Przedmowa
Ojciec Dehon
... i modlitwa
... i
Królestwo Serca Jezusowego
... i
Najświętsza Eucharystia
... i życie
zjednoczenia
... i jego
dzieło
Rys
statystyczny
Przypisy
PRZEDMOWA
"Zgromadzeniu
Księży Najświętszego Serca Jezusowego,
któremu zawdzięczam szczęście mojego życia"
Autor
Kto będzie czytał tę małą książeczkę, ten znajdzie w niej krótki opis
życia Ojca Dehona, Założyciela Zgromadzenia Księży Najświętszego Serca
Pana Jezusa. Związana jest ona z kilkoma głównymi tematami jego
duchowości. Stąd tytuł: "Ojciec Dehon i (...)". Zakończeniem każdego
rozdziału są urywki cytowane z naszej Reguły Życia, które ilustrują jego
treść. Część końcowa tej pracy zawiera zestawienie statystyczne i
historyczne informacji, które przedstawiają stan Zgromadzenia Księży
Sercanów.
Będę szczęśliwy jeśli okaże się, że po tylu latach Ojciec Dehon ma
jeszcze coś do powiedzenia ludziom współczesnym.
Handrup, 15 lutego 1978 r.
w święto łogosł. Klaudiusza de la Colombière.
Ks. Wilhelm Recker SCJ
DOMINE, QUID ME VIS FACERE?
Panie, co chcesz abym czynił?
OJCIEC DEHON I MODLITWA
Kiedy w roku 1943, w setną rocznicę urodzin Założyciela Zgromadzenia
Księży Sercanów, ukazały się "Extraits du Journal du Peré J. L. Dehon",
wówczas dla wielu stało się jasne co jest najważniejsze dla zrozumienia
O. Dehona i jego Zgromadzenia. "Extraits" to są wypisy z jego
"Dziennika". Manuskrypt tegoż "Dziennika" (znajduje się w Archiwum
Zgromadzenia w Rzymie) składa się z 60 zeszytów, z których jest 15
zeszytów czarnych dużego formatu i 45 szarych o mniejszym formacie. W
czarnych zeszytach noszących tytuł "Notes sur l’histoire de ma vie" (z
historii mojego życia), streścił O. Dehon – w roku 1886, na podstawie
notatek i listów – swoje życie do tego właśnie roku (1843-1886). Od roku
1886 prowadził nadal swój dziennik, aż do swej śmierci (1886-1925).1)
O tych codziennych notatkach pisze on w roku 1915: "Codziennie robię
notatki. Święty Ignacy czynił to przez trzydzieści lat. Przed jego
śmiercią w znacznej części zostały zniszczone, gdyż traktowały o
nadzwyczajnych i wspaniałych łaskach, których dostąpił, a które służyły
jego chwale. Moje notatki mogą jedynie posłużyć na użytek historii
Zgromadzenia. Pod koniec mego życia uczynię to, co podszepnie mi łaska".2)
Można to poczytać za szczęście, iż O. Dehon nie spalił u kresu życia
swoich zeszytów. Wiele epizodów z historii Zgromadzenia pozostałoby
nieznanych. Przede wszystkim doświadczamy czegoś, co tylko w ten sposób
jest możliwe doświadczyć. Wejdźmy na moment w jego wnętrze. Tam już
zaczyna się rozwijać nowy człowiek (Ef 2, 15), i posiada to – jak potem
zobaczymy – nadzwyczajne znaczenie dla O. Dehona. Znaczące tu jest pewne
miejsce w jego dzienniczku, które wywołuje wspomnienie jego pierwszej
Komunii świętej. Chciał już przyjąć Komunię św. w wieku dziewięciu lat,
lecz dopiero w uroczystość Zesłania Ducha Świętego, 4 czerwca 1854 roku,
pozwolono mu na to. Miał wtedy jedenaście lat.
"Lekcje katechizmu były suche" – pisze. Jednocześnie przygotowanie,
jakie dała mu matka, nadzwyczaj pobożna pani, stanowiło dla niego
nieocenioną wartość. A dalej pisze: "Pojąłem, że chodziło tu o wielkie
rzeczy. Przygotowałem się do nich dobrze i doznałem rzeczywiście mocnego
działania łaski. Ceremonie odnowienia przyrzeczeń chrzcielnych,
poświęcenie się Matce Bożej, stoją mi jeszcze żywo w pamięci.
Przewodniczyłem odnowieniu przyrzeczeń chrzcielnych. Przypominam sobie
pewien szczegół z tego dnia. Dobry doktor F., przyjaciel rodziny,
przyszedł do naszego domu. W jego i mojej obecności oceniono, że dobrze
przewodniczyłem modlitwie. Odczuwałem badawcze spojrzenie doktora,
który obawiał się, że moja własna duma może zmącić czystość tego, tak
wspaniałego, dnia. Sądził tak dlatego, że stać mnie było na więcej –
stojąc na balkonie nie mógł mnie zrozumieć. Ale w tym dniu wzniosłem się
ponad moją zarozumiałość. Nie byłem podatny na ludzką chwałę. Poczułem
bardzo wyraźne dotknięcie łaski".3)
To, co się teraz zaczęło, jest świadomym życiem nowego człowieka i
będzie kontynuowane przez całe jego życie. Znamienne jest tutaj zdanie z
rozdziału o jego chrzcie, w którym O. Dehon przyznaje się do pewnego
rodzaju kultu wspomnienia swego chrztu. "Zostałem ochrzczony 24 marca
(1843) w biednym kościele w La Capelle... Ten dzień 24 marca był świętem
małego męczennika Symeona, ale przede wszystkim dzień pierwszych
Nieszporów z uroczystości Zwiastowania Maryi". Jest to pewien zwrot w
myśleniu, który wyraża znaczenie dnia chrztu i szczęście, które jeszcze
się potęguje poprzez głębokie złączenie myśli następnych zdań: "Byłem
szczęśliwy mogąc później łączyć wspomnienie mego chrztu ze słowami Pana
Jezusa": «Ecce venio». To spotkanie obdarzyło mnie wielką ufnością. «Oto
idę» Serca Jezusowego wsparło i pobłogosławiło moje wejście w życie
chrześcijańskie. Pan Jezus z pewnością nie weźmie mi tego za złe jeśli
dopatrywać się w tym będę gestu Opatrzności w kierunku mego obecnego
powołania jako kapłana oddanego bez reszty Najświętszemu Sercu". A dalej
następuje opis kultywowania dnia chrztu. "Nadal pielęgnowałem
wspomnienie mojego chrztu. W Kolegium z upodobaniem odnawiałem moje
przyrzeczenia chrzcielne. W Rzymie szczęśliwym trafem wpadła mi w ręce
piękna książka ćwiczeń świętej Gertrudy. Używałem jej do odnowienia we
mnie łaski chrztu świętego. Za każdym razem, kiedy przyjeżdżałem na
wakacje, odprawiałem pobożną pielgrzymkę do chrzcielnicy i ściskało mi
się serce, kiedy musiałem skonstatować, iż stare urny w ołtarzu
całkowicie zniknęły".4)
Jeszcze w roku 1925, w roku swojej śmierci, gdy znów nadeszło (już po
raz osiemdziesiąty drugi) wspomnienie dnia jego chrztu, pisał: "24 marca
odnowiłem wraz ze św. Gertrudą wspomnienie mojego chrztu, aby odnowić
jego łaski: egzorcyzmy, wyznanie wiary, poświęcenie się, namaszczenie,
nowe życie, które symbolizuje biała szata".5) To obrazuje jak
bardzo Leon Dehon przejmował się znaczeniem tego dnia, o którym też w
książeczce Eugena Waltera "O wspaniałościach chrztu" jest napisane:
"Dzień ten jest ważniejszy niż Niedziela Biała; jest on ważniejszy od
święceń kapłańskich, albo od profesji zakonnej! Wszystkie inne łaski
można jedynie doskonalić, które zostały zapoczątkowane właśnie w tym
dniu, w którym zesłana zostaje na nas łaska Bożego zmiłowania, gdzie sam
Bóg wstępuje do naszego wnętrza i gdzie my zostajemy wprowadzeni w
najbardziej zażyłe obcowanie trzech Osób Boskich".6)
A dalej Walter donosi o podobnym przypadku czci chrztu św., jak to
opisuje Bremond, autor historii pobożności we Francji po wojnach
religijnych (od 1600 roku), jaki przeżył z jednym ze znanych mu księży:
"Gdy go odwiedziłem pewnego dnia, przerwał nagle w środku rozpoczętej
rozmowy, spojrzał na zegar i powiedział: «To jest godzina mojego chrztu,
otrzymanego przed sześćdziesięciu cztery laty. Proszę pozwolić mi pójść
do kaplicy. To ćwiczenie mnie wiele kosztuje, lecz nigdy go nie
zaniedbałem»".7) Zobaczymy później jakie znaczenie ma dla
duchowości O. Dehona ten kult chrztu św., kiedy będziemy mówić o życiu
zjednoczenia.
1 października 1855 roku Leon Dehon zaczął uczęszczać do Kolegium w
Hazebroeck we francuskiej Flandrii. Ćwiczenia, które tam odprawiał,
sprawiały za każdynm razem w jego duszy głęboki smutek. Myśl, aby zostać
księdzem, powracała, i wkrótce bardzo się nasiliła. "Pierwsze wezwanie
Boga jest ciemne. W pierwszym roku myśl o kapłaństwie nawiedzała mnie
tylko niekiedy. W czasie rekolekcji na drugim roku zrobiłem mocne
postanowienie. W noc Bożego Narodzenia 1856 roku stało się ono
definitywną decyzją. Zadziwiające jest to, że od tamtej nocy moje
postanowienie ani razu nie zostało poważnie zachwiane".8)
Jednak mogłoby to bardzo łatwo nastąpić. Otóż ze strony jego ojca
rozpoczyna się twardy i długo utrzymujący się opór. O jego ojcu tak
czytamy w "Dzienniku" Dehona: "W gimnazjum porzucił on praktyki życia
chrześcijańskiego, lecz zachował szacunek i uznanie dla tego sposobu
życia".9)
Pod wrażeniem święceń kapłańskich swego syna, które przeżywał w Rzymie,
ojciec powrócił do praktyk religijnych. Jednakże było to dopiero w 1868
roku. Teraz, w sierpniu 1859 roku, gdy Leon po świetnie zdanych
egzaminach wracał z Hazebroeck i oznajmił rodzicom o pragnieniu zostania
kapłanem, uderzyło to w nich jak błyskawica. Ojciec nie przyjmował do
wiadomości tego planu Leona. "Prosiłem go aby mi pozwolił wstąpić do
Saint Suplice (znane Seminarium Duchowne w Paryżu). Odpowiedział, że
nigdy nie dopuści do tego".10) Toteż Leon Dehon rozpoczął w
Paryżu studia prawa i zakończył je w kwietniu 1864 roku, składając
egzamin doktorski. "Po moim powrocie do La Capelle musiałem znów omawiać
z moją rodziną wielkie problemy powołania. Nie było to łatwe. Ojciec
przyrzekł mi kiedyś, że pozwoli mi na swobodną decyzję gdy zdam egzamin
doktorski, lecz teraz, gdy do tego doszło, nie chciał się na to
zgodzić".11)
Na propozycję swego przyjaciela, Leona Palustre’a, który studiował
archeologię, została zaplanowana podróż w świat. Ojciec się zgodził,
gdyż miał nadzieję, że być może uda mu się odwieść swego syna od planu
wstąpienia do seminarium. W sierpniu 1864 roku Leon Dehon rozpoczął tę
podróż wraz ze swym przyjacielem Palustrem. Marszruta prowadziła przez
Szwarcwald, Szwajcarię, Północne Włochy, Istrię, Dalmację, Albanię,
Grecję, Egipt, Palestynę, Małą Azję, Konstantynopol, Węgry. Tam
przyjaciele się rozdzielili. Leon powracał przez Rzym do La Capelle,
dokąd znów przybył w końcu czerwca 1865 roku. Miał bowiem trzy miesiące
wakacji. Znów rozpoczęły się dyskusje nad jego powołaniem i stały się
one jeszcze twardsze. Dochodzi do przykrych scen rodzinnych: "Ojciec
strasznie cierpiał z powodu mojej decyzji. Nie miał żadnego zrozumienia
dla niej. Wszystkie jego marzenia runęły (...) Matka, na której pomoc
liczyłem całkowicie, niespodziewanie zupełnie mnie opuściła. W swoim
życiu osobistym była pobożna i pragnęła abym ja także był pobożny, ale
kapłaństwo ją przerażało. Obawiała się, że będę potem stracony dla
rodziny, a przede wszystkim dla niej samej. Musiałem opancerzyć swoje
serce, aby odeprzeć skierowane przeciwko mnie ataki. Czasem byłem twardy
dla moich rodziców, lecz musiałem być taki. Powiedziałem im, że jestem
dorosły i chcę być wolny. Zapewnili mnie wreszcie, że pozwolą mi na
wyjazd, ale sceny ze łzami często jeszcze miały miejsce".12)
25 października 1865 roku Leon Dehon wstąpił do Francuskiego Seminarium
Santa Chiara w Rzymie. "Stare, ciasne, wysokie wnętrza, smutne i ciemne.
– Tak charakteryzuje Leon Dehon to seminarium. – Otrzymałem pokój na
piątym czy szóstym piętrze, dokładnie tego nie wiem. Była to mansarda
pokryta dachówką, położona nad kaplicą. Pokój był mały, ogołocony, a
łóżko twarde. Ale cóż to szkodzi? Byłem szczęśliwy. Byłem w swoim
żywiole i byłem szczęśliwy".13)
Nie mógł tego wyraźniej powiedzieć. Słusznie myśli o tym ksiądz
Dorresteijn: "Gdy się opisuje przejście Leona z Paryża do Rzymu, zmianę
jego życia z turysty na seminarzystę, przejście z ruchliwego obcowania
wśród ludzi różnego pokroju do życia skupionego i oderwanego od świata
alumna – miałoby się ochotę mówić o jakimś nowym życiu. Jednak wyrażenie
«nowe życie» byłoby trochę za mocne. Leon Dehon, ten wybraniec losu,
który miał możność zakosztowania wszystkiego, czego prawy młodzieniec w
tym wieku zakosztować może, nie dał się jednak unieść powabom świata.
Prawdziwe jego życie tętniło we wnętrzu, w jego duszy. Spokojnie, ale
nieustannie, rozrastał się w nim zarodek życia złożony w jego duszy
przez chrzest św. Życie wewnętrzne uważał też od samego początku za swój
właściwy ideał. I z tego punktu widziane życie w seminarium stanowiło
jedyne środowisko o sprzyjającej atmosferze, która miała zapewnić
Leonowi rozkwit jego właściwego życia wewnętrznego".14)
Trzeba to było nazwać prawdziwym szczęściem, że kierownictwo
Francuskiego Seminarium Świętej Klary spoczywało wtedy w rękach Księży
Ducha Świętego. Ksiądz Freyd (zmarł w roku 1875) był rektorem seminarium
i pod wpływem tego człowieka, którego Papież nazywał "un santo" –
święty, dostał się młody Dehon. Ks. Freyd interweniował kilka razy, gdy
ojciec Leona ciągle usiłował odsuwać moment święceń kapłańskich swego
syna. Najpierw ojciec zakazał mu pokazywać się w stroju kleryka, gdy
przebywał w domu na wakacjach. Początkowo sam Leon Dehon odwlekał
przyjęcie święceń subdiakonatu ze względu na ojca. W obydwu przypadkach
ks. Freyd po prostu ustalił terminy.
