mówi:

"Zgromadzenie bierze swój początek z doświadczenia wiary Ojca Dehona. To samo doświadczenie św. Paweł wyraził w następujący sposób: «Obecne życie moje w ciele, jest życiem wiary w Syna Bożego, który umiłował mnie i samego siebie wydał za mnie» (Ga 2, 20)".

"Otwarty Bok i przebite Serce Zbawiciela są dla Ojca Dehona najlepszym wyrazem miłości, której czynnej obecności doświadcza w swoim życiu" (nr 2).

"W miłości Chrystusa, który przyjmuje śmierć jako największy dar swego życia dla ludzi i jako wyraz synowskiego posłuszeństwa dla Ojca, widzi Ojciec Dehon jedyne źródło zbawienia".

"Z Serca Chrystusowego, otwartego na krzyżu, rodzi się człowiek o nowym sercu, ożywiony przez Ducha Świętego i zjednoczony z braćmi i siostrami we wspólnocie miłości, którą jest Kościół" (nr 3).

"Ojciec Dehon chciał, aby członkowie Zgromadzenia w sposób wyraźny łączyli swe życie zakonne i apostolskie z oblacją wynagradzającą, którą Chrystus złożył Ojcu za ludzi" (nr 6).

"Oczekuje on od swoich zakonników, aby byli prorokami miłości i sługami pojednania ludzi i świata w Chrystusie. Tak zaangażowani razem z Nim, by zapobiec grzechowi oraz brakowi miłości w Kościele i świecie, oddawać będą całym swoim życiem, modlitwami, pracami, cierpieniami i radościami kult miłości i wynagrodzenia, którego pragnie Jego Serce" (nr 7).

"Razem ze św. Janem w otwartym Boku Ukrzyżowanego widzimy znak miłości, która przez całkowity dar z siebie samej na nowo stwarza człowieka według Boga.

Konteplując Serce Chrystusa, uprzywilejowany znak tej miłości, utwierdzamy się w naszym powołaniu. Zaiste zostaliśmy powołani, by włączyć się w ten nurt zbawczej miłości, oddając się naszym braciom z Chrystusem i za Jego wzorem. «Po tym poznaliśmy miłość, że On oddał za nas życie swoje. My także winniśmy oddać życie za braci» (1 J 3, 16) (nr 21).

"Posłany w pełni czasów (...) przez solidarność z ludźmi (...) objawił miłość Boga i zwiastował Królestwo, świat nowy, obecny już w zalążku poprzez czynione po omacku wysiłki ludzi; świat, który znajduje swe wypełnienie ponad wszelkie oczekiwanie, gdy przez Jezusa Bóg będzie wszystkim we wszystkich (por. Rz 8, 22; 1 Kor 15, 28)" (nr 10).

"Chrystus spełnia swą służbę dla wielu (por. Mk 10, 45). Modlił się, aby nadeszło Królestwo, które buduje się już teraz przez Jego obecność wśród nas. Przez swoją mękę i zmartwychwstanie otworzył nas na dar Ducha Świętego i wolność dzieci Bożych" (nr 10 i 11).

"On jest dla nas Pierwszym i Ostatnim, Żyjącym (Ap 1, 17). W Nim nowy człowiek został stworzony według Boga w sprawiedliwości i prawdziwej świętości (por. Ef 4, 24). On pozwala nam wierzyć, że pomimo grzechu, niepowodzeń i niesprawiedliwości Odkupienie jest możliwe, zaofiarowane i już obecne. On jest naszą Drogą!" (nr 12).

 

ECCE VENIO!
Oto przychodzę!
 

OJCIEC DEHON I NAJŚWIĘTSZA EUCHARYSTIA

 "Stoi mi przed oczami ta scena, jakby to wszystko działo się dopiero niedawno. Nauczyciele filozofii uczący w wyższych szkołach w Niemczech spotkali się ze swoimi kolegami z zagranicy na jednym z ważnych kongresów. Jak to jest w zwyczaju przy takich okazjach, było mnóstwo wspomnień. Było to krótko po wojnie, więc mówiono o szansie do nauki, o nowych prądach myślenia, o dziejowej konieczności i o innych, rozmaitych sprawach, jakich można było oczekiwać w tamtej sytuacji i okolicznościach tamtego czasu. A potem jeden z tych nauczycieli wstał i powiedział słowo, na które wszyscy momentalnie nadstawili uszu, ponieważ padło tak niespodziewanie. Poza tym było zaskakujące i szokujące: «Całą historię świata można zrozumieć tylko do Chrystusa i po Chrystusie. On jest sensem i jej centrum». Ten, który to powiedział, nie był bynajmniej teologiem. Podejrzewano go nieraz, że jest szczególnie gorliwym chrześcijaninem. Jednakże jako uczony posiadał dobrą reputację".44)