W grudniu 1886 roku otrzymał tonsurę i niższe święcenia, a następnie w
grudniu roku 1867 przyjął święcenia subdiakonatu. Jednakże największy
wpływ na młodego Dehona miał ks. Freyd jako spowiednik i ojciec duchowny
(w Rzymie od 1865 do 1871 roku). Ks. Freyd dał Dehonowi odpis traktatów
ks. Libermanna (Nawrócony Żyd, również członek Zgromadzenia Księży Ducha
Świętego, zmarł w Paryżu w roku 1852, rozpoczęty został jego proces
beatyfikacyjny) o modlitwie. Było to dla Leona wielkim odkryciem. Po
stopniach modlitwy, które są tam opisane, został on wkrótce doprowadzony
do stanu modlitwy, o której wspomina pewnego razu w jednej wzmiance
swego "Dziennika": Dążymy do kontemplacji jak uczył jej Bosseut, w
której jesteśmy wierni w ćwiczeniu koncentracji i umartwienia. Co się
mnie osobiście dotyczy, to mógłbym od swoich pierwszych lat
seminaryjnych zachować te łaski, jeślibym im pozostawał wierny... Pewna,
zbyt wielka aktywność, niedbalstwo lub słabość były winne temu, że je
chwilowo utraciłem. Ale bezgraniczna dobroć Serca Jezusowego ciągle
robiła wszystko, aby mnie do nich na powrót doprowadzić. Nie potrzebuję
żadnej lektury, a także żadnego rozważania, ażeby iść do Serca
Jezusowego z Maryją i moimi Patronami, ażeby potem ofiarować to Serce
Trójcy Przenajświętszej jako Ofiarę. Są to akty, które stały się u mnie
nawykiem. Lecz jakże bardzo teraz muszę wstydzić się, że nie zachowałem
i regularnie nie przymnażałem pierwszych łask".15)
Innym razem akcentuje zjednoczenie z Chrystusem jako istotę takiej
modlitwy. "W tym miesiącu doznałem oświecenia. Polega ono na tym, iż
wydaje mi się, że ćwiczenie zjednoczenia z naszym Panem jest
wyróżniającym się spośród innych ćwiczeń i pomaga nam bardziej niż
wszystkie inne ćwiczenia. Czyż to nie nasz Pan, jedyna przyczyna naszego
powołania, naszego szczęścia i wszelkiego duchowego dobra? To jest
polecenie, które dał mi ks. Freyd, a ja przez to otrzymałem wielkie
łaski. Skoro tylko oddalałem się od niego, opadałem w dół. Zjednoczenie
jest rzeczywiście łaską, i jest to ćwiczenie przez które chcę stać się
świętym. Chcę je definitywnie podjąć. Niczego nie chcę czynić, jak tylko
w zjednoczeniu z Jezusem, przez Jezusa i w Jezusie. «Cor Jesu, quid me
vis facere?» - Serce Jezusa, co chcesz abym czynił? To powinno być teraz
moją jedyną regułą życia".16)
Nie zawsze mu się to udawało, ale zawsze na nowo do swego postanowienia
powracał. "Jak łaskawy był dla mnie nasz Pan. Zwykle nie dopuszcza do
ponownego zjednoczenia, kiedy się ten stan lekkomyślnie utraci. Ja
osobiście trwałem w nim długo, chyba około 26 lat (od 1866 do 1892), po
czym przeżyłem dwadzieścia lat życia, w którym dni dobre przemieszane
były z dniami pełnymi nędzy. A potem powrócił dawny stan".17)
Ten rodzaj modlitwy, który cechował teocentryzm wielkiej Szkoły
Francuskiej, jest kluczem do duchowości O. Dehona. Jest to prawdziwa
modlitwa w imię Jezusa (por. J 14, 3), rozumiana nie jako nazwanie w
formalno-słownym sensie, jakby chodziło o szczególnie podkreśloną
formułkę. Chodzi o rozmawianie z Bogiem, które wypływa z uprawnienia,
siły i postawy moralnej Syna, który modlącego się włącza w swoją własną
relację życiową do Ojca. Ta zaś wypełniona jest utkaną pomiędzy Nimi
dwoma miłością, którą jest Duch Święty. Kiedy więc Syn wyjednywa
modlącemu się człowiekowi przystęp do ojca, to spowija także Ojca i Syna
jednoczącym "vinculum caritatis" (węzeł miłości), który Duch Święty
rozciąga na modlącego się i udziela mu wewnętrznej osobowej siły Bożej
miłości. Z tego na wskroś tajemniczego stanu rzeczy czerpie Apostoł
Paweł wiedząc, iż ostatecznie tym, który błaga i prosi poprzez modlącego
się, jest Duch Święty. "Gdy bowiem nie umiemy się modlić tak jak trzeba,
sam Duch przyczynia się za nami w błaganiach, których nie można wyrazić
słowami" (Rz 8, 26). Chrześcijańska modlitwa jest tutaj rozumiana jako
wejście w krąg życia trynitarnego Boga; jako zmiana życia w Bogu i z
Nim, co już nie jest lansowaniem modelu spotkania zewnętrznego, albo
typem spotkania vis-a-vis. Modlący się nie zadzierzga tylko w ten spsób
więzów z Bogiem: uzyskuje raczej udział w Jego duchowym bycie".18)
Nadaje to modlitwie szczególny rodzaj siły. "Modlitwa jest tak samo
rzeczywistą siłą jak siła przyciągania ziemskiego... Jest to szczególna
moc świata, która może w widoczny sposób przezwyciężać tak zwane prawa
natury" (Alexis Carrel). To nadaje ostateczną jasność i perspektywę;
każda inna perspektywa jest fałszywa. Modlitwa jest sposobem wyjaśnienia
tajemnicy człowieka i rzeczywistości. "W sytuacjach wobec których
zawodzą najmądrzejsi, a najodważniejsi szukają drogi wyjścia, widzi się
niekiedy kogoś, kto ze spokojem czyni to, co słuszne. Można polegać na
tym, iż jest to człowiek, który się modli".19)
Nasza Reguła Życia mówi:
"Uznajemy, że od wierności w modlitwie zależy wierność każdego z nas i
naszych wspólnot (...). Chrystus zaprasza do niej swoich uczniów, a
przede wszystkim swoich przyjaciół. Na to zaproszenie pragniemy
odpowiedzieć (por. Łk 18, 1; Mt 26, 41)" (nr 76).
"Często słuchamy Słowa Bożego. Kontemplujemy miłość Chrystusa w
tajemnicach Jego życia i w życiu ludzi; umocnieni naszym przylgnięciem
do Niego, jednoczymy się z Jego oblacją dla zbawienia świata. W ten
sposób możemy otrzymać «ducha mądrości i objawienia», aby odkryć i
prawdziwie poznać Chrystusa Pana i nadzieję, jaką nam otwiera Jego
wezwanie (Ef 1, 17-18)" (nr 77).
"Przyjmując Ducha Świętego, który modli się za nas i przychodzi z pomocą
naszej słabości (por. Rz 8, 26 nn), chcemy w Synu wielbić i adorować
Ojca, który każdego dnia dokonuje wśród nas dzieła zbawienia i zleca nam
posługę pojednania (por. 2 Kor 5, 18).
"Modlitwa, pozwalając nam na postęp w «poznaniu» Jezusa, zacieśnia więzy
naszego życia wspólnego i otwiera je stale na Jego misję" (nr 78).
ADVENIAT REGNUM TUUM!
Przyjdź Królestwo Twoje!
OJCIEC DEHON I KRÓLESTWO SERCA JEZUSOWEGO
19 grudnia 1868 roku Leon Dehon
został wyświęcony na kapłana. Było to rezultatem ponownej interwencji
ks. Freyda. Święcenia kapłańskie powinny się właściwie odbyć w czerwcu
1869 roku. Ale wtedy rodzice Leona nie mogliby w tej uroczystości
uczestniczyć. Podczas spędzania ostatnich wakacji w ojczyźnie, udało się
Leonowi namówić rodziców, aby pojechali z nim do Rzymu. 22 października
1868 roku wyjechali z La Capelle, po drodze odwiedzili między innymi
Loretto i 3 listopada przybyli do Rzymu. Rodzice chcieli pozostać tu
przez kilka miesięcy – do lutego 1869 roku. Jeśliby święcenia kapłańskie
miały miejsce dopiero w czerwcu, jak to pierwotnie było zaplanowane,
rodziców Leona nie byłoby już wtedy w Rzymie, i nie mogliby tym samym
wziąć udziału w uroczystości, w której ich syn otrzyma święcenia. I tu
ks. Freyd wpadł na szczęśliwy pomysł, a mianowicie by przyśpieszyć
święcenia kapłańskie i podzielił się tym planem z rodzicami Leona. Matka
była zachwycona, ojciec, zwlekając, zaaprobował tylko propozycję. Ale
później realizacja planu miała prawie wzruszający przebieg: "Na 15
listopada moi rodzice i ja mieliśmy wyznaczoną audiencję u Papieża.
Ułożyłem pisemną prośbę i przeżyłem triumf łaski: mój ojciec, który tak
długo był wrogiem mojego powołania, osobiście wręczył Papieżowi prośbę,
która musiała być zatwierdzona, ponieważ musiałbym być wyświęcony
jeszcze przed zakończeniem studiów teologicznych. Pius XI przyjął pismo
i powiedział tylko, że da je kardynałowi wikariuszowi. Tym samym –
wiedziałem to – sprawa była załatwiona".20)
Święcenia miały miejsce w Bazylice Loretańskiej. "Świętość Bazyliki
Loretańskiej stanowi doprawdy nadzwyczajną oprawę dla udzielenia święceń
kapłańskich. Tutaj, na tych płytach począwszy od Konstantyna, tysiące
biskupów i setki tysięcy kapłanów otrzymywali swe święcenia i to bardzo
często z rąk samego następcy św. Piotra (...) Było nas dwustu kandydatów
do przyjęcia święceń kapłańskich: zakonników i kleru diecezjalnego ze
wszystkich narodów, w rozmaitych strojach. Synowie św. Benedykta,
Franciszka, Dominika, z dwudziestu innych rodzin zakonnych; Włochów,
Francuzów, Anglików, Niemców, Hiszpanów, misjonarzy propagandy
wyznaczonych dla Orientu, Afryki, Indii, Oceanii (...). Moi rodzice
klęczeli za mną. Nie mogli się powstrzymać od łez. Ojciec mój nie mógł
nic jeść przez cały dzień (...) Po święceniach szedłem aby zdjąć szaty
liturgiczne. Kiedy się odwróciłem, zobaczyłem moją matkę klęczącą przede
mną na kolanach, oczekującą na moje błogosławieństwo. Tego już było za
wiele, szlochałem ze wzruszenia i wróciłem do seminarium z ojcem i
matką. Byłem wyczerpany.
Mój ojciec został całkowicie zdobyty, przyrzekł przyjąć Komunię św.
Nazajutrz podczas mojej pierwszej Mszy św., i poszedł do spowiedzi do
dobrego monsignore Levela, świętego kapłana nawróconego z judaizmu. W
następnych latach ojciec mój nigdy nie mówił o ks. Levelu bez wielkiego
wzruszenia i wielkiej dla niego wdzięczności".21)
Podczas letnich wakacji, 19 lipca, Leon Dehon odprawił swoje prymicje w
rodzinnym La Capelle. Jego zdrowie nie było wtedy najlepsze. Niektóre
litościwe dusze myślały: Monsieur l’abbé nie odprawi zbyt wielu Mszy.
Monsieur l’abbé osiągnął błogosławiony wiek 82 lat! W jesieni Leon Dehon
powrócił z powrotem do Rzymu. Tam Papież Pius IX bullą "Aeterni patris"
zapowiedział Sobór Watykański I, trwający od 29 czerwca 1868 do 8
grudnia 1869 roku. Do obsługi tegoż Soboru przygotowano z rozmaitych
rzymskich seminariów 24 stenografów, wśród których znalazł się także
Leon Dehon. Sesje Soboru odbywały się w prawym transepcie Katedry Św.
Piotra, gdzie znajdowały się miejsca dla więcej niż siedmiuset
uprawnionych do głosowania uczestników Soboru. Leon Dehon bardzo żywo
przedstawiał swoje czynności stenografa w swoim "Dzienniku".22)
18 lipca 1870 roku został ogłoszony dogmat o nieomylności Papieża (Wśród
błyskawic i grzmotów, bo szalała straszna burza. Wynik głosowania: 535
głosów "za", 2 "przeciw", 55 biskupów wyjechało.), a 19 lipca 1870 roku
Francja wypowiedziała wojnę Niemcom. 20 września tegoż roku Sobór został
odroczony. Leon Dehon ukończył swoje studia składając egzamin doktorski
z prawa.
1 sierpnia 1871 roku czterokrotny doktor powrócił przez Asyż z powrotem
do Francji. Poprosił swojego biskupa Thibaudiera z Soissons o
zwolnienie, ponieważ chciałby zostać zakonnikiem. Myśl o klasztorze już
wcześniej często go absorbowała, lecz jak bardzo była ona niepewna,
można stwierdzić, jeśli się jeszcze raz wyliczy jakie miał plany Leon
Dehon od czasu swoich swięceń kapłańskich:
-
założenie katolickiego uniwersytetu w Nimes, razem z Asumpcjonistami;
- założenie
kongregacji studiów w Rzymie, której członkowie związani czterema
ślubami, rozpowszechnialiby całą rzymską doktrynę, także tę
niezdefiniowaną;
-
plan, aby pracować w Katolickim Uniwersytecie w Loewen;
-
plan współdziałania przy zakładaniu uniwersytetu w Nimes.
Ten ostatni plan był jeszcze najbardziej posunięty. Tu jednak ks. Freyd
dał z Rzymu radę, aby poczekać do uzyskania w tym względzie większej
jasności. 3 października 1871 roku znów oddał się do dyspozycji
biskupowi i – dokładnie miesiąc później – otrzymał nominację na
wikariusza w bazylice w Saint Quentin. Potem następuje w jego życiu
okres działalności społecznej wśród robotników zakładów włókienniczych
miasta, która w pewnej mierze była pracą przełomową i długo jeszcze była
kontynuowana. W roku 1900 ukazał się na przykład 293 stronicowy tom pt.
"La rénovation sociale chrétienne", zawierający konferencje, które
wygłosił Dehon w Rzymie na przestrzeni lat 1897-1900. Także inne jego
książki są wyszczególnione w "Calendarium Dehonianum".
U ks. Dorresteijna znajdujemy krótkie podsumowanie okresu działalności
społecznej O. Dehona. Dorresteijn pisze: "Encyklikę «Rerum novarum»
można przyjąć jako centrum i idealny punkt wyjścia dla działalności
społecznej ks. Dehona, aczkolwiek ks. Dehon pracował społecznie już
prawie 20 lat, kiedy ukazała się ta encyklika (15 maja 1891 rok). W
grudniu 1891 roku zebrała się po raz pierwszy w diecezji Soissons
Społeczna Komisja Studiów, której przewodniczącym został pół roku
później ks. Dehon. Pod jego przewodnictwem powstał znakomity «Manuel
social chrétien», podręcznik który stanowił komentarz do encykliki
«Rerum novarum». Na niezliczonych Kongresach propagował on idee zawarte
w tym podręczniku. Czynił to w duchu chrześcijańskiej demokracji,
chrześcijańskiego ruchu robotniczego. Nie występował przy tym jako
przywódca związkowy, lecz bardziej jako kierownik kierowników. Jego
działalność ukierunkowana była na duchowieństwo i elity laickie, na
Trzeci Zakon".23)
Kilka słów do trzech miejsc w tym krótkim sprawozdaniu może uzmysłowić
jak wielki wpływ musiał posiadać ks. Dehon, że to właśnie od niego
wyszła społeczna odnowa. Najpierw jest to sławny
"Społeczno-chrześcijański podręcznik". "Ten podręcznik poskutkował tak
jak uderzenie pioruna i następujący po nim długi letni deszcz" – pisze
znów ks. Dorresteijn. "Ks. Dehon został w rozmaitych tonach okrzyknięty
jako socjalista, ale o wiele głośniej dźwięczały ze wszystkich stron
pochwały. We Francji podręcznik ten doczekał się pięciu wydań. Giuseppe
Toniolo (sławny socjolog, profesor ekonomii społecznej w Królewskim
Uniwersytecie w Pizie), polecił przetłumaczyć go na język włoski.
Podręcznik ten ukazał się następnie w języku węgierskim, hiszpańskim i
arabskim. Był omawiany we włoskich seminariach, a msgr Doutreloux, znany
biskup – społecznik z Lüttich, rozesłał go swoim duchownym. «Stał się on
w mgnieniu oka klasycznym podręcznikiem dla tych wszystkich, którzy w
ślad za Leonem XIII potrafili podjąć działalność społeczną» - mówi
Prélot. «Tych, którzy tej książce pomiędzy rokiem 1895 a 1910
zawdzięczali swoje wykształcenie, był legion»".24)
Jego działalność skierowana była na duchowieństwo. Typowe dla tej
działalności są Dni Seminarzystów i kursy seminarzystów, a także kursy
dla księży w Val-de-Bois. W tej miejscowości Leon Harmel posiadał
fabrykę (przędzalnię). O. Dehon znał się z Harmelem od 1872 roku i
został jego przyjacielem i duchowym doradcą. Leon Harmel żywił
nadzwyczajną cześć dla Serca Jezusowego i prowadził chrześcijańskie
życie. Jego proces beatyfikacyjny został już rozpoczęty. Leon Harmel
chciał urzeczywistnić słowa O. Dehona: "Chcieć pozbyć się przemysłu to
śmieszna utopia. Musimy chrystianizować fabryki". Harmel, wielki
przyjaciel O. Dehona, wyraził się podobnie: "Musimy ochrzcić maszyny".
Teraz w Val-de-Bois odbywały się wspomniane zebrania dla seminarzystów i
księży. Dni Seminarzystów polegały na tym, że klerycy, na zaproszenie
Leona Harmela, mogli w czasie wakacji odbywać praktyki w fabryce w
Val-de-Bois. W roku 1888 doszło do tego, że odbywające się kursy trwały
zazwyczaj przez tydzień. O tych kursach pisze ks. Haas: "Każdego ranka
po Mszy św. ks. Dehon miał wykład z podsumowującą dyskusją na temat
apostolatu (...). W południe wszyscy uczestnicy kursu zapraszani byli do
stołu Leona Harmela. Podczas posiłku czytano na głos z książki o
zagadnieniach społecznych. Potem następowała wymiana zdań. Po południu
są – podobnie jak rano – dwa posiedzenia z małą przerwą przewidzianą na
prywatną modlitwę. Kolacja jest znów wspólna z rodziną Harmel. Potem
gawędzi się na świeżym powietrzu, albo spędza się wieczór razem z
robotnikami w Domu Związkowym".25)
"Z początku pojawiło się około 30 uczestników kursu. Tych można było
jeszcze w Domu Związkowym fabryki zakwaterować. Ale coraz więcej
napływało zgłoszeń ze wszystkich diecezji. Dla przełożonych seminariów
wydawało się to ważnym, aby posyłać tylko elity. Jednak i tak liczba
biorących udział doszła do stu. Prości robotnicy fabryczni poczytali
sobie za punkt honoru zaprosić do swych skromnych domów kleryków na
nocleg (...). Ks. Dehon, który sam pochodził z arystokratycznych kręgów,
był dla robotników najlepszym wzorem w prostocie swojego bycia i w
naturalności swojego działania. Nie przegapiał wielkich imprez i
otrzymał wkrótce coś jakby rolę najwyższego kierownictwa. Powszechnie
nazywano go "très bon Père".26) W Zgromadzeniu we Francji
tytuł ten pozostał przy Ojcu Dehonie.
Seminarzyści, jako późniejsi księża, wyrażali życzenie kontynuowania
tego kształcenia społecznego. Tak dochodziły również do skutku
konferencje kapłańskie w Val-de-Bois, wśród których najbardziej
wyróżniającymi się były te z roku 1895. Napływ chętnych był tak wielki,
że musiano się przenieść z Val-de-Bois do Saint Quentin, gdzie O. Dehon
oddał im do dyspozycji Kolegium Świętego Jana. Dwustu księży z
trzydziestu diecezji brało w nich udział.
Wreszcie krótka charakterystyka mówcy na Kongresie. Georges Goyan, znany
francuski historyk Kościoła, jeszcze w roku 1932 pisał o mówcy Dehonie:
"Słyszę go jeszcze, jak wyjaśnia naukę Ojca świętego i wyciąga z niej
wnioski. Był imponujący w swej postaci, mocny w swojej teologii, ale
kiedy zaczął mówić, na jego twarzy pojawił się odblask jego wewnętrznej
miłości do dusz; miłości, którą on wzbudzał i odnawiał każdego dnia w
kontemplacji miłości Jezusa. W swoim społecznym apostolacie był on
przede wszystkim uczniem Serca Jezusowego".27)
Podczas swych wikariuszowskich lat w Saint Quentin nadal prowadził
wewnętrzne poszukiwania. Ks. Dorresteijn pisze podsumowując ten odcinek
jego życia: "Ogólnie biorąc ks. Dehon okazale zadebiutował w Saint
Quentin. Jego gorliwość apostolska ujęła szczególnie nowego biskupa,
męża o niespożytej energii, będącego w sile wieku, który zamianował ks.
Dehona jeszcze w pierwszym pięcioleciu jego kapłaństwa kanonikiem. Co
działo się tymczasem w duszy ks. Dehona? «Mój Boże! – jakże mi smutno
gdy widzę jak jesteś ciągle obrażany, i że nie mogę temu przeszkodzić!
– pisze 16 grudnia 1873 roku w swym dzienniku. – Pragnę we wszystkim
spełniać Twoją świętą wolę. Pragnę uczynić wszystko, co w mojej mocy, by
Ci wynagrodzić zniewagi, jakie Cię spotykają».
W swych «Souvenirs» tj. broszurce napisanej do «synów duchowych» z
okazji rozpoczęcia siedemdziesiątego roku życia, pisze, że zawsze
pragnął zostać zakonnikiem, ale że nigdy nie mógł się zdecydować na
ostateczny wybór. «Rozglądałem się tylko stale i starałem się być
cierpliwym. Byłem przepełniony miłością do Serca Jezusa i pragnieniem
wynagrodzenia. Tymczasem zaś poświęciłem się całkowicie dziełu w Saint
Quentin. Dzieło to wiązało mnie coraz silniej i coraz trudniej było mi
oderwać się od niego»".28)
Pewien zwrot w tej permanentnej niepewności spowodowało Kolegium
Świętego Jana. Wraz z nim zostało zapoczątkowane założenie nowego
zgromadzenia. "W końcu postawiłem sobie pytanie, czy nie jest wolą
Opatrzności, aby podjąć coś samemu. Rozmawiałem o tym z naszym dobrym
biskupem Thibaudierem. Ten zastanowił się i wreszcie odpowiedział:
«Ksiądz pragnie założyć stowarzyszenie kapłańskie, ja chętnie widziałbym
Kolegium w Saint Quentin. Mógłby ksiądz zacząć zakładać Stowarzyszenie w
formie Kolegium»".29) Biskup dał mu 14 lipca 1877 roku
pisemne polecenie, aby rozpoczął realizację tego planu. Jeszcze tego
samego dnia Leon Dehon kupił dom Lecomte’a na rue Richelieu. Podczas
rekolekcji, które odprawił przygotowując się do odbycia nowicjatu,
napisał w dniach od 16 do 31 lipca 1877 roku Konstytucje, i z dniem 16
lipca 1877 roku rozpoczął także swój nowicjat.30)
8 września 1877 roku wprowadził się do domu, który zakupił. Dom ten
otrzymał nazwę: "Institution St. Jean" – Kolegium Św. Jana. Na początku
odbywania nowicjatu Leon Dehon przyjął imię: Ojciec Jan od Serca
Jezusowego. Złożenie tego zakonnego imienia: Jan – Serce Jezusa, daje
okazję do późniejszego przedstawienia tego, co Leon Dehon rozumie pod
pojęciem Królestwa Serca Jezusowego. Na razie musimy opisać w kilku
pociągnięciach początkowe stadium Zgromadzenia.
28 czerwca, w uroczystość Najświętszego Serca Pana Jezusa, roku 1878,
Leon Dehon złożył pierwsze śluby. "Oddałem się bez zastrzeżeń Sercu
Jezusowemu. Dla mnie były to już śluby wieczyste".31) Do tego
dołączył jeszcze, jakby nie dosyć jeszcze czynił, wyraźny pakt miłości.
Po jego śmierci znaleziono tekst tego paktu, a na kopercie widniała
błagalna prośba: "Amicitiam tuam pretiosam pauperculo tuo discipulo
reddere non dedigneris. Fiat! Fiat! 28.6.1878". (Przyjaźni Twej cennej
biednemu Twemu uczniowi racz nie odmawiać.) Była to jedyna prośba tego
dnia. Wszystko inne było oddaniem, szczerym oddaniem. Do tego Leon
Dehon, po złożeniu swoich własnych ślubów publicznych, dołożył także
jeszcze prywatny ślub żertwy.
Rozpoczęło się powolne wzrastanie. Pierwszy klasztor został założony:
"Dom Serca Jezusowego". 14 września 1878 roku wprowadzono się tam. Jest
to kolebka naszego Zgromadzenia, dom macierzysty. Zostają przyjęci
pierwsi nowicjusze. W roku 1879 dom ten liczy 14 mieszkańców: dwóch
księży, jeden subdiakom, jeden kleryk z niższymi święceniami, brat
świecki, pierwsi fratres.32) O tym pierwszym roku pisze jeden
z najstarszych ocjów w swoim liście: "Co do początków Zgromadzenia to
myślę, że nie można sprawy idealizować. Było wiele wielkości i piękna,
przede wszystkim w nowicjacie, ale nie wszystko było doskonałe".33)
Tym samym napomknął o rzeczach, które prowadziły do kasaty Zgromadzenia.
Impuls do tego wyszedł od ks. Tadeusza Captiera. Był on nauczycielem,
następnie wstąpił jako brat w 1869 roku do Zgromadzenia Misjonarzy
Najświętszego Serca i tam nadal wykonywał swoją nauczycielską profesję.
W 1874 roku w zagadkowych okolicznościach przyjął wszystkie święcenia w
ciągu jednego tygodnia, a kiedy w kilka lat później został zmuszony do
opuszczenia swego Zgromadzenia, przyjął go w 1879 roku O. Dehon. Z racji
złożenia egzaminu nauczycielskiego został pierwszym dyrektorem St.
Clemens w Fayet, kilka kilometrów na północ od Saint Quentin, pierwszej
szkoły misyjnej Oblatów Serca Jezusowego – tak bowiem na początku
nazywali się członkowie naszego Zgromadzenia.
Ks. Captier przejawiał przesadną pobożność, która nie była wolna od
psychopatycznych skłonności. Twierdził, że miał objawienia za
pośrednictwem aniołów, którzy mu się ukazywali. O. Dehon bardzo szybko
odczuł dziwactwa religijne tego mężczyzny i nazwał je urojeniami i
dziełami diabła. Pomimo tego bardzo zaszkodziły one Założycielowi, gdyż
notatki siostry Marii od Świętego Ignacego zostały później w Rzymie
przedstawione jako tak zwane objawienia ekscentrycznego księdza
Captiera. Siostra Maria należała do Zgromadzenia Służebnic Serca
Jezusowego i była obdarzona mistycznymi łaskami. Ponieważ zapatrywania,
jakie miał O. Dehon co do oddawania czci Sercu Jezusowemu w wielu
punktach były zgodne z tym, co uważała obdarzona tak mistycznymi łaskami
siostra, dlatego wiele z tego znalazło się w powstających tekstach,
które O. Dehon ułożył dla Konstytucji, Reguł i modlitw. Kompetentny
biskup Thibaudier obserwował z troską te przesadne, lub co najmniej
niezdrowe rzeczy, które się pojawiły w szkole anielskiej (école
angélique) w Fayet i zwrócił się w zaufaniu do arcybiskupa Reims.
Stopniowo zbiorą się tego obszerne akta. Wreszcie bp Thibaudier otrzymał
polecenie, aby przesłał wszystkie akta do Rzymu, a więc także i pisma s.
Marii od Św. Ignacego, oraz dziwne notatki księdza Captiera. We wrześniu
1883 roku O. Dehon został wezwany do Rzymu; treść i przebieg tych
przesłuchań nie dotarła do publicznej wiadomości. Lecz mocą dekretru z 3
maja 1883 roku Święte Oficjum dokonało kasaty młodego Zgromadzenia. O.
Dehon otrzymał ten dekret kasacyjny 8 grudnia 1883 roku.34)
Leon Dehon pisze o tym następująco w swym "Dzienniku": "3 grudnia 1883
roku! Rok consummatum est (wykonało się), straszliwy rok. Ileż udręk,
ileż utrapień! Opuściłem wszystko, oderwałem się od wszystkiego;
wszystko złożyłem w ofierze aby założyć Dzieło wynagrodzenia względem
Boskiego śerca, rzeczywiście wszystko: moją karierę, wiele przyjaźni,
nadzieje i pokój mojej rodziny. Wydawało się, że Bóg przyjął moją
ofiarę, udzielając mi wielu łask, a także formalnej zachęty, oraz
przekazując mi swoje słowo – tak mi się wydawało. Znalazłem poparcie u
moich kierowników duchowych, ludzi wybitnych, i u wielu dusz świętych
(Don Bosco). A teraz Kościół wszystko to postawił pod znakiem zapytania.
Wezwano mnie do Świętego Oficjum (najstarsza i najwyższa rangą
kongregacja kardynalska, istniejąca od 1542 roku, obecnie Kongregacja
kardynalska Nauki Wiary). Pozostała mi obawa o rozwiązanie Zgromadzenia.
Po miesiącach pełnych oczekiwania przyszedł wyrok śmierci.
Pozostawaliśmy w grobie nie trzy dni, lecz trzy miesiące. Potem przyszło
małe zmartwychwstanie, Betlejem. Ale przez cały rok jak echo wyroku
śmierci dźwięczało to, rozbrzmiewające każdego dnia: zdumienie i
zniechęcenie wokół mnie, pewien rodzaj rozczarowania jak u uczniów
idących do Emmaus (...) Ten wyrok śmierci otrzymałem w najpiękniejsze
święto – 8 grudnia. Zostałem powalony na ziemię i zdruzgotany. A zatem
łudziłem się. Co powinienem czynić? To, co mi pozostało, to Kolegium Św.