To, co mówił ten uczony o ludzkim, ziemskim Chrystusie, można równie dobrze powiedzieć o Chrystusie Eucharystycznym. Euchartystia to misterium. "Misterium oznacza tajemnicę ciągłego Bożego działania, w której objawia się Bóg, ale jednocześnie także pozostaje utajony. Misterium nie jest tylko samą myślą, lecz wkroczeniem w historię człowieka Bożego działania. Dlatego można także powiedzieć: W misterium wdziera się niebiańska rzeczywistość w obręb starego Aionu».45) Eucharystia jest najbliższa misterium Paschy, jak to jest ciągle podkreślane w dokumentach Soboru Watykańskiego II. "Misterium Paschalne, wielkanocna tajemnica, albo Misterium Paschy oznacza czyn zbawczy Boga dla nas w Chrystusie, który w śmierci Chrystusa i zmartwychwstaniu posiada stałe centrum. Z tym Misterium Paschy związana jest zbawcza łaska, a świętowanie Misterium Paschalnego jest centralną treścią liturgii".46)

Eucharystia jest zatem owym misterium, w którym – według bardzo starej modlitwy z liturgii mszalnej – "dokonuje się dzieło naszego odkupienia – opus nostrae redemptionis exercetur", jak to zostało lapidarnie nazwane.47) Dlatego można też równie poprawnie mówić o Chrystusie Eucharystycznym, że jest On losem świata, sensem i centrum ludzkiej historii. Wyrażają to także odrobinę brzmiące jak hymn, ale wyrażają dobitnie, poetyckie słowa Teilharda de Chardin o Eucharystii: "Ona uroczo przepaja universum. Jest ogniem, który pochłania wrzosowisko. Jest uderzeniem, które wprawia w drganie brąz. W pewnym wtórnym, drugim lecz prawdziwym sensie sakramentalne postacie ukształtowane są przez całość świata, a trwanie wszechświata jest czasem, który jest potrzebny do konsekracji". Bardzo pewnie i w pięknych słowach, określa centralną pozycję Eucharystii dla katolickich wiernych inny wielki w świecie ducha: "Szczytem katolicyzmu, tym nieskończenie subtelnym i ważkim puinktem, w którym można się skupić, jest Eucharystia... Dzięki Eucharystii możemy rzeczywiście powtórzyć to zdanie, które w innych okolicznościach byłoby oburzające i niezrozumiałe: «Lecz ja mówię wam prawdę: jest dobrze, że odchodzę», ponieważ On nas nie opuszcza". Słowa te pochodzą od francuskiego poety Paula Claudela, który w Boże Narodzenie 1886 roku przeżył w Paryżu, w katedrze Notre Dame swoje głośne nawrócenie.48)

Że Eucharystia także u O. Dehona odgrywała wielką rolę, to nie trzeba tego szczególnie wykazywać. Ćwiczenia, którym pozostał wierny przez całe życie i które niestrudzenie polecał, są tego dowodem. Były nimi: Godzina święta, pierwsze piątki miesiąca, adoracja, ale przede wszystkim naturalnie źródło całej pobożności eucharystycznej – Msza święta. W swych codziennych notatkach wyznaje przed swą pierwszą Mszą św., którą odprawi po święceniach kapłańskich: "Wzruszenie było powszechne, a gdy mój ojciec i matka moja zbliżyli się, aby przyjąć Komunię św., nikt nie zdołał powstrzymać łez. Co do mnie, to odchodziłem od zmysłów (fou!) z miłości ku naszemu Panu i pełen bólu z powodu mojej nędzy. Był to najpiękniejszy dzień mojego życia. Następnego dnia odprawiałem moją drugą Mszę św. u św. Piotra na grobie Apostoła. Ojciec mój i matka wraz z ks. Desaire i ks. Le Tallec znów wzięli w niej udział. Wzruszenie było równie głębokie. Przez cały rok nie zdołałem odprawić ani jednej Mszy św. nie płacząc. O stypendium mszalnym nie chciałem słyszeć. Czułem odrazę do łączenia troski o pieniądze z tak świętą czynnością. Chodziło tu jedynie o Pana, o miłość i wynagrodzenie".49)

Trochę podobnie informuje o sobie o. René Schweitzer. Mówi się o nim: "O. René Schweitzer jest wnukiem siostry Alberta Schweitzera i kuzynem Jeana Paula Sartre’a (matka Sartre’a była matką chrzestną René Schweitzera). Studiował rolnictwo i w 1920 roku wstąpił do marianistów. Dzisiaj działa w rozmaitych szkołach rolniczych, jako duszpasterz młodzieży. Głośna książka André Frossarda, «Bóg istnieje» (jako wydanie oryginalne odniosła także w przekładzie niemieckim ogromny sukces), zachęciła również René Schweitzera do opublikowania swojej własnej książki. Uczynił to w nadziei «wyznaczenia punktów orientacyjnych, które pozwolą każdemu człowiekowi dobrej woli iść do cudownego światła, które mi zostało darowane, i tam w nim wzrastać».