Jana. (Była to jego osobista własność. Wydał na nie w ciagu tych lat 800
000 franków.)35) Ale nie tam mnie ciągnęło, to nie było moje
powołanie (...) Bóg wie jak cierpiałem podczas tych dni śmierci. Bez
szczególnej łaski postradałbym rozum, czy życie".36)
Wzruszający jest list do biskupa Thibaudiera: "Wiadomo Waszej
Ekscelencji, że założyłem Zgromadzenie Oblatów Najświętszego Serca tylko
w tym celu, aby wypełnić wolę Bożą i przyczynić się do Jego chwały (...)
Mój plan przedłożyłem Waszej Ekscelencji (...) Akceptacja Waszej
Ekscelencji była dla mnie słowem Boga (...) A teraz Zbawiciel żąda, abym
zburzył to, co kazał mi zbudować. Nie mogę ani przez chwilę mieć
przeciwnych myśli, ponieważ byłoby to ze wszech miar rzeczą nierozumną.
Mogę tylko wypowiedzieć: Fiat! Ekscelencja wie dobrze jak to jest
bolesne. Śmierć byłaby czymś stokroć lżejszym. Wszystko jest zrujnowane
i zniszczone: honor, włożone finanse, nadzieja i coś więcej, czego nie
jestem w stanie wyrazić. Lecz czymże jest to wszystko? Tym, co mnie
dręczy najbardziej jest myśl, od której nie mogę się uwolnić, że
mianowicie Zbawiciel pragnął tego Dzieła, a ja je unicestwiłem przez
moje niewierności. W tym wszystkim nie chcę widzieć tylko utraty
wielkich łask Bożych, lecz przede wszystkim to, że plany Boże natrafiły
na przeszkodę, a chwała, której On oczekiwał, nie została zrealizowana z
powodu moich przewinień. Jest to ból, którego nic nie może ukoić. A
teraz, Ekscelencjo, składam wszystko w Jego ręce prosząc o przebaczenie
za niedoskonałość mego posłuszeństwa w przeszłości. Jego mądrość i
dobroć będzie umiała ocenić tak wiele powołań kapłańskich i zakonnych,
których nie można załamywać bez lekceważenia ceny ich dusz i łask. Nasze
dzieła, szczególnie Kolegium Św. Jana, są wciągnięte w ten kryzys. Zła
reputacja zaprzepaściłaby je. Wasza mądrość weźmie to wszystko pod
uwagę. Proszę, niech Ekscelencja nie liczy się z moją osobą. Byłbym
bardzo szczęśliwy, gdybym mógł przez wszystkie moje upokorzenia i
poniesione straty wynagrodzić za moje przeszłe winy i ofiarować
Zbawicielowi jakąś rekompensatę. Uczynię wszystko, co Wasza Ekscelencja
mi nakaże w imieniu Kościoła świętego, i to w każdej chwili, według woli
Waszej Ekscelencji.
Ekscelencja wyświadczył mi więcej dobra i okazał więcej współczucia niż
na to zasłużyłem. Proszę jedynie wyprosić dla mnie łaskę, abym pozostał
wiernym w tej bolesnej pokucie, tak jakim byłem dotychczas".37)
Wydaje się, że ta prawowierna i kościelna, a przecież heroiczna postawa,
utorowała drogę do nowego początku. "Biskup Thibaudier pojechał do
Rzymu. Podjął się naszej obrony, i dekret z 28 marca 1884 roku znów
przywrócił nam życie. Przetrzymaliśmy «consummatum est» i oto przyszło
zmartywchwstanie".38) To małe dzieło odżyło znów pod nazwą:
Zgromadzenie Księży Serca Jezusowego. Teraz O. Dehon mógł od nowa
zakładać Królestwo Serca Jezusowego.
O Królestwie Serca Jezusowego mówi on niezliczoną ilość razy. Jest ono
główną treścią jego życia. Aby wyrobić sobie o tym pojęcie musielibyśmy
wyjść od wielkich Apostołów, świętych, piewców Serca Jezusowego, którzy
wszyscy wywarli swój wpływ na O. Dehona. – Od Gertrudy z Helfa
(1256-1302), ks. Jana Eudes (1601-1680), Małgorzaty Marii Alacoque
(1647-1690), Klaudiusza de la Colombiére (zmarł w 1682 roku), lub też
musielibyśmy cytować teksty znajdujące się w książkach O. Dehona. Prośbę
z "Ojcze nasz" zinterpretował również w tym duchu. Artykuł programowy w
czasopismie "Królestwo Serca Jezusowego", które zaczęło się ukazywać od
1 stycznia 1889 roku, zatytułowany jest: "Królestwo Serca Jezusowego w
duszach i społeczeństwie". Pisze w tymże artykule: "Uwielbienie Serca
Jezusowego, które zaczęło się w życiu dusz mistycznych, musi przede
wszystkim zstąpić do ludzi i przeniknąć ich życie społeczne. Będzie ono
dla pożałowania godnego zła naszego moralnego świata nieomylnym znakiem
zbawienia. Panowanie Serca Jezusowego jest wobec tego jak najbardziej
zgodne z duchem czasu. Kto na to spojrzy we właściwy sposób zrozumie, że
nasz kult Serca Jezusowego nie jest po prostu zwykłym, pobożnym
ćwiczeniem, ale że my zdążamy do rzeczywistego odnowienia całego życia
chrześcijańskiego. Tylko Serce Jezusa może znów dać miłość światu, który
o niej zapomniał; ono samo znów odzyska serca mas, serce robotnika,
serca młodzieży. Ten nowy podbój serc z widocznym panowaniem Serca
Jezusowego już się rozpoczął (...) A zatem, przyjdź Królestwo Twoje –
odkupione Królestwo Serca Jezusowego".40)
Tak na podstawie wielu dalszych cytatów układa się obraz tego Królestwa.
Lecz ja chciałbym – jak to już zapowiadałem – wyjść od konkretnego
obrazu do pewnej ilustracji biblijnej Ryszarda Seewalda, która nosi
tytuł: "Serce Jezusa włócznią przebite". A w medytacji do tego obrazu
jest następujący komentarz: "Swoje ilustracje biblijne Ryszard Seewald
malował jedynie w kolorach białym i czarnym. Ale ta skromność daje także
artyście możliwość położenia akcentu na określone wyrażenia za pomocą
odciśniętego kontrastu. Spoglądamy na obraz; trzeba na jakiś czas
pozwolić zadziałać ciszy. Przy tym można poddać radę, aby nie tylko z
bliska oglądać obraz, ale raczej z pewnego dystansu. Artysta zatytułował
ten obraz, jak już powiedział - «Serce Jezusa włócznią przebite». Badamy
czy obraz ogarnia tę treść – próbujemy część po części przebić się do
pełnego wyrazu obrazu. Nie sposób przeoczyć potężnego krzyża w środku
obrazu; wyznacza on swoje linie wertykalne i horyzontalne. Ale pomimo
tego krzyż oddziaływuje jak obiekt do oglądania, jak monstrancja, ażeby
wyeksponować postać umierającego Pana w ściągającym na siebie spojrzenia
obrazie, aby obserwatorowi powiedzieć: «Zobacz zbawienie świata, które
zawisło na drzewie!» Krzyż został mocno wbity w ziemię, zasadzony w
grunt wzgórza Golgoty. Jednakże, kiedy trwamy tak przez moment, to czy
nie odnosi się potem wrażenia, ze łukowaty pagórek staje się czymś
więcej niż wierzchołkiem Golgoty? Czy nie odnosi się wrażenia, jakoby
było to górne sklepienie globusa, kuli ziemskiej? Ale potem wzgórze
Golgoty staje się właściwie drugorzędne, ważne jest, że krzyż wsadzony
jest w sam środek ziemi. Ponadto trudno przeoczyć, że linia wertykalna
krzyża sterczy aż do górnego obrzeża obrazu. Wywołuje to wyraźne
skojarzenie: krzyż wiąże niebo i ziemię, to zaś sprawia wrażenie, iż to,
co się tutaj dokonuje, ma rangę kosmiczną!
Na dalszym planie krzyża kłębią się głębokie ciemności, wydają się być
nieprzeniknione. Także i tutaj chciałbym znów powiedzieć: Pozwólmy
zatrzymać się na moment spojrzeniu, a spostrzeżemy jak ciemność zdaje
się cofać; kurczy się w sobie – miejsce, które zajmuje, staje się coraz
mniejsze i węższe; ciemność ucieka w odległą dal. Ale ciemność, jak to
wszyscy wiemy, jest wypierana tylko przez światło. Tu ciemność ustępuje;
tu zostają wyparte budzące grozę ciemności, ponieważ od krzyża emanuje
światło. Od Ukrzyżowanego wychodzi światło – moc, która sama jedna
ujarzmia i obezwładnia zagęszczoną ciemność.
Na przeciwległej stronie wzgórza położone jest miasto. Czy to Jeruzalem?
Ale czyż nie może to być każde inne miasto? Możemy przyjąć, iż nie
myślimy tu o żadnym określonym mieście, lecz że te budynki służą ogólnie
jako miejsca zamieszkania dla ludzi. Również i tu ciemności cofają się
daleko poza miasto. Światło rozpościera się nad domami, dachami, wieżami
jak gdyby się rozlało jasne słońce. To wszystko chce powiedzieć: «Ludzie
żyją i przeobrażają się teraz pod wielkim i wzniosłym światłem, które
wychodzi od ukrzyżowanego Pana».
Pod krzyżem stoi Maryja, Matka Jezusa. Ale zarazem stoi tu Ona jako
symbol Kościoła i każdego wierzącego chrześcijanina. Jeszcze jest
naznaczona przez ciemność cierpienia, jeszcze jest pochylona pod swoim
bólem, ale już nie jest zamknięta w nieprzeniknionych ciemnościach jak w
więzieniu, które nie ma okien ani drzwi. Nad Nią rozlewa się światło,
które jest mocniejsze od ciemności cierpienia; światło, które wypływa od
Ukrzyżowanego jest już rozpostarte nad Nią jako przychodzące święto
wielkanocne.
Z lewej strony obrazu stoi żołnierz. Można dostrzec tylko połowę jego
postaci. Artysta chce przez to powiedzieć, że jego rola jako żołnierza,
nie ma tu żadnego zasługującego na uwagę znaczenia. Jego włócznia
natomiast, którą trzyma w ręku, jest ważna; ona za pomocą siły
żołnierskiego ramienia dokonuje ważnego, symbolicznego wydarzenia.
Tutaj, podczas tego wydarzenia, nie spełnia ona jedynie roli zimnego
narzędzia zbrodni. Ta włócznia staje się przede wszystkim kluczem, który
otwiera Jezusowe wnętrze. Zatem Jego życie i śmierć stają się zrozumiałe
– poruszająca siła Jego życia i Jego Osoby widoczne: jest to całkowite
poświęcenie, totalna miłość.
Z prawej zaś strony obrazu widnieje postać Jana Apostoła. Na pierwszy
rzut oka wygląda to tak, jakby nie był on zaangażowany wewnętrznie w
pełne cierpienia wydarzenie na Kalwarii. A przecież to on jest właśnie
całym swym sercem i wszystkimi swymi myślami przy umierającym Panu; on
kontemplował moment przebicia Serca Jezusowego. Patrzącemu Jan Apostoł
prezentuje się jako partner do rozmowy; zagaduje go, zaprasza, aby nie
szedł dalej, lecz by się zatrzymał, ponieważ ma mu coś ważnego do
powiedzenia. Swoją prawicą wskazuje objaśniająco na Pana, na Serce
Jezusa, które zostało przebite włócznią żołnierza. Spojrzenie Apostoła
świadczy o wewnętrznym spełnieniu, o głębokim przeświadczeniu, o
świadomości posłannictwa.
Chcemy posłuchać Jana Apostoła, pragniemy usłyszeć co ma nam do
powiedzenia: «Lecz gdy podeszli do Jezusa i zobaczyli, że już umarł, nie
łamali Mu goleni, tylko jeden z żołnierzy włócznią przebił mu bok i
natychmiast wypłynęła krew i woda. Żaświadczył to ten, który widział, a
świadectwo jego jest prawdziwe. On wie, że mówi prawdę, abyście i wy
wierzyli» (J 19, 33-35). Aby ukazać co Jan myśli w tej krótkiej relacji,
chciałbym przywołać słowa teologa Józefa Ratzingera. W swojej książce
pt. «Wprowadzenie do pojęcia chrześcijaństwa» pisze następująco: «W
obrazie przebicia Boku dla Jana szczyt osiąga nie tylko scena
krzyżowania, lecz cała historia Jezusa. Teraz, po sztychu włóczni, który
zakończył Jego ziemskie życie, Jego egzystencja jest całkowicie odkryta;
obecnie jest ona zupełnie skończona, jest całkowicie wolna. Jest On
teraz całkowicie DLA, teraz naprawdę nie jest On już więcej kimś
pojedyńczym, lecz ADAMEM, z którego Boku została utworzona Ewa, nowe
człowieczeństwo. Oto głębokie przedstawienie Starego Testamentu, według
którego kobieta została wzięta z boku mężczyzny, przez co została
wyrażona w niezrównany sposób ich ustawiczna, wzajemna relacja i ich
jedność w człowieczeństwie – historia ta więc zdaje się nawiązywać do
słowa «Bok» (słowo "pleura" tłumaczone najczęściej nieściśle jako
"żebro"). Otwarty Bok nowego Adama powtarza tajemnicę stworzenia
otwartego boku mężczyzny: On jest początkiem rozwoju definitywnej
wspólnoty międzyludzkiej; jako jej symbole występują tu krew i woda, na
które wskazuje Jan, jako na podstawowe chrześcijańskie sakramenty Chrztu
i Eucharystii, a poprzez nie na Kościół, jako znak nowej wspólnoty
ludzi. Ten całkowicie Otwarty, ten byt jako Poczęty i nadal
przepowiadany, a przez to widzialny, jako Ten, kim w najgłębszym wnętrzu
zawsze był: Synem.
Ale wszystko to ukazuje także jakie wymaganie leży w rozważaniu o
przyszłym człowieku, ponieważ człowiek dla drugiego winien być otwarty,
a przez to otwierający nowy początek, to znaczy: człowiekiem w darze,
być człowiekiem ofiarującym się. Przyszłość człowieka leży na krzyżu,
zbawieniem człowieka jest krzyż. I nie opanuje inaczej siebie samego,
dopóki nie pozwoli zburzyć ścian swojej egzystencji spoglądając na
Przebitego włócznią, którego naśladuje, który jako Przebity, Otwarty
otworzył drogę ku przyszłości»".41)
Modlitwa wieczorna, która jest zamieszczona w "Thesaurus precum",
dawniejszym modlitewniku Zgromadzenia, rozpoczyna się następującym
wezwaniem: "Stawmy się przed obecnością naszego Pana Jezusa Chrystusa i
Najświętsze Serce Jego uwielbiajmy". Potem następuje werset z Ewangelii
św. Jana, a wreszcie hymn "Auctor beate saeculi", który również mówi o
Sercu Jezusa jako źródle, w przedostatniej strofie: "Wszak dlatego
włóczni razy, Boku ranę otworzyły, by grzechowe nasze skazy, krwi i wody
zdroje zmyły". I wyborny komentarz O. Dehona jest z nim zgodny:
"Przebicie Najświętszego Serca jest tajemnicą tajemnic, fundamentem
wszystkich innych tajemnic. Dlatego włócznia otworzyła Jego Serce
cielesne, ażebyśmy poznali ranę Jego duchowego Serca – Jego miłość,
która jest źródłem naszego zbawienia i odkupienia. W momencie śmierci
naszego Pana rozdarła się zasłona Świętego Świętych. Miało to identyczne
znaczenie jak cios włóczni.
Jezus Chrystus jest świątynią Boga, a Jego Serce jest Świętym Świętych –
ołtarzem miłości – na którym dokonywały się wszystkie tajemnice i
składane były ofiary. Jest to główne znaczenie otwarcia godnego
uwielbienia Serca Jezusowego. Tajemnica ta przewyższa wszystkie inne,
ponieważ one wszystkie zawierają się w tej jednej".42) Warto
wspomnieć, że w modlitewniku pt. "Panie, pomóż nam się modlić", który
wydał później, w roku 1976, ks. Johannes Kalmer, prowincjał Prowincji
niemieckiej, Serce Jezusa zostało określone jako "wielki znak", oraz że
modlitwa zawarta w tym tytule pozostaje w związku z naszą nazwą: Księża
Serca Jezusowego. I rzeczywiście, biblijny symbol przebitego Serca
wprowadza najlepiej w kult Najśw. Serca Pana Jezusa, zaś bardzo udana
interpretacja ks. Kalmersa do ilustracji obrazu Seewalda unaocznia czego
O. Dehon pragnął: Przez całkowite oddanie się w odpowiedzi na totalny
dar Serca Jezusowego rozpędzić w nas ciemność świata zniewolonego, a w
to miejsce – i tego ma dokonać odnowione i wynagradzające działanie –
światło Zmartwychwstania rozpościerać we wszystkich sercach i w każdym
domu.
Nasza Reguła Życia mówi:
"Zgromadzenie bierze swój początek z doświadczenia wiary Ojca Dehona. To
samo doświadczenie św. Paweł wyraził w następujący sposób: «Obecne życie
moje w ciele, jest życiem wiary w Syna Bożego, który umiłował mnie i
samego siebie wydał za mnie» (Ga 2, 20)".
"Otwarty Bok i przebite Serce Zbawiciela są dla Ojca Dehona najlepszym
wyrazem miłości, której czynnej obecności doświadcza w swoim życiu" (nr
2).
"W miłości Chrystusa, który przyjmuje śmierć jako największy dar swego
życia dla ludzi i jako wyraz synowskiego posłuszeństwa dla Ojca, widzi
Ojciec Dehon jedyne źródło zbawienia".
"Z Serca Chrystusowego, otwartego na krzyżu, rodzi się człowiek o nowym
sercu, ożywiony przez Ducha Świętego i zjednoczony z braćmi i siostrami
we wspólnocie miłości, którą jest Kościół" (nr 3).
"Ojciec Dehon chciał, aby członkowie Zgromadzenia w sposób wyraźny
łączyli swe życie zakonne i apostolskie z oblacją wynagradzającą, którą
Chrystus złożył Ojcu za ludzi" (nr 6).
"Oczekuje on od swoich zakonników, aby byli prorokami miłości i sługami
pojednania ludzi i świata w Chrystusie. Tak zaangażowani razem z Nim, by
zapobiec grzechowi oraz brakowi miłości w Kościele i świecie, oddawać
będą całym swoim życiem, modlitwami, pracami, cierpieniami i radościami
kult miłości i wynagrodzenia, którego pragnie Jego Serce" (nr 7).
"Razem ze św. Janem w otwartym Boku Ukrzyżowanego widzimy znak miłości,
która przez całkowity dar z siebie samej na nowo stwarza człowieka
według Boga.
Konteplując Serce Chrystusa, uprzywilejowany znak tej miłości,
utwierdzamy się w naszym powołaniu. Zaiste zostaliśmy powołani, by
włączyć się w ten nurt zbawczej miłości, oddając się naszym braciom z
Chrystusem i za Jego wzorem. «Po tym poznaliśmy miłość, że On oddał za
nas życie swoje. My także winniśmy oddać życie za braci» (1 J 3, 16) (nr
21).
"Posłany w pełni czasów (...) przez solidarność z ludźmi (...) objawił
miłość Boga i zwiastował Królestwo, świat nowy, obecny już w zalążku
poprzez czynione po omacku wysiłki ludzi; świat, który znajduje swe
wypełnienie ponad wszelkie oczekiwanie, gdy przez Jezusa Bóg będzie
wszystkim we wszystkich (por. Rz 8, 22; 1 Kor 15, 28)" (nr 10).
"Chrystus spełnia swą służbę dla wielu (por. Mk 10, 45). Modlił się, aby
nadeszło Królestwo, które buduje się już teraz przez Jego obecność wśród
nas. Przez swoją mękę i zmartwychwstanie otworzył nas na dar Ducha
Świętego i wolność dzieci Bożych" (nr 10 i 11).
"On jest dla nas Pierwszym i Ostatnim, Żyjącym (Ap 1, 17). W Nim nowy
człowiek został stworzony według Boga w sprawiedliwości i prawdziwej
świętości (por. Ef 4, 24). On pozwala nam wierzyć, że pomimo grzechu,
niepowodzeń i niesprawiedliwości Odkupienie jest możliwe, zaofiarowane i
już obecne. On jest naszą Drogą!" (nr 12).
ECCE VENIO!
Oto przychodzę!
OJCIEC DEHON I NAJŚWIĘTSZA EUCHARYSTIA
"Stoi mi przed oczami ta scena,
jakby to wszystko działo się dopiero niedawno. Nauczyciele filozofii
uczący w wyższych szkołach w Niemczech spotkali się ze swoimi kolegami z
zagranicy na jednym z ważnych kongresów. Jak to jest w zwyczaju przy
takich okazjach, było mnóstwo wspomnień. Było to krótko po wojnie, więc
mówiono o szansie do nauki, o nowych prądach myślenia, o dziejowej
konieczności i o innych, rozmaitych sprawach, jakich można było
oczekiwać w tamtej sytuacji i okolicznościach tamtego czasu. A potem
jeden z tych nauczycieli wstał i powiedział słowo, na które wszyscy
momentalnie nadstawili uszu, ponieważ padło tak niespodziewanie. Poza
tym było zaskakujące i szokujące: «Całą historię świata można zrozumieć
tylko do Chrystusa i po Chrystusie. On jest sensem i jej centrum». Ten,
który to powiedział, nie był bynajmniej teologiem. Podejrzewano go
nieraz, że jest szczególnie gorliwym chrześcijaninem. Jednakże jako
uczony posiadał dobrą reputację".44)
To, co mówił ten uczony o ludzkim, ziemskim Chrystusie, można równie
dobrze powiedzieć o Chrystusie Eucharystycznym. Euchartystia to
misterium. "Misterium oznacza tajemnicę ciągłego Bożego działania, w
której objawia się Bóg, ale jednocześnie także pozostaje utajony.
Misterium nie jest tylko samą myślą, lecz wkroczeniem w historię
człowieka Bożego działania. Dlatego można także powiedzieć: W misterium
wdziera się niebiańska rzeczywistość w obręb starego Aionu».45)
Eucharystia jest najbliższa misterium Paschy, jak to jest ciągle
podkreślane w dokumentach Soboru Watykańskiego II. "Misterium Paschalne,
wielkanocna tajemnica, albo Misterium Paschy oznacza czyn zbawczy Boga
dla nas w Chrystusie, który w śmierci Chrystusa i zmartwychwstaniu
posiada stałe centrum. Z tym Misterium Paschy związana jest zbawcza
łaska, a świętowanie Misterium Paschalnego jest centralną treścią
liturgii".46)
Eucharystia jest zatem owym misterium, w którym – według bardzo starej
modlitwy z liturgii mszalnej – "dokonuje się dzieło naszego odkupienia –
opus nostrae redemptionis exercetur", jak to zostało lapidarnie nazwane.47)
Dlatego można też równie poprawnie mówić o Chrystusie Eucharystycznym,
że jest On losem świata, sensem i centrum ludzkiej historii. Wyrażają to
także odrobinę brzmiące jak hymn, ale wyrażają dobitnie, poetyckie słowa
Teilharda de Chardin o Eucharystii: "Ona uroczo przepaja universum. Jest
ogniem, który pochłania wrzosowisko. Jest uderzeniem, które wprawia w
drganie brąz. W pewnym wtórnym, drugim lecz prawdziwym sensie
sakramentalne postacie ukształtowane są przez całość świata, a trwanie
wszechświata jest czasem, który jest potrzebny do konsekracji". Bardzo
pewnie i w pięknych słowach, określa centralną pozycję Eucharystii dla
katolickich wiernych inny wielki w świecie ducha: "Szczytem katolicyzmu,
tym nieskończenie subtelnym i ważkim puinktem, w którym można się
skupić, jest Eucharystia... Dzięki Eucharystii możemy rzeczywiście
powtórzyć to zdanie, które w innych okolicznościach byłoby oburzające i
niezrozumiałe: «Lecz ja mówię wam prawdę: jest dobrze, że odchodzę»,
ponieważ On nas nie opuszcza". Słowa te pochodzą od francuskiego poety
Paula Claudela, który w Boże Narodzenie 1886 roku przeżył w Paryżu, w
katedrze Notre Dame swoje głośne nawrócenie.48)
Że Eucharystia także u O. Dehona odgrywała wielką rolę, to nie trzeba
tego szczególnie wykazywać. Ćwiczenia, którym pozostał wierny przez całe
życie i które niestrudzenie polecał, są tego dowodem. Były nimi: Godzina
święta, pierwsze piątki miesiąca, adoracja, ale przede wszystkim
naturalnie źródło całej pobożności eucharystycznej – Msza święta. W
swych codziennych notatkach wyznaje przed swą pierwszą Mszą św., którą
odprawi po święceniach kapłańskich: "Wzruszenie było powszechne, a gdy
mój ojciec i matka moja zbliżyli się, aby przyjąć Komunię św., nikt nie
zdołał powstrzymać łez. Co do mnie, to odchodziłem od zmysłów (fou!) z
miłości ku naszemu Panu i pełen bólu z powodu mojej nędzy. Był to
najpiękniejszy dzień mojego życia. Następnego dnia odprawiałem moją
drugą Mszę św. u św. Piotra na grobie Apostoła. Ojciec mój i matka wraz
z ks. Desaire i ks. Le Tallec znów wzięli w
niej udział. Wzruszenie było równie głębokie. Przez cały rok nie
zdołałem odprawić ani jednej Mszy św. nie płacząc. O stypendium mszalnym
nie chciałem słyszeć. Czułem odrazę do łączenia troski o pieniądze z tak
świętą czynnością. Chodziło tu jedynie o Pana, o miłość i
wynagrodzenie".49)
Trochę podobnie informuje o sobie o. René Schweitzer. Mówi się o nim:
"O. René Schweitzer jest wnukiem siostry Alberta Schweitzera i kuzynem
Jeana Paula Sartre’a (matka Sartre’a była matką chrzestną René
Schweitzera). Studiował rolnictwo i w 1920 roku wstąpił do marianistów.
Dzisiaj działa w rozmaitych szkołach rolniczych, jako duszpasterz
młodzieży. Głośna książka André Frossarda, «Bóg istnieje» (jako wydanie
oryginalne odniosła także w przekładzie niemieckim ogromny sukces),
zachęciła również René Schweitzera do opublikowania swojej własnej
książki. Uczynił to w nadziei «wyznaczenia punktów orientacyjnych, które
pozwolą każdemu człowiekowi dobrej woli iść do cudownego światła, które
mi zostało darowane, i tam w nim wzrastać».
W przeciwieństwie do Frossarda Schweitzer od początku jest wierzącym
chrześcijaninem. Jego doświadczenie Boga wyrosło z trwającego już wtedy
18 lat kapłaństwa i życia zakonnego. Jednak nagle, w lipcu 1957 roku,
odkrywa Boga, jako Tego «całkiem innego», Tego «natręta», który
gruntownie zmienia życie człowieka, który Go doświadczył. Powściągliwie,
zwięźle i bez patosu opisuje Schweitzer swoje doznania, których nie
chciał rozumieć pod żadnym warunkiem jako cudownych, ale raczej jako
realne ludzkie doświadczenie".50)
Ile znaczy dla niego Msza św. i Eucharystia, mówi w rozdziale o
Eucharystii i Mszy św. "Jakże często słuchałem objaśnień i wykładów o
mszy świętej. Nie mogę się opędzić od nieprzyjemnego uczucia i jakiegoś
głuchego gniewu kiedy słyszę jak objaśnienie aspektu ofiary w uroczystej
akcji liturgicznej zostaje zręcznie skrywane na korzyść aspektu
wspólnotowego Komunii. Można dobrze nawoływać wiernych, którzy są
zebrani na coniedzielnej celebracji: Do stołu, bracia moi! Chodźcie do
stołu! Idziemy do stołu! Ale należy przy tym przypomnieć na jaką to
ucztę zostali oni zaproszeni. Wierni tylko wtedy komunikują, jeśli
wszyscy oni mają udział w tym samym Chrystusie. Jeśli nie łączyłby ich
Bóg, gdzież byłaby komunia? Czy wszystkie posiłki rodzinne przemieniają
się w komunię? Niestety nie!
Od dnia, w którym Bóg pozwolił mi skorzystać z Jego niezmierzoności, z
której też wywodzi się Jego prawo do chwały, wzbudził w duszy mojej echo
bardzo wielkiej potrzeby modlitwy. W ciągu kilku dni poczułem w swej
słabości jak się urzeczywistniam, jak się wyniszczam. Ale już wkrótce
Msza św. stała się dla mnie jako ta, która odsłania w pełni godny dar
ofiarny, który może spełnić Jego oczekiwanie. Zrozumiałem przede
wszystkim, że posłuszne uniżenie Pana pod moimi rękami osiągnęło
zaledwie trochę bardziej wyobrażalny wymiar. Wydaje mi się także, że
związek pomiędzy tym uniżeniem, a grzechem człowieka znajduje się w
logicznym porządku zbawienia. Zbawiciel chce zniszczyć grzech, zabrać
(nie tylko grzech zakryć, albo zgodzić się na to, że nie będzie go już
więcej widział). Najlepszym środkiem do pokonania zła jest pozwolić na
panowanie przeciwności: W każdym grzechu tkwi pewien rodzaj
zarozumiałości człowieka, który w tym konkretnym przypadku chce
przeprowadzić wolę stworzenia przeciwko świętej woli Stwórcy. W rękach
człowieka, który się impertynencko wywyższył, Syn Boży pozwala się
uniżyć i wyrządzone swemu Ojcu zło znów czyni dobrem. Cały Syn Boży,
jaki jest, przychodzi aby nauczyć człowieka posłuszeństwa.
Czy z tego powodu można by sobie wyobrazić, że ksiądz i jego wierni,
skoro skończą świętowanie Eucharystii, rozchodzą się tak jak przyszli?
Czy przykład ofiarującego się wobec nich i dla nich Chrystusa, a potem
przyjęcie Go poprzez nich do własnych domów nie powinno ich doprowadzić
do tego, aby się w Niego przeobrazili? Czy można tu jeszcze pozostawać
dumnym, będąc nosicielem poniżonego Chrystusa? Dał się w nadmiarze, więc
czy można pozostawać zamkniętym w sobie? Zrezygnował ze wszystkich
swoich praw, a my chicelibyśmy się uczepić kurczowo naszych najbardziej
rozległych praw?
Jaka nauka i jaka siła płynie ze Mszy św.!