W przeciwieństwie do Frossarda Schweitzer od początku jest wierzącym chrześcijaninem. Jego doświadczenie Boga wyrosło z trwającego już wtedy 18 lat kapłaństwa i życia zakonnego. Jednak nagle, w lipcu 1957 roku, odkrywa Boga, jako Tego «całkiem innego», Tego «natręta», który gruntownie zmienia życie człowieka, który Go doświadczył. Powściągliwie, zwięźle i bez patosu opisuje Schweitzer swoje doznania, których nie chciał rozumieć pod żadnym warunkiem jako cudownych, ale raczej jako realne ludzkie doświadczenie".50)

Ile znaczy dla niego Msza św. i Eucharystia, mówi w rozdziale o Eucharystii i Mszy św. "Jakże często słuchałem objaśnień i wykładów o mszy świętej. Nie mogę się opędzić od nieprzyjemnego uczucia i jakiegoś głuchego gniewu kiedy słyszę jak objaśnienie aspektu ofiary w uroczystej akcji liturgicznej zostaje zręcznie skrywane na korzyść aspektu wspólnotowego Komunii. Można dobrze nawoływać wiernych, którzy są zebrani na coniedzielnej celebracji: Do stołu, bracia moi! Chodźcie do stołu! Idziemy do stołu! Ale należy przy tym przypomnieć na jaką to ucztę zostali oni zaproszeni. Wierni tylko wtedy komunikują, jeśli wszyscy oni mają udział w tym samym Chrystusie. Jeśli nie łączyłby ich Bóg, gdzież byłaby komunia? Czy wszystkie posiłki rodzinne przemieniają się w komunię? Niestety nie!

Od dnia, w którym Bóg pozwolił mi skorzystać z Jego niezmierzoności, z której też wywodzi się Jego prawo do chwały, wzbudził w duszy mojej echo bardzo wielkiej potrzeby modlitwy. W ciągu kilku dni poczułem w swej słabości jak się urzeczywistniam, jak się wyniszczam. Ale już wkrótce Msza św. stała się dla mnie jako ta, która odsłania w pełni godny dar ofiarny, który może spełnić Jego oczekiwanie. Zrozumiałem przede wszystkim, że posłuszne uniżenie Pana pod moimi rękami osiągnęło zaledwie trochę bardziej wyobrażalny wymiar. Wydaje mi się także, że związek pomiędzy tym uniżeniem, a grzechem człowieka znajduje się w logicznym porządku zbawienia. Zbawiciel chce zniszczyć grzech, zabrać (nie tylko grzech zakryć, albo zgodzić się na to, że nie będzie go już więcej widział). Najlepszym środkiem do pokonania zła jest pozwolić na panowanie przeciwności: W każdym grzechu tkwi pewien rodzaj zarozumiałości człowieka, który w tym konkretnym przypadku chce przeprowadzić wolę stworzenia przeciwko świętej woli Stwórcy. W rękach człowieka, który się impertynencko wywyższył, Syn Boży pozwala się uniżyć i wyrządzone swemu Ojcu zło znów czyni dobrem. Cały Syn Boży, jaki jest, przychodzi aby nauczyć człowieka posłuszeństwa.

Czy z tego powodu można by sobie wyobrazić, że ksiądz i jego wierni, skoro skończą świętowanie Eucharystii, rozchodzą się tak jak przyszli? Czy przykład ofiarującego się wobec nich i dla nich Chrystusa, a potem przyjęcie Go poprzez nich do własnych domów nie powinno ich doprowadzić do tego, aby się w Niego przeobrazili? Czy można tu jeszcze pozostawać dumnym, będąc nosicielem poniżonego Chrystusa? Dał się w nadmiarze, więc czy można pozostawać zamkniętym w sobie? Zrezygnował ze wszystkich swoich praw, a my chicelibyśmy się uczepić kurczowo naszych najbardziej rozległych praw?

Jaka nauka i jaka siła płynie ze Mszy św.!

Ten aspekt pokuty nie jest jedynym aspektem, ponieważ nie wszystko jest grzechem w ludzkim życiu. Istnieje też poświęcenie się. Poświęcenie się ludzkości w Bogu. Powszechne i osobiste oddanie się, bez ograniczeń, uważające na najlichszą małość, a które pochodzi z góry, ponieważ jest to Ten jedyny Syn Boga, który przychodzi na ołtarz, aby wszystkie możliwe formy dizałalności i poruszenia serca człowieka zebrać i przyjąć w siebie. To był Pan, mam przynajmniej taką nadzieję, który całkiem cicho podsunął mi modlitwy wstawiennicze za cały świat. Niekiedy ta krótka droga, którą przebywam idąc do kościoła, gdzie odprawiam Mszę św., daje mi czas, w którym myślą ogarniam cały rodzaj ludzki. Przebiegam w myśli szpitale całego świata, więzienia, dzielnice nędzy, fabryki, pola, również pola bitew bez spokojnych miejsc tkliwości i radości, które służą zapomnieniu, ponieważ wszystko, co się tam zdarza, zasługuje na to aby stać się darem do ofiarowania. «Zbierz wszystko, także okruszyny człowieczeństwa, pozbieraj wszystko co leży wokoło; właściwie to wszystko nigdy nie mogłoby być wywyższone, jeślibym Ja tego nie podjął» - wydaje się mówić do mnie Pan. Wierzę w moich braci ludzi: gdyby oni wszyscy wiedzieli, co ja wiem od Boga, ofiarowaliby się wszyscy w darze. Dlaczego ja nie mógłbym tego uczynić w ich miejsce?

Kiedy jednego dnia rozmawiałem z pewnym młodym kapłanem o naszych modlitwach wstawienniczych za świat i dodałem jeszcze nocne lokale, ten uniósł się: «Ależ nie, to już przesada. Chrystus stał się we wszystkich rzeczach człowiekiem z wyjątkiem grzechu. Nie można Go przecież czcić przez dar zła!» «Ty już widziałeś grzech, że tak powiem abstrakcyjnie, niezależnie od biednego chłopca, który go popełnił? Otóż to! Jego słabość, która go trochę usprawiedliwia, jego niewiedza, która go może rujnuje, jego wstręt do cynicznego zachowania się, który czyni go nieszczęśliwym; to wszystko jest może tylko ścianą ochronną jego wewnętrznego niepokoju. Czyż to wszystko nie jest ludzkie? Idź, ofiaruj to wszystko z czym już Pan dojdzie do ładu!». Dlatego nie mogę zrozumieć dlaczego powątpiewa się o wartości prywatnej Mszy św. dla Kościoła. Czy nie zależy to od celebrującego kapłana, że dar modlitwy wypełniony jest gęstością universum?

Nie powiedziałem jeszcze o najważniejszej rzeczy: o zdolności do nieograniczonego ubóstwienia, którą daje nam Msza św. Wierzę, że ofiara, którą przedkładamy, jest ofiarą Syna Bożego, w którym Ojciec złożył całe swoje upodobanie. Wierzę, że On będąc nieustannie doskonałym Bogiem (a więc całkowicie godzien), jest także doskonałym człowiekiem. Narodził się z Dziewicy Maryi, poprzez Nią został zaliczony w pokolenie synów Adama; wytworzył wśród nas wszystkich więzy pokrewieństwa, organiczne ogniwo, które czyni Go jednym sposród nas. Ofiarujemy więc Dobro, które posiadamy – najpiękniejsze spośród ludzkich dzieci. Wierzę, że przez ofiarę na ołtarzu okazujemy Trójcy Przenajświętszej «wszelką cześć i chwałę», o czym śpiewa Liturgia.

Wierzę zatem, że skoro kładę na korporał kielich i hostię (Tu, na tym małym czworokącie z tkaniny jest złączona CAŁOŚĆ wszechświata, ponieważ jest tutaj Bóg, a Bóg jest WSZYSTKIM.), to okazuję w moim własnym imieniu, i w imieniu Kościoła «wszelką cześć i chwałę» naszemu Bogu. Tak więc Bóg nie może oczekiwać ode mnie niczego większego i piękniejszego niż tego Syna, którego ja znów ofiarowałem Bogu. Nie może On oczekiwać od najdoskonalszego Świętego niczego większego i piękniejszego, ponieważ nie ma wspólnej miary dla świętości celebrującego i Ofiary. Nie może Bóg w swoim nieskończonym żądaniu świętości dla siebie wyobrazić sobie i pragnąć czegoś większego i chwalebniejszego, ponieważ w Jego oczach nie istnieje nic i nikt, kto dorównuje Jego ukochanemu Synowi, którego ja Mu ofiarowuję.