Ten aspekt pokuty nie jest jedynym aspektem, ponieważ nie wszystko jest
grzechem w ludzkim życiu. Istnieje też poświęcenie się. Poświęcenie się
ludzkości w Bogu. Powszechne i osobiste oddanie się, bez ograniczeń,
uważające na najlichszą małość, a które pochodzi z góry, ponieważ jest
to Ten jedyny Syn Boga, który przychodzi na ołtarz, aby wszystkie
możliwe formy dizałalności i poruszenia serca człowieka zebrać i przyjąć
w siebie. To był Pan, mam przynajmniej taką nadzieję, który całkiem
cicho podsunął mi modlitwy wstawiennicze za cały świat. Niekiedy ta
krótka droga, którą przebywam idąc do kościoła, gdzie odprawiam Mszę
św., daje mi czas, w którym myślą ogarniam cały rodzaj ludzki.
Przebiegam w myśli szpitale całego świata, więzienia, dzielnice nędzy,
fabryki, pola, również pola bitew bez spokojnych miejsc tkliwości i
radości, które służą zapomnieniu, ponieważ wszystko, co się tam zdarza,
zasługuje na to aby stać się darem do ofiarowania. «Zbierz wszystko,
także okruszyny człowieczeństwa, pozbieraj wszystko co leży wokoło;
właściwie to wszystko nigdy nie mogłoby być wywyższone, jeślibym Ja tego
nie podjął» - wydaje się mówić do mnie Pan. Wierzę w moich braci ludzi:
gdyby oni wszyscy wiedzieli, co ja wiem od Boga, ofiarowaliby się
wszyscy w darze. Dlaczego ja nie mógłbym tego uczynić w ich miejsce?
Kiedy jednego dnia rozmawiałem z pewnym młodym kapłanem o naszych
modlitwach wstawienniczych za świat i dodałem jeszcze nocne lokale, ten
uniósł się: «Ależ nie, to już przesada. Chrystus stał się we wszystkich
rzeczach człowiekiem z wyjątkiem grzechu. Nie można Go przecież czcić
przez dar zła!» «Ty już widziałeś grzech, że tak powiem abstrakcyjnie,
niezależnie od biednego chłopca, który go popełnił? Otóż to! Jego
słabość, która go trochę usprawiedliwia, jego niewiedza, która go może
rujnuje, jego wstręt do cynicznego zachowania się, który czyni go
nieszczęśliwym; to wszystko jest może tylko ścianą ochronną jego
wewnętrznego niepokoju. Czyż to wszystko nie jest ludzkie? Idź, ofiaruj
to wszystko z czym już Pan dojdzie do ładu!». Dlatego nie mogę zrozumieć
dlaczego powątpiewa się o wartości prywatnej Mszy św. dla Kościoła. Czy
nie zależy to od celebrującego kapłana, że dar modlitwy wypełniony jest
gęstością universum?
Nie powiedziałem jeszcze o najważniejszej rzeczy: o zdolności do
nieograniczonego ubóstwienia, którą daje nam Msza św. Wierzę, że ofiara,
którą przedkładamy, jest ofiarą Syna Bożego, w którym Ojciec złożył całe
swoje upodobanie. Wierzę, że On będąc nieustannie doskonałym Bogiem (a
więc całkowicie godzien), jest także doskonałym człowiekiem. Narodził
się z Dziewicy Maryi, poprzez Nią został zaliczony w pokolenie synów
Adama; wytworzył wśród nas wszystkich więzy pokrewieństwa, organiczne
ogniwo, które czyni Go jednym sposród nas. Ofiarujemy więc Dobro, które
posiadamy – najpiękniejsze spośród ludzkich dzieci. Wierzę, że przez
ofiarę na ołtarzu okazujemy Trójcy Przenajświętszej «wszelką cześć i
chwałę», o czym śpiewa Liturgia.
Wierzę zatem, że skoro kładę na korporał kielich i hostię (Tu, na tym
małym czworokącie z tkaniny jest złączona CAŁOŚĆ wszechświata, ponieważ
jest tutaj Bóg, a Bóg jest WSZYSTKIM.), to okazuję w moim własnym
imieniu, i w imieniu Kościoła «wszelką cześć i chwałę» naszemu Bogu. Tak
więc Bóg nie może oczekiwać ode mnie niczego większego i piękniejszego
niż tego Syna, którego ja znów ofiarowałem Bogu. Nie może On oczekiwać
od najdoskonalszego Świętego niczego większego i piękniejszego, ponieważ
nie ma wspólnej miary dla świętości celebrującego i Ofiary. Nie może Bóg
w swoim nieskończonym żądaniu świętości dla siebie wyobrazić sobie i
pragnąć czegoś większego i chwalebniejszego, ponieważ w Jego oczach nie
istnieje nic i nikt, kto dorównuje Jego ukochanemu Synowi, którego ja Mu
ofiarowuję.
Ofiaruję zatem Bogu tak wiele, jak wiele mi dał; zapłaciłem za wszystkie
winy. Odrzuciłem tę poniżającą świadomość ciągle niegodnego syna i tego
wiecznie niewypłacalnego grzesznika. Dlatego na zewnątrz jestem przez
Chrystusa oczyszczony z każdego zabrudzenia, bo On zabiera moje grzechy
i niszczy je w swojej Krwi. I w ten sposób jestem – przez krótki moment
– tak jak tego chce Ojciec, obiektem Jego zadowolenia. Taki stan
równości z Jego jedynym Synem nie będzie chyba trwał więcej niż kilka
minut, ale jutrzejszego dnia znów będzie Msza święta...
Kiedy wstępuję na stopnie ołtarza, nie wykluczam cierpień świata, lecz
nadaję im sens. Przekazuję je Chrystusowi, aby je uchronił przed
nieszczęściem, aby nie były daremne. Myślałem wystarczająco o tym, aby
je chcieć z serca uśmierzać wszędzie tam gdzie je spotkam na mojej
dzisiejszej drodze. Dzisiaj znów przelałem tę Krew za świat, tę Krew,
«której jedna kropla wystarczy, aby uratować ziemię od każdego grzechu».
Okazałem Trójcy Przenajświętszej wszelką «cześć i chwałę» w imieniu
rodzaju ludzkiego. Wierzę, że usprawiedliwiłem stworzenie ziemi".51)
"Przez kilka dni czułem w swej słabości, jak się urzeczywistniam, jak
wyniszczam" – tą paralelą sam początkowo chciałem wskazać na O. Dehona,
który "nie panował nad sobą" (fou!), lecz potem prawie mimowolnie
napisałem cały rozdział o Eucharystii i Mszy św., gdyż nie potrzebowałem
potem zestawiać tego, co O. Dehon napisał o ofierze, adoracji,
wynagrodzeniu, Mszach św. wynagradzających, oddaniu się we Mszy św.
Tu, w tej głębokiej, a przecież poglądowej i łatwo zrozumiałej teologii
Mszy św. O. Schweitzera, jest podsumowane wszystko co znajdujemy także u
O. Dehona. Jednakowo dokładnie jak O. Schweitzer myślał i modlił się O.
Założyciel, kiedy szedł do ołtarza, kiedy stał u ołtarza, kiedy
zstępował po jego stopniach, a także wówczas kiedy odprawiał swoją
codzienną godzinę adoracji. O tym nie pisze Schweitzer, lecz przecież
ołtarz i tabernaculum są ze sobą połączone, bo ołtarz jest jakby
przedłużeniem (elongatur) tabernaculum. Człowiek musi – jak powiada Hans
Urs von Balthasar – realizować to, co dzieje się na ołtarzu, przed
tabernaculum. Wywody Balthasara nie są łatwo zrozumiałe; podobnie trudno
jest mówić i pisać o misterium, a przecież czuje się słuszność gdy
pisze: "Pan przychodzi, to jest Jego akt; ale nie następuje po nim akt
odejścia. Możemy też powiedzieć inaczej: celebrowanie Eucharystii jest
prawdziwym wydarzeniem, jest niejako wtargnięciem wieczności w czas. Ale
nie następuje tu żaden odwrót wieczności z czasu, gdyż wieczność
spotkała się definitywnie z czasem i jest nieustannie w stanie
przechodzenia w czas. A czas i przestrzeń okazały się w darze Chrystusa
«dla nas», «dla wszystkich» środkiem, który przekracza swoje granice w
doczesności i przestrzenności, które są oznaką, że ten dar Jednego jest
darem wiecznego Ojca i wiecznego Ducha...
Dlatego istnieje «komunia duchowa», która nie może zastąpić Komunii
sakramentalnej, ale ona opromienia to wszystko, co na wielkiej uczcie,
którą wydaje Ojciec, można otrzymać w udziale. I dlatego jest
«uwielbienie Najświętszego Sakramentu», gdzie ciągle jest możliwe
przechowywanie po konsekracji Chleba i Wina, widocznego dla wiernych lub
też nie. To uwielbienie jest wspominaniem i wychodzeniem tym
wspomnieniom naprzeciw poprzez serce na ów punkt gdzie odwieczna miłość
wdziera się w czas, a czas został otwarty w wiecznej miłości. Nie może
nikt takiego wspomnienia przeszłości i jej skierowania ku przyszłości w
pełni realizować podczas parafialnej uroczystości".52)
Powinno nam wystarczyć, aby to ogarnąć: Pan przychodzi, to jest Jego
akt; ale nie następuje po nim akt odejścia. To pozostanie ma jednak
swoje uzasadnienie. Aby to w pełni zrealizować, co to pozostanie znaczy
dla nas i co nam ofiaruje, my także musimy pozostać – do Mszy św. musi
być dołączone uwielbienie. Chcemy mocniej połączyć wzajemnie to, czym On
ma udział w człowieczeństwie, a czym my uczestniczymy w wieczności. Jest
to bowiem nieodzowne według pewnego aforyzmu Schweitzera: "Eucharystia:
Istota nieskończona oddaje mi się (...) Jeśli Nieskończony by mi nie
wystarczył, czymże mógłbym żywić moją duszę?".53) To jest
podstawa Jego pozostania. Właśnie w Eucharystii O. Dehon doświadczył
Chrystusa jako Tego "całkiem Innego", który mógł usłyszeć głos jego
serca – "dopominałem się tego z tęsknotą..."
Nasza Reguła Życia mówi:
"Całe nasze życie chrześcijańskie i zakonne znajduje swoje źródło i
osiąga swój szczyt w Eucharystii. Sprawowanie Pamiątki śmierci i
zmartwychwstania Chrystusa jest uprzywilejowanym momentem naszej
wiary..." (nr 80).
"Wezwani do codziennego uczestnictwa w tej ofierze Nowego Przymierza,
jednoczymy się z doskonałą ofiarą, którą Chrystus przedstawia Ojcu, aby
połączyć się z nią przez duchową ofiarę naszego życia (por. Rz 12, 1)".
Jako testament miłości, w którym Chrystus wydaje siebie, by Kościół
urzeczywistniał się w jedności i w ten sposób głosił światu nadzieję –
Eucharystia wywiera wpływ na to wszystko, czym jesteśmy i czym żyjemy
(nr 81).
"Przez sprawowanie Eucharystii zjednoczeni z całym Kościołem we
«wspomnieniu» i w obecności Chrystusa, przyjmujemy Tego, który sprawia,
ze żyjemy razem, który poświęca nas Bogu, i który nieustannie posyła nas
na drogi świata w służbie Ewangelii (por. 1 Kor 11, 24-26)" (nr 82).
"W bardzo ścisłym związku ze sprawowaniem Eucharystii, w adoracji
rozważamy bogactwa tej «tajemnicy naszej wiary», by Ciało i Krew
Chrystusa, pokarm życia wiecznego, przemieniły głębiej nasze życie (por.
J 6, 54, 56)" (nr 83).
"Kult eucharystyczny czyni nas uważnymi na miłość i wierność Chrystusa
przez Jego obecność w naszym świecie. Złączeni z Jego dziękczynieniem i
z Jego wstawiennictwem, jesteśmy wezwani, by służyć przez całe nasze
życie Przymierzu Boga z Jego ludem oraz działać na rzecz zjednoczenia
chrześcijan i wszystkich ludzi (por. 1 Kor 10, 17).
W ten więc sposób chcielibyśmy odpowiedzieć na zaproszenie do spotkania
i do jedności, które kieruje do nas Chrystus w tym uprzywilejowanym
znaku Swojej obecności" (nr 84).
MANETE IN ME, ET EGO IN VOBIS
Wytrwajcie we Mnie, a Ja będę trwał w was (J 15, 4)
OJCIEC DEHON I ŻYCIE ZJEDNOCZENIA
Ks. Yves Ledure, nasz współbrat
z Prowincji Francuskiej Księży Sercanów, który zajmuje się szczegółowo
duchowością naszego Założyciela, napisał: "Zjednoczenie z Chrystusem
pozostaje fundamentem duchowości Ojca Dehona, że tak powiem, jego
infrastrukturą". 54) Infrastruktura jest, można rzec, strukturą, która
leży pod powierzchnią, ale która wszystko utrzymuje i dlatego ciągle na
nowo prześwieca przez powierzchnię. Odnosi się to do życia zjednoczenia
w duchowości O. Dehona. Rzeczywiście nie jest możliwym wymienić jak
często mówił on o tym zjednoczeniu z Chrystusem, z Sercem Jezusa. Jeśli
chcemy zrozumieć jak doszło do tego ukochania Serca Jezusowego, które
takie zjednoczenie czyni prawie nieodzwonym, musimy najpierw sięgnąć do
kultu chrztu św., który mogliśmy stwierdzić u O. Dehona. W związku z tym
wspomnieliśmy przeżycie Bremonda z jednym duchownym, który w pewnym
momencie przerwał z nim rozmowę, aby dokładnie przez minutę uczcić przy
chrzcielnicy godzinę swojego chrztu. Miał on 64 lata i nigdy nie
zaniechał tego ćwiczenia. O. Dehon – podobnie jak ten mężczyzna – miał
żywą świadomość tego, że chrzest ma rangę stworzenia świata. Św. Paweł
powiada: "Jeżeli więc ktoś pozostaje w Chrystusie (a czyni to przez
chrzest), jest nowym stworzeniem. To, co dawne minęło, a oto wszystko
stało się nowe (2 Kor 5, 17). "Przyobleczcie człowieka nowego,
stworzonego według Boga, w sprawiedliwości i prawdziwej świętości" (Ef
4, 24).
Ważne jest to, żeby w tych zdaniach z Biblii, które są przecież
autentycznymi definicjami chrześcijanina, słowo "nowy" prawidłowo
rozumieć. Często słowo "nowy" przyjmujemy bezrefleksyjnie w tym sensie
iż mówimy jak pewien człowiek, który ciężko zachorował, a potem stał się
kwitnąco zdrowy: on jest nowo narodzony. Tutaj odnowienie posiada inny
sens od odnowienia czegoś, co już tu przedtem było. W zdaniach o chrzcie
św. chodzi o bardziej pełną nowość, o autentycznie nowe stworzenie,
które dokonuje się z góry, z Ducha Świętego, podczas gdy drugie pochodzi
z dołu, ze strony ciała. To, co rodzi się tu powtórnie w chrzcie św.,
jest tym nowym człowiekiem w nas. Oczywiście Apostoł nie chce tu
powiedzieć, że odtąd będą w nas dwie osoby, ale z naciskiem uświadamia
nam, że jest czymś zupełnie innym to, co stąd w nas jest, i to, że my
stąd jesteśmy.55)
Józef Pascher, nestor liturgiki, wyjaśniał niegdyś charakter nowego
stworzenia przy uwzględnieniu – chodziło przecież o nowe życie – badań
biologicznych. Pisze on: "Nie może być nic nie świętego, co wyszło z
Bożej ręki i o czym powiedziano: «I widział Bóg, że było dobre» (Rdz 1,
10). To obowiązuje także jeszcze po grzechu, ponieważ nie wszystko co
Pan Bóg stworzył, może stać się całkiem, zupełnie złe. Lecz kiedy Bóg
uwolnił świat od grzechu, to grzesznik nie tylko został przywrócony do
poprzedniego stanu dobra... Nowe istniało i trwa we wspólnocie łaski z
Chrystusem. I tu jest ważne zdanie: "Jeżeli więc ktoś pozostaje w
Chrystusie, jest nowym stworzeniem. To, co dawne minęło, a oto wszystko
stało się nowe" (2 Kor 5, 17). To, co się tu dokonuje, nazwane jest w
innym miejscu Pisma św. udzielaniem się Ducha Świętego, i na nowo jest
to wielka i drogocenna obietnica: «Abyście się przez nie stali
uczestnikami Boskiej natury» (2 P 1, 4). Jest to «współzmartwychwstanie
z Chrystusem dla tych, którzy zostali wraz z Nim pogrzebani w chrzcie
św.» (por. Rz 6, 3). Tym jest rzeczywiście nowe stworzenie. To jest
postęp, ale nie jest to rozwój pierwszego stworzenia do pełnego stanu.