Ofiaruję zatem Bogu tak wiele, jak wiele mi dał; zapłaciłem za wszystkie winy. Odrzuciłem tę poniżającą świadomość ciągle niegodnego syna i tego wiecznie niewypłacalnego grzesznika. Dlatego na zewnątrz jestem przez Chrystusa oczyszczony z każdego zabrudzenia, bo On zabiera moje grzechy i niszczy je w swojej Krwi. I w ten sposób jestem – przez krótki moment – tak jak tego chce Ojciec, obiektem Jego zadowolenia. Taki stan równości z Jego jedynym Synem nie będzie chyba trwał więcej niż kilka minut, ale jutrzejszego dnia znów będzie Msza święta...

Kiedy wstępuję na stopnie ołtarza, nie wykluczam cierpień świata, lecz nadaję im sens. Przekazuję je Chrystusowi, aby je uchronił przed nieszczęściem, aby nie były daremne. Myślałem wystarczająco o tym, aby je chcieć z serca uśmierzać wszędzie tam gdzie je spotkam na mojej dzisiejszej drodze. Dzisiaj znów przelałem tę Krew za świat, tę Krew, «której jedna kropla wystarczy, aby uratować ziemię od każdego grzechu». Okazałem Trójcy Przenajświętszej wszelką «cześć i chwałę» w imieniu rodzaju ludzkiego. Wierzę, że usprawiedliwiłem stworzenie ziemi".51)

"Przez kilka dni czułem w swej słabości, jak się urzeczywistniam, jak wyniszczam" – tą paralelą sam początkowo chciałem wskazać na O. Dehona, który "nie panował nad sobą" (fou!), lecz potem prawie mimowolnie napisałem cały rozdział o Eucharystii i Mszy św., gdyż nie potrzebowałem potem zestawiać tego, co O. Dehon napisał o ofierze, adoracji, wynagrodzeniu, Mszach św. wynagradzających, oddaniu się we Mszy św.

Tu, w tej głębokiej, a przecież poglądowej i łatwo zrozumiałej teologii Mszy św. O. Schweitzera, jest podsumowane wszystko co znajdujemy także u O. Dehona. Jednakowo dokładnie jak O. Schweitzer myślał i modlił się O. Założyciel, kiedy szedł do ołtarza, kiedy stał u ołtarza, kiedy zstępował po jego stopniach, a także wówczas kiedy odprawiał swoją codzienną godzinę adoracji. O tym nie pisze Schweitzer, lecz przecież ołtarz i tabernaculum są ze sobą połączone, bo ołtarz jest jakby przedłużeniem (elongatur) tabernaculum. Człowiek musi – jak powiada Hans Urs von Balthasar – realizować to, co dzieje się na ołtarzu, przed tabernaculum. Wywody Balthasara nie są łatwo zrozumiałe; podobnie trudno jest mówić i pisać o misterium, a przecież czuje się słuszność gdy pisze: "Pan przychodzi, to jest Jego akt; ale nie następuje po nim akt odejścia. Możemy też powiedzieć inaczej: celebrowanie Eucharystii jest prawdziwym wydarzeniem, jest niejako wtargnięciem wieczności w czas. Ale nie następuje tu żaden odwrót wieczności z czasu, gdyż wieczność spotkała się definitywnie z czasem i jest nieustannie w stanie przechodzenia w czas. A czas i przestrzeń okazały się w darze Chrystusa «dla nas», «dla wszystkich» środkiem, który przekracza swoje granice w doczesności i przestrzenności, które są oznaką, że ten dar Jednego jest darem wiecznego Ojca i wiecznego Ducha...

Dlatego istnieje «komunia duchowa», która nie może zastąpić Komunii sakramentalnej, ale ona opromienia to wszystko, co na wielkiej uczcie, którą wydaje Ojciec, można otrzymać w udziale. I dlatego jest «uwielbienie Najświętszego Sakramentu», gdzie ciągle jest możliwe przechowywanie po konsekracji Chleba i Wina, widocznego dla wiernych lub też nie. To uwielbienie jest wspominaniem i wychodzeniem tym wspomnieniom naprzeciw poprzez serce na ów punkt gdzie odwieczna miłość wdziera się w czas, a czas został otwarty w wiecznej miłości. Nie może nikt takiego wspomnienia przeszłości i jej skierowania ku przyszłości w pełni realizować podczas parafialnej uroczystości".52) Powinno nam wystarczyć, aby to ogarnąć: Pan przychodzi, to jest Jego akt; ale nie następuje po nim akt odejścia. To pozostanie ma jednak swoje uzasadnienie. Aby to w pełni zrealizować, co to pozostanie znaczy dla nas i co nam ofiaruje, my także musimy pozostać – do Mszy św. musi być dołączone uwielbienie. Chcemy mocniej połączyć wzajemnie to, czym On ma udział w człowieczeństwie, a czym my uczestniczymy w wieczności. Jest to bowiem nieodzowne według pewnego aforyzmu Schweitzera: "Eucharystia: Istota nieskończona oddaje mi się (...) Jeśli Nieskończony by mi nie wystarczył, czymże mógłbym żywić moją duszę?".53) To jest podstawa Jego pozostania. Właśnie w Eucharystii O. Dehon doświadczył Chrystusa jako Tego "całkiem Innego", który mógł usłyszeć głos jego serca – "dopominałem się tego z tęsknotą..."

 

Nasza Reguła Życia mówi:

"Całe nasze życie chrześcijańskie i zakonne znajduje swoje źródło i osiąga swój szczyt w Eucharystii. Sprawowanie Pamiątki śmierci i zmartwychwstania Chrystusa jest uprzywilejowanym momentem naszej wiary..." (nr 80).

"Wezwani do codziennego uczestnictwa w tej ofierze Nowego Przymierza, jednoczymy się z doskonałą ofiarą, którą Chrystus przedstawia Ojcu, aby połączyć się z nią przez duchową ofiarę naszego życia (por. Rz 12, 1)".

Jako testament miłości, w którym Chrystus wydaje siebie, by Kościół urzeczywistniał się w jedności i w ten sposób głosił światu nadzieję – Eucharystia wywiera wpływ na to wszystko, czym jesteśmy i czym żyjemy (nr 81).

"Przez sprawowanie Eucharystii zjednoczeni z całym Kościołem we «wspomnieniu» i w obecności Chrystusa, przyjmujemy Tego, który sprawia, ze żyjemy razem, który poświęca nas Bogu, i który nieustannie posyła nas na drogi świata w służbie Ewangelii (por. 1 Kor 11, 24-26)" (nr 82).

"W bardzo ścisłym związku ze sprawowaniem Eucharystii, w adoracji rozważamy bogactwa tej «tajemnicy naszej wiary», by Ciało i Krew Chrystusa, pokarm życia wiecznego, przemieniły głębiej nasze życie (por. J 6, 54, 56)" (nr 83).

"Kult eucharystyczny czyni nas uważnymi na miłość i wierność Chrystusa przez Jego obecność w naszym świecie. Złączeni z Jego dziękczynieniem i z Jego wstawiennictwem, jesteśmy wezwani, by służyć przez całe nasze życie Przymierzu Boga z Jego ludem oraz działać na rzecz zjednoczenia chrześcijan i wszystkich ludzi (por. 1 Kor 10, 17).

W ten więc sposób chcielibyśmy odpowiedzieć na zaproszenie do spotkania i do jedności, które kieruje do nas Chrystus w tym uprzywilejowanym znaku Swojej obecności" (nr 84).

 

 

MANETE IN ME, ET EGO IN VOBIS
Wytrwajcie we Mnie, a Ja będę trwał w was (J 15, 4)
 

OJCIEC DEHON I ŻYCIE ZJEDNOCZENIA

 Ks. Yves Ledure, nasz współbrat z Prowincji Francuskiej Księży Sercanów, który zajmuje się szczegółowo duchowością naszego Założyciela, napisał: "Zjednoczenie z Chrystusem pozostaje fundamentem duchowości Ojca Dehona, że tak powiem, jego infrastrukturą". 54) Infrastruktura jest, można rzec, strukturą, która leży pod powierzchnią, ale która wszystko utrzymuje i dlatego ciągle na nowo prześwieca przez powierzchnię. Odnosi się to do życia zjednoczenia w duchowości O. Dehona. Rzeczywiście nie jest możliwym wymienić jak często mówił on o tym zjednoczeniu z Chrystusem, z Sercem Jezusa. Jeśli chcemy zrozumieć jak doszło do tego ukochania Serca Jezusowego, które takie zjednoczenie czyni prawie nieodzwonym, musimy najpierw sięgnąć do kultu chrztu św., który mogliśmy stwierdzić u O. Dehona. W związku z tym wspomnieliśmy przeżycie Bremonda z jednym duchownym, który w pewnym momencie przerwał z nim rozmowę, aby dokładnie przez minutę uczcić przy chrzcielnicy godzinę swojego chrztu. Miał on 64 lata i nigdy nie zaniechał tego ćwiczenia. O. Dehon – podobnie jak ten mężczyzna – miał żywą świadomość tego, że chrzest ma rangę stworzenia świata. Św. Paweł powiada: "Jeżeli więc ktoś pozostaje w Chrystusie (a czyni to przez chrzest), jest nowym stworzeniem. To, co dawne minęło, a oto wszystko stało się nowe (2 Kor 5, 17). "Przyobleczcie człowieka nowego, stworzonego według Boga, w sprawiedliwości i prawdziwej świętości" (Ef 4, 24).