Jest to skok w «nowe», ale też nie jedyne w sensie mutacji. Chodzi tu
przecież o jakościową nowość, o czym można się teologicznie wyrazić, że
jest stworzeniem.
Pierwszego stworzenia dokonuje Bóg, w którym mówi" «niech się stanie».
Nie mówi tak w sensie drugiego stworzenia, ponieważ tutaj dokonuje się
to «nowe», w którym On się nam daruje. W tym akcie darowania się nam
jest zawarte misterium zbawienia w jego wspaniałości i mocy, ale także i
z jego utajeniem i zagadkowością (por. Rz 11, 22-23), jednak o ile duch
ludzki rozumie, że nowość tego aktu darowania się nam Bożej miłości nie
może być osiągnięta poprzez rozwój i mutację. I nie pojmuje się też tego
stworzenia w tym sensie, że Bóg znów wyraża swoje upodobanie, gdyż wtedy
nie pisano by: «A Bóg widział, że to było dobre», lecz, że On mówi, że
to było święte... O tak pojętą świętość chodzi w tym komentarzu. Ona
jest nowym stworzeniem, o które chodzi w religii Jezusa Chrystusa".56)
Dlatego ilustracją tego stanu jest dawniejsza modlitwa podczas
przygotowania kielicha: "Boże, Ty cudownie stworzyłeś człowieka, i
jeszcze cudowniej go odkupiłeś". Obecnie z modlitwy tej pozostał
niestety jedynie cytat z oracji Leona Wielkiego (Leon Wielki, Papież,
440-461). Jednak w liturgii Bożego Narodzenia znajduje się jeszcze do
dziś ta stara, licząca sobie półtora tysiąca lat, oracja. Profesor
Scheffczyk tak pisze na ten temat: "Cudowność tego drugiego stworzenia,
w którym przewyższa ono jeszcze cud pierwszego stworzenia, leży w
najserdeczniejszym zjednoczeniu świata ze Zbawicielem i w głębszej
jedności życia z Bogiem niż urzeczywistniało się ono w pierwszym
stworzeniu i ułaskawieniu."57)
To głęboko paulińskie podejście do nowego życia w nas jest punktem
wyjścia dla życia zjednoczenia z Chrystusem. Aby to poznać, musimy odbyć
okrężną drogę przez Ecole Française (Szkołę Francuską). Abbé Bremond
(1855-1935), członek Akademii Francuskiej, napisał monumentalne dzieło
pt. "Histoire littéraire du sentiment religieux en
France". Dzieło to obejmuje jedenaście tomów, w których autor
przedstawia dzieje życia religijnego we Francji, jakie rozwinęło sie po
wojnach religijnych w tym kraju (od około 1600 roku). Pierwszy tom
zatytułował "L’humanisme dévot", pobożny humanizm. Jego centralnym
punktem jest tu przede wszystkim osoba św. Franciszka Salezego. Drugi
tom traktuje o przenikaniu do Francji mistyki, które to zjawisko było
tak mocne i gwałtowne, iż Bremond zatytułował go "L’invasion mystique".
Trzeci tom z kolei zajmuje się ukierunkowaniem tejże mistyki, właśnie
tej, którą Bremond określił jako Szkołę Francuską, bo od Bremonda
pochodzi ta nazwa. Dotąd – a mówi to sam Bremond – nazywano ją Szkołą
Oratorianów, gdyż kardynał de Bérulle, o którym właśnie będziemy mówić,
założył w 1611 roku francuskie oratorium w Paryżu, podobnie jak św.
Filip Nereusz założył oratorium włoskie. (oratorium = zgromadzenie
księży diecezjalnych).
Jaka zatem jest ta nauka Szkoły Francuskiej? Zatrzymujemy się przy
głównym rozdziale pracy Bremonda.
Cechą charakterystyczną tej szkoły jest mocno zaakcentowany teocentryzm.
Przykładem, który ciągle Bremond odmienia i posługuje się nim dla
wyjaśnienia tego zasadniczego rysu, jest podstawowe rozmyślanie z
"Ćwiczeń" św. Ignacego. Rozpoczynają się one zdaniem: "Homo creatus est,
ut Dominum Deum suum laudet ac revereatur, eique serviens tandem salvus
fiat. – Człowiek jest stworzony po to, aby Boga, swojego Pana, chwalił i
czcił, i służąc Mu, zbawiony został". W zdaniu tym mogę położyć nacisk
na słowo "laudet" – aby chwalił, albo na wyrażenie "salvus fiat" –
zostać zbawionym. Wielu ludzi czyni to ostatnie i wysuwa samego siebie –
swoje własne zbawienie – a nie Boga i Jego chwałę na pierwszy plan
swojego życia religijnego. Pierwsza forma pobożności jest teocentryczna,
druga zaś antropocentryczna. Każdy widzi, że jest to kapitalna różnica,
której następstwa są widoczne na każdym kroku. Bremond ukazuje to
ponownie na podstawie metody ignacjańskiej. W tej metodzie wszystko jest
zrozumiałe; jest to cudownie wypracowany system ćwiczeń i instrukcji, a
wszystko to w celu, aby – jak głosi tytuł książeczki "Ćwiczeń" – "Niech
się człowiek samego siebie uczy przezwyciężać, swoje życie uporządkować,
a od każdej nieuporządkowanej skłonności się uwalniać".
Inaczej Szkoła Francuska. Zwraca się ku Bogu-Człowiekowi Jezusowi
Chrystusowi, ku "mystére", jak się ciągle nazywa w Szkole Francuskiej,
ku misterium, ku tajemnicy Jezusa Chrystusa. "Mystére" stało się dla
Berulle’a ulubionym naczyniem dla tych głębokich, intymnych i
niewymownych rzeczy, jakie oglądał i zdobył z bogactwa Jezusa Chrystusa.
To doprowadza go do tego, że mówi o misteriach (w liczbie mnogiej)
Jezusa, których zasadniczo zna niezliczoną ilość, to znaczy znajduje w
każdym najmniejszym czynie Jezusa, o którym donosi Ewangelia, w każdym
słowie, a nawet w każdym nauczaniu Jego życia w ogóle – jeśli nawet
Ewangelia niczego specjalnego o tym nie mówi – treść, która jest dla nas
w specjalny sposób przystępna. Pojęcie misterium służy mu więc do tego,
aby życie Jezusa historycznego opisać w najdrobniejszych szczegółach;
wyprowadzić ze strony czysto historycznej w teraźniejszość i
uprzystępnić je człowiekowi.58)
Jest to możłiwe przez tak zwane "états", stany, wewnętrzne przeżycia. W
Jezusie natura ludzka jest związana w cudowny sposób z Bóstwem. Dlatego
w duszy Jezusa istnieje życie wewnętrzne, jedyne w swoim rodzaju,
ponieważ wszystko w naturze ludzkiej w całkowity sposób jest
ukierunkowane na Boga, a mianowicie nie tylko przejściowo, lecz
niezmiennie. Takie stany (états) są ważniejsze niż czyny w życiu Jezusa.
Zewnętrzne czyny w każdym misterium przemijają, zaś stany (états)
pozostają. Na przykład czyny ofiarne Chrystusa były ograniczone czasowo,
zaś Jego postawa ofiarnicza i oddanie się Ojcu są trwałe, są stałe. W
łonie Trójjedynego Boga było tak od wieczności; jest to wieczna mniłość,
uwielbienie, gloryfikowanie Boga. To weszło w ludzką naturę Chrystusa,
przez to iż stał się człowiekiem. Te "états" więc, te stany odgrywają
ogromną rolę w duchowym życiu człowieka. Musimy się z nimi połączyć i
zjednoczyć, oddać się im, do siebie je zastosować, ażeby przez nie także
naszą ludzką naturę ukierunkować całkowicie na Boga.
"S’unir se rendre, se présenter, s’ouvrir, appliquer", to są obok dwóch
innych" "mystère" i "états" wyrażenia, które w głównej mierze
wypracowały słownik życia religijnego według Szkoły Francuskiej. Jeśli
nawet odpowiednio lwia część naszego uświęcenia przypada Chrystusowi w
Jego stanach, to mimo to człowiekowi nie wolno pozostawać bezczynnym.
Wprost przeciwnie, tylko ten, kto sam z własnego "ja" zrezygnuje, może
się zjednoczyć, połączyć, otworzyć. Jednak widzimy też, że istnieje tu
różnica pomiędzy tą ascezą teocentryczną i antropocentryczną. "W tej
potwierdza się «ja» - mówi Bremond – w tamtej jest wyeliminowane; ta
jest acezą osobową i poniekąd separatywną, tamta jest ascezą unitywną".59)
To w ogólnym zarysie jest tym, co nazywa się Szkołą Francuską. Otto
Karrer tak reasumuje to zagadnienie: "Wielki kardynał francuskiego
oratorium, bodaj pierwszy przywódca w owej potężnej fali mistycznej,
która przeszła przez Europę w siedemnastym stuleciu, jest uważany przez
Bremonda za świadomego odnowiciela «prawdziwie chrześcijańskiej, czyli
teocentrycznej religijności» , a tym samym uwielbienia Boga, w której
nie chodzi tak bardzo o postępy i uszczęśliwienie człowieka, jak o
wspaniałość samego Boga; o modlitwę, która nie jest «proszeniem», ale
«uwielbieniem»; o życie, które nie jest życiem własnym, lecz «życiem w
Chrystusie», i o działanie, które jest przyjmowaniem w ludzkie
«zapamiętywanie» i całkowicie nacechowane świadomością zależności od
nadnaturalnej łaski Boga".60)
Ojciec Dehon należał do tej szkoły całkowicie. Wszystkie nazwiska tej
szkoły, a są to wielkie nazwiska, występują w jego pismach. Ja chcę
wymienić tylko jedno, na które się on szczególnie powoływał – jak to
później zobaczymy – mówiąc o życiu zjednoczenia, a jest to przecież nasz
temat: Saint-Jure (1588-1657). Także i ten pisarz jest wspomniany w
związku ze Szkołą Francuską Bremonda, a ten rozdział jest szczególnie
interesujący. Saint-Jure był jezuitą i pozostał nim przez całe swe
życie, lecz w drugiej połowie życia był on "berulliańskim jezuitą",
który przyjął poglądy de Berulle’a, założyciela Szkoły Francuskiej.
Bremond ukazuje to cudownie kiedy drukuje jednocześnie obok siebie
rozdział z ćwiczeń ignacjańskich o indyferencji, oraz rozdział z pewnego
pisma Saint-Jure’a o tym samym przedmiocie. Bardzo ładnie wychodzi przy
tym na jaw specyficzna cecha Szkoły Francuskiej. Książeczka "Ćwiczeń"
mówi: "Musimy używać rzeczy o tyle, o ile prowadzą nas one do naszego
celu. Musimy się zachować wobec nich całkowicie indyferentnie".
Saint-Jure powiada: "Musimy być indyferentni wobec używania, którego
nasz Pan żąda od nas (...), tak że bez jakiegokolwiek oporu z naszej
strony może dysponować (...). Nie wolno nam przywiązywać się absolutnie
do niczego, ażeby nasz Pan miał pełną władzę do posługiwania się nami".
Spośród wielu cytatów z dzieł Saint-Jure’a, które znajdujemy u O.
Dehona, chcę pokrótce przytoczyć jeden, w którym zawarta jest raz
jeszcze nauka o mystères i états, i aby osiągnąć potem związek z życiem
zjednoczenia. Saint-Jure pisze o tajemnicach w życiu Jezusa Chrystusa, a
przede wszystkim o wewnętrznej właściwości tych tajemnic: "Boża moc,
przez którą dokonała się ta tajemnica, ten wewnętrzny stan (état) w
przeciwieństwie do tajemnicy zewnętrznej, gotowość, aby nas doprowadzić
do swego Ojca; co więcej, nawet uczucia z tym związane są dla Jezusa
stale teraźniejsze. To nas zobowiązuje do tego, by nie uważać tajemnic
Jezusa za przeszłe i wymazane z pamięci, lecz jako coś, co jest żywe,
teraźniejsze, faktycznie wieczne. A my powinniśmy z tego również uzyskać
owoc, który jest teraźniejszy i wieczny".
Jeśli pomyślimy teraz o tym, co powiedzieliśmy o chrzcie św., że
mianowicie ma on rangę stworzenia świata, że – jak powiedział krótko
Eugen Walter – Chrystus żyje w ochrzczonym, wówczas wynika z tego, że
także my będziemy musieli zaakceptować w nas nowe, bogate życie, a
dzieje się to poprzez życie zjednoczenia.
Czwarty rozdział książki "L’homme spirituel" Saint-Jure’a traktuje o
tym. O. Dehon pisze w związku z tym w swoim "Dzienniku": "Szczególnie
lubię zakończenie tego rozdziału". A zakończenie to brzmi następująco:
"Musimy przede wszystkim pielęgnować życie zjednoczenia z naszym Panem;
winno ono zajmować pierwsze miejsce wśród wszystkich naszych ćwiczeń.
Zdarza się zbyt często, że życie duchowe przeżywa się wśród wielu małych
praktyk. To nie jest dobre, to raczej przeszkadza. Trzeba, na ile to
możliwe, przywrócić jedność, zadowolić się drobnymi, solidnymi a
przecież wielkimi rzeczami, które same przez się zawierają inne i
pociągają za sobą. Ćwiczeniem, które daje taki pożytek, jest
zjednoczenie z naszym Panem, Jezusem Chrystusem. Dlatego też trzeba to
ćwiczenie pielęgnować wszystkimi środkami i ciągle jeszcze bardziej
udoskonalać, ponieważ ostatecznie nasz Pan jest jedyną przyczyną naszego
zbawienia. Jest to ważne przede wszystkim dla tych, którzy pracują nad
zbawieniem dusz. Dusze te bowiem należą do naszego Pana i dlatego musimy
modlić się do Niego o siłę i łaskę, aby je do Niego przyprowadzić".61)
O. Dehon ćwiczył się w tym zjednoczeniu przez całe swe życie. Z jakim
powodzeniem, to mamy powiedziane w rozdziale o modlitwie. Pewnego razu
pisze: "Mogę żyć jedynie w zjednoczeniu z naszym Panem – w przeciwnym
razie grzęznę, moja dusza jest wtedy jak zatopiony okręt". Jest to chyba
najmocniejsze i najbardziej pouczające słowo naszego Założyciela o
wartości i skutkach tego ćwiczenia.