Ważne jest to, żeby w tych zdaniach z Biblii, które są przecież autentycznymi definicjami chrześcijanina, słowo "nowy" prawidłowo rozumieć. Często słowo "nowy" przyjmujemy bezrefleksyjnie w tym sensie iż mówimy jak pewien człowiek, który ciężko zachorował, a potem stał się kwitnąco zdrowy: on jest nowo narodzony. Tutaj odnowienie posiada inny sens od odnowienia czegoś, co już tu przedtem było. W zdaniach o chrzcie św. chodzi o bardziej pełną nowość, o autentycznie nowe stworzenie, które dokonuje się z góry, z Ducha Świętego, podczas gdy drugie pochodzi z dołu, ze strony ciała. To, co rodzi się tu powtórnie w chrzcie św., jest tym nowym człowiekiem w nas. Oczywiście Apostoł nie chce tu powiedzieć, że odtąd będą w nas dwie osoby, ale z naciskiem uświadamia nam, że jest czymś zupełnie innym to, co stąd w nas jest, i to, że my stąd jesteśmy.55)

Józef Pascher, nestor liturgiki, wyjaśniał niegdyś charakter nowego stworzenia przy uwzględnieniu – chodziło przecież o nowe życie – badań biologicznych. Pisze on: "Nie może być nic nie świętego, co wyszło z Bożej ręki i o czym powiedziano: «I widział Bóg, że było dobre» (Rdz 1, 10). To obowiązuje także jeszcze po grzechu, ponieważ nie wszystko co Pan Bóg stworzył, może stać się całkiem, zupełnie złe. Lecz kiedy Bóg uwolnił świat od grzechu, to grzesznik nie tylko został przywrócony do poprzedniego stanu dobra... Nowe istniało i trwa we wspólnocie łaski z Chrystusem. I tu jest ważne zdanie: "Jeżeli więc ktoś pozostaje w Chrystusie, jest nowym stworzeniem. To, co dawne minęło, a oto wszystko stało się nowe" (2 Kor 5, 17). To, co się tu dokonuje, nazwane jest w innym miejscu Pisma św. udzielaniem się Ducha Świętego, i na nowo jest to wielka i drogocenna obietnica: «Abyście się przez nie stali uczestnikami Boskiej natury» (2 P 1, 4). Jest to «współzmartwychwstanie z Chrystusem dla tych, którzy zostali wraz z Nim pogrzebani w chrzcie św.» (por. Rz 6, 3). Tym jest rzeczywiście nowe stworzenie. To jest postęp, ale nie jest to rozwój pierwszego stworzenia do pełnego stanu. Jest to skok w «nowe», ale też nie jedyne w sensie mutacji. Chodzi tu przecież o jakościową nowość, o czym można się teologicznie wyrazić, że jest stworzeniem.

Pierwszego stworzenia dokonuje Bóg, w którym mówi" «niech się stanie». Nie mówi tak w sensie drugiego stworzenia, ponieważ tutaj dokonuje się to «nowe», w którym On się nam daruje. W tym akcie darowania się nam jest zawarte misterium zbawienia w jego wspaniałości i mocy, ale także i z jego utajeniem i zagadkowością (por. Rz 11, 22-23), jednak o ile duch ludzki rozumie, że nowość tego aktu darowania się nam Bożej miłości nie może być osiągnięta poprzez rozwój i mutację. I nie pojmuje się też tego stworzenia w tym sensie, że Bóg znów wyraża swoje upodobanie, gdyż wtedy nie pisano by: «A Bóg widział, że to było dobre», lecz, że On mówi, że to było święte... O tak pojętą świętość chodzi w tym komentarzu. Ona jest nowym stworzeniem, o które chodzi w religii Jezusa Chrystusa".56) Dlatego ilustracją tego stanu jest dawniejsza modlitwa podczas przygotowania kielicha: "Boże, Ty cudownie stworzyłeś człowieka, i jeszcze cudowniej go odkupiłeś". Obecnie z modlitwy tej pozostał niestety jedynie cytat z oracji Leona Wielkiego (Leon Wielki, Papież, 440-461). Jednak w liturgii Bożego Narodzenia znajduje się jeszcze do dziś ta stara, licząca sobie półtora tysiąca lat, oracja. Profesor Scheffczyk tak pisze na ten temat: "Cudowność tego drugiego stworzenia, w którym przewyższa ono jeszcze cud pierwszego stworzenia, leży w najserdeczniejszym zjednoczeniu świata ze Zbawicielem i w głębszej jedności życia z Bogiem niż urzeczywistniało się ono w pierwszym stworzeniu i ułaskawieniu."57)

To głęboko paulińskie podejście do nowego życia w nas jest punktem wyjścia dla życia zjednoczenia z Chrystusem. Aby to poznać, musimy odbyć okrężną drogę przez Ecole Française (Szkołę Francuską). Abbé Bremond (1855-1935), członek Akademii Francuskiej, napisał monumentalne dzieło pt. "Histoire littéraire du sentiment religieux en France". Dzieło to obejmuje jedenaście tomów, w których autor przedstawia dzieje życia religijnego we Francji, jakie rozwinęło sie po wojnach religijnych w tym kraju (od około 1600 roku). Pierwszy tom zatytułował "L’humanisme dévot", pobożny humanizm. Jego centralnym punktem jest tu przede wszystkim osoba św. Franciszka Salezego. Drugi tom traktuje o przenikaniu do Francji mistyki, które to zjawisko było tak mocne i gwałtowne, iż Bremond zatytułował go "L’invasion mystique". Trzeci tom z kolei zajmuje się ukierunkowaniem tejże mistyki, właśnie tej, którą Bremond określił jako Szkołę Francuską, bo od Bremonda pochodzi ta nazwa. Dotąd – a mówi to sam Bremond – nazywano ją Szkołą Oratorianów, gdyż kardynał de Bérulle, o którym właśnie będziemy mówić, założył w 1611 roku francuskie oratorium w Paryżu, podobnie jak św. Filip Nereusz założył oratorium włoskie. (oratorium = zgromadzenie księży diecezjalnych).

Jaka zatem jest ta nauka Szkoły Francuskiej? Zatrzymujemy się przy głównym rozdziale pracy Bremonda.

Cechą charakterystyczną tej szkoły jest mocno zaakcentowany teocentryzm. Przykładem, który ciągle Bremond odmienia i posługuje się nim dla wyjaśnienia tego zasadniczego rysu, jest podstawowe rozmyślanie z "Ćwiczeń" św. Ignacego. Rozpoczynają się one zdaniem: "Homo creatus est, ut Dominum Deum suum laudet ac revereatur, eique serviens tandem salvus fiat. – Człowiek jest stworzony po to, aby Boga, swojego Pana, chwalił i czcił, i służąc Mu, zbawiony został". W zdaniu tym mogę położyć nacisk na słowo "laudet" – aby chwalił, albo na wyrażenie "salvus fiat" – zostać zbawionym. Wielu ludzi czyni to ostatnie i wysuwa samego siebie – swoje własne zbawienie – a nie Boga i Jego chwałę na pierwszy plan swojego życia religijnego. Pierwsza forma pobożności jest teocentryczna, druga zaś antropocentryczna. Każdy widzi, że jest to kapitalna różnica, której następstwa są widoczne na każdym kroku. Bremond ukazuje to ponownie na podstawie metody ignacjańskiej. W tej metodzie wszystko jest zrozumiałe; jest to cudownie wypracowany system ćwiczeń i instrukcji, a wszystko to w celu, aby – jak głosi tytuł książeczki "Ćwiczeń" – "Niech się człowiek samego siebie uczy przezwyciężać, swoje życie uporządkować, a od każdej nieuporządkowanej skłonności się uwalniać".

Inaczej Szkoła Francuska. Zwraca się ku Bogu-Człowiekowi Jezusowi Chrystusowi, ku "mystére", jak się ciągle nazywa w Szkole Francuskiej, ku misterium, ku tajemnicy Jezusa Chrystusa. "Mystére" stało się dla Berulle’a ulubionym naczyniem dla tych głębokich, intymnych i niewymownych rzeczy, jakie oglądał i zdobył z bogactwa Jezusa Chrystusa. To doprowadza go do tego, że mówi o misteriach (w liczbie mnogiej) Jezusa, których zasadniczo zna niezliczoną ilość, to znaczy znajduje w każdym najmniejszym czynie Jezusa, o którym donosi Ewangelia, w każdym słowie, a nawet w każdym nauczaniu Jego życia w ogóle – jeśli nawet Ewangelia niczego specjalnego o tym nie mówi – treść, która jest dla nas w specjalny sposób przystępna. Pojęcie misterium służy mu więc do tego, aby życie Jezusa historycznego opisać w najdrobniejszych szczegółach; wyprowadzić ze strony czysto historycznej w teraźniejszość i uprzystępnić je człowiekowi.58)