Na zakończenie jeszcze trochę o szczególnej duchowości Księży Serca
Jezusowego w tym aspekcie. Otóż, według de Bérulle’a istnieją
niezliczone tajemnice z życia Jezusa. Dlatego nie jest możliwe, aby się
z tymi wszystkimi tajemnicami zjednoczyć, przynajmniej nie w takim samym
stopniu i intensywności. Było to możliwe jedynie w przypadku Maryi,
Matki Jezusa. "Maryja była czystym przybytkiem dla Jezusa, wypełniona
przez Jezusa dzięki całkowitemu oddaniu się Jemu. Ofiaruj się wraz z Nią
Jezusowi, daj się cały Jego Duchowi! Oddaj się Synowi Bożemu!" – mówi
Bérulle. 62) Zauważmy typowe wyrażenia: "ofiaruj się, oddaj się". Są one
wyrażone w modlitwie, której skrót brzmi następująco: "O Jezu, w Maryi
żyjący, przyjdź i żyj w sługach Twoich, duchem świętości Twojej, pełnią
mocy, doskonałością dróg Twoich, prawdą Twoich cnót w jedności z
tajemnicami Twoimi. Panuj nad wszelką potęga wrogą w duchu Twoim, ku
chwale Ojca". Modlitwa ta, którą Bremond nazwał "tessara" (nazwa ta
oznacza w wojsku blaszkę identyfikacyjną żołnierza) Szkoły Francuskiej,
pochodzi prawdopodobnie od samego de Bérulle’a. Jest to modlitwa, którą
Założyciel tak bardzo ukochał.
Przy wyborze tego, co jest dla nich najbardziej pożądane, Księża
Najświętszego Serca Pana Jezusa starają się przede wszystkim zjednoczyć
z tymi tajemnicami, w których Pan najmocniej się zaangażował, gdzie On
działał jedynie z niepojętej miłości – a było to z pewnością w
Wieczerniku, na Górze Oliwnej i na Krzyżu. To zaangażowanie pochodzi z
wnętrza i głębi człowieka. I to określa się we wszystkich językach
mianem "serca". Tak również należy rozumieć Teilharda de Chardin, który
miał zawsze na swym biurku obraz Serca Pana Jezusa. To mógłby powiedzieć
także O. Dehon: "Serce Jezusa jest źródłem wszelkiej bierności, która
mnie opanowuje i wszelkiej aktywności, która pobudza mnie i porywa".
Dlatego ta cześć dla Serca Jezusa nie jest pobożnością skrajną. Chodzi
tu bowiem o największe tajemnice historii zbawienia. Z tą miłością,
która według naszej Reguły Życia jest "wymagająca i działająca", Księża
Sercanie powinni i chcą łączyć się chętnie i często. Mocą tych tajemnic
pragną oni pracować dla Królestwa Serca Jezusowego. Zresztą to
zjednoczenie jest tym, czym jest dla wszystkich: środkiem do osiągnięcia
trwałej, osobowej i subtelnej więzi z Chrystusem. A to jest nieodzowne,
bowiem sakramenty nie działają automatycznie – nawet nie działa tak
przyjęcie Komunii św. Dlatego na przykład Mszy św. musi towarzyszyć
adoracja.
Kardynał Ratzinger napisał, że jest zupełnie poprawne stwierdzenie, iż
Eucharystia została ustanowiona "ut sumatur" (do jedzenia). Tym zdaniem
celowym Sobór Trydencki okreśłił podstawową wartość Eucharystii.
Następnie kardynał kontynuuje: "Ale tu jest pytanie: Co oznacza «sumere»
(jeść) w odniesieniu do Eucharystii? Z pewnością coś więcej niż
psychologiczne wydarzenie «manducatio oralis» (jedzenie ustami), które
jako takie nie oddaje dokładnie istoty sakramentu. Ten sakrament
«przyjmować», ten chleb «jeść» oznacza koniecznie proces duchowy:
przyjmować w siebie Pana, który się nam zaofiarował. Albo lepiej:
pozwolić się przyjąć Panu, który chce nas zjednoczyć z sobą samym. Tylko
jeśli «manducatio oralis» (jedzenie ustami) jest jednocześnie
«manducatio spiritualis» (spożywanie duchowe), to jest to «przyjęcie» -
«sumptio» sakramentu". Następnie Ratzinger przedstawia pokrótce wymiar
tego, co nazywane jest w Tradycji "manducatio spiritualis": "Ale teraz
trzeba znów zapytać dalej, jakie są dokładniej te duchowe wymiary owego
wydarzenia, które w Tradycji nazwaliśmy najpierw «manducatio
spiritualis». Jeśli prawdą jest, że chodzi o wejście w obecność Jezusa
Chrystusa; i jeśli jest prawdą, że jest On również w pełni prawdziwym
człowiekiem jak jest prawdziwym Bogiem, to wówczas adoracja musi być
miarą tego wydarzenia, ponieważ miłość, którą odpowiada stworzenie,
nazywa się adoracją.
Możemy zatem powiedzieć: W wydarzeniu przyjęcia jest, jeśli dokonuje się
to prawidłowo, adoracja Boga zawierająca współofiarującego się w
człowieku Jezusa. Stąd, jak mi się wydaje, należy rozumieć proces
rozwoju pobożności eucharystycznej, którą Kościół przeżywał na
przestrzeni wielu stuleci. Bo jeśli jest tak, jak to właśnie
rozważaliśmy, to wtedy proces «sumere», którego ten sakrament wymaga,
nie może się bynajmniej wyczerpać w momencie cielesnego «sumptio». Jego
całkowita duchowa zawartość musi być rozłożona, aby doszło do
całkowitego spełnienia. Jego duchowe treści muszą być jako takie
zrealizowane. Wówczas będzie konieczna, jako treść centralna, adoracja
eucharystyczna".63)
Tak winna się więc rodzić – przez życie zjednoczenia – subtelna,
osobista więź z Chrystusem, która ciągle pogłębiana może i nam pomóc
wypełnić wspólnie z Nim jedyne zadanie naszego życia, mianowicie starać
się i dokonać umierania i zmartwychwstania w chrzcie św., jak to wyznaje
również św. Paweł o sobie: "...przez poznanie Jego: zarówno mocy Jego
zmartwychwstania, jak i udziału w Jego cierpieniach – w nadziei, że
upodobniając się do Jego śmierci, dojdę jakoś do pełnego powstania z
martwych" (Flp 3, 10-11).
Nasza Reguła Życia mówi:
"Nasza odpowiedź na powołanie do służby Kościołowi w Zgromadzeniu Księży
Najświętszego Serca Jezusowego zakłada życie duchowe, oznacza ona:
wspólne przybliżanie się do tajemnicy Chrystusa pod kierownictwem Ducha
Świętego, oraz zwracanie bacznej uwagi na to, co w niewyczerpanym
bogactwie tej tajemnicy odpowiada doświadczeniu Ojca Dehona i naszych
pierwszych ojców" (nr 16).
"Dla każdego z nas i dla naszych wspólnot, życie zakonne jest historią:
od łaski początków rozwija się ono i żywi tym, co Kościół, oświecony
przez Ducha Świętego, czerpie stale ze skarbca wiary" (nr 15).
"Będąc uczniami Ojca Dehona pragniemy ze zjednoczenia z Chrystusem, w
Jego miłości ku Ojcu i ludziom, uczynić zasadę i centrum naszego życia.
Ze szczególnym upodobaniem rozważamy te słowa Pana: «wytrwajcie we Mnie,
a Ja będę trwał w was» (J 15, 4). Wierni w słuchaniu Słowa i dzieleniu
Chleba zostaliśmy zaproszeni, by coraz bardziej odkrywać Osobę Chrystusa
i tajemnicę Jego Serca oraz głosić Jego miłość, która przewyższa wszelką
wiedzę" (por. Ef 3, 17-19) (nr 17).
"Także przez naszą dyspozycyjność i miłość dla wszystkich, zwłaszcza dla
maluczkich, tych, którzy cierpią, przeżywamy zjednoczenie z Chrystusem.
Faktycznie bowiem, czyż można zrozumieć miłość Chrystusa do nas inaczej,
niż kochając tak jak On, w czynie i w prawdzie?
W tej miłości Chrystusa znajdujemy pewność osiągnięcia braterstwa ludzi
i siłę do współpracy w jego realizacji" (nr 18).
SINT UNUM!
Aby byli jedno!
OJCIEC DEHON I JEGO DZIEŁO
Pierwsza wyczerpująca biografia o Ojcu Dehonie ukazała się w roku 1936.
Jest to obszerny tom A. Ducampa, który nosi tytuł: "Le Père Dehon et son
Oeuvre". Zawiera on w najdrobniejszych szczegółach zewnętrzną i
wewnętrzną historię Zgromadzenia. Jeśli i ja ten ostatni rozdział
zatytułowałem identycznie – Ojciec Dehon i jego dzieło – to nie był on
pomyślany w sensie tej obszernej biografii. Prowadziłoby to za daleko i
nie pasowałoby do tej małej księgi pamiątkowej. Jego dzieło jest tu
rozumiane jako zewnętrzny rozwój i rozprzestrzenianie się Zgromadzenia
do śmierci O. Dehona w 1925 roku. Ale byłoby to z pewnością
niezadowalające, jeśliby się nie powiedziało o tej szerokiej przestrzeni
czasu od 1925 do czasów obecnych. Dlatego w dodatku znajdują się
niektóre zestawienia, statystyki, adresy z których można zorientować się
o stanie Zgromadzenia.
Naturalnie nie omawiałem historii poszczególnych domów, czy prowincji do
czasu śmierci O. Dehona. Ta jest wieloraka, różnorodna i powiązana z tak
wieloma detalami, że pogmatwałyby tylko rzecz, jeślibyśmy je wszystkie
omawiali. Z drugiej strony zaś szczegóły ożywiają, dlatego tak chciałbym
przedstawić dzieło O. Dehona, by się ograniczyć do szczegółów, które są
zwiazane z Francją, ojczyzną Założyciela, i z dwoma fundacjami
pierwszych lat, które leżą za granicą. Jest to
Clairefontaine i Watersley-de-Sittard. Tutaj należy zlokalizować
początki dzieła; stąd rozpoczęło swoją drogę w historię dzieło O.
Dehona.
Przyznaję, że jest to pewne uproszczenie, bo jest z pewnością jeszcze
więcej punktów wyjścia, ale nie są one tak ważne i nie cieszą się takim
powodzeniem jak te trzy, które wymieniłem. I dlatego to, co z tych
trzech punktów stanowi relację powinno nosić charakter przykładowy: musi
to ilustrować rozwój Zgromadzenia Księży Sercanów. Ten sposób
przedstawienia ma taki uboczny pożytek, że mogę zaczerpnąć z wielu
osobistych wspomnień, albo z tego, co opowiedzieli mi ojcowie i bracia
pierwszej generacji. Oprócz tego walorem tego sposobu jest jeszcze to,
iż zasłużonym ludziom, pionierom Zgromadzenia, wznosi pomnik. To również
winno być pojęte egzemplarycznie, gdyż wielu nieznanych mogło – być może
– położyć dla tego dzieła większe zasługi.
Skoro wolno mi zacząć pokrótce od Francji, to chcę wspomnieć, że ks.
Dorresteijn w swej książce o życiu i dziele O. Dehona niespodziewanie
oznajmił, że nasze Zgromadzenie już w dwa lata po jego założeniu zostało
rozwiązane przez państwo francuskie. "Przez dekret z 23 marca 1880 roku
– pisze ks. Dorresteijn – rząd francuski rozwiązał wszystkie nie uznane
męskie zgromadzenia zakonne. Oblaci Ojca Dehona (taka bowiem była nazwa
Zgromadzenia przed jego skasowaniem) uniknęli wtedy przykrego losu, jaki
dotknął wtedy wszystkie inne klasztory, nie dlatego, jakoby ich państwo
nie uznawało, ale po prostu dlatego, że o nich nie wiedziano".64)
Nie wiem, czy to było słuszne i o jaki dekret chodziło. Ale wielka
wrogość w stosunku do Kościoła utrzymywała się we Francji i stawała się
ciągle silniejsza, aż wreszcie doprowadziła do tego – jak to jeszcze
zobaczymy – że Zgromadzenie we Francji zostało wywłaszczone i zakonnicy
zostali wygnani.
O. Dehon wyczuwał, iż ma niepewny grunt pod nogami, dlatego poszukiwał
za granicą miejsca schronienia. Pierwszym miejscem tego rodzaju było
Watersleyde na południu holenderskiej prowincji Limburg. O. Dehon podaje
jako datę fundacji 2 lutego 1883 roku. W roku 1889 zostaje przeniesiona
do Sittard, kiedy nabyta tam posiadłość "Dom misyjny Sittard" została
przebudowana i rozbudowana. Watersleyde był jedynym domem wobec którego
nie został zastosowany dekret kasacyjny z 3 grudnia 1883 roku; dokument
pozostał w archiwum diecezji Roermond. Watersleyde był też pierwszym
domem nowicjackim. W roku 1885 rektorem i mistrzem nowicjatu został tam
O. Andrzej Prévot. Ogromnie dużo uczynił dla dzieła O. Dehona, gdyż był
mistrzem nowicjatu przez 23 lata i zmarł w 1913 roku w opinii świętości.
Jego proces beatyfikacyjny został rozpoczęty.
Do nowicjatu w Watersleyde wstąpił w roku 1886 francuski duchowny z
diecezji Verdun Gabriel Grison. Z jego nazwiskiem związany jest jeden z
najważniejszych i najbardziej interesujących rozdziałów w historii
Zgromadzenia. Zanim przedstawimy ten rozdział, jeszcze krótka wzmianka.
Otóż w roku 1889 nowicjat zostaje przeniesiony z Watersleyde do Sittard.
Do roku 1908 miał on charakter międzynarodowy. Następnie mieściła się
tam szkoła misyjna, w której ciągle przybywało zamieszkujących, tak że
stała się ona domem macierzystym Prowincji Niemieckiej. Ze szkoły
misyjnej w Sittard wyszli prawie wszyscy niemieccy ojcowie i bracia –
misjonarze dla dzieła Ojca Dehona, a jest ich pokaźna liczba. Po drugiej
wojnie światowej dom misyjny w Sittard został sprzedany.
Gabriel Grison wstąpił do Zgromadzenia, ażeby zostać misjonarzem. O.
Dehon przyrzekł mu, iż spełni jego życzenie. I wkrótce nadarzyła się
okazja, aby to przyrzeczenie urzeczywistnić. Wprawdzie jest to osobliwe
zrealizowanie: O jego misji nie można prawie nic powiedzieć, aczkolwiek
obaj ojcowie: Irenée Blanc i Gabriel Grison, którzy zostali wysłani w
roku 1888 do Ekwadoru, zostali nazwani pierwszymi misjonarzami. O co tu
chodzi? Jest to trochę pogmatwana, a także trochę niejasna, osobliwie
brzmiąca historia. Pewien duchowny w Ekwadorze, abbé Matovelle, założył
nowe zgromadzenie, które jednak nie rozwijało się pomyślnie. W tym
czasie usłyszał on, że we Francji podobne zgromadzenie założył O. Dehon.
Wszedł z nim w kontakt i ustalono, że O. Dehon przejmie nową fundację w
Ekwadorze. W listopadzie 1888 roku obaj nasi pierwsi misjonarze
odpłynęli do tego kraju, aby tam przejąć nowicjat i szkołę misyjną
Matovelle’a. Ale scalenie nie udało się. Dlaczego tak się stało nie
wiadomo nic pewnego. Dlatego O. Dehon oddał obu misjonarzy do dyspozycji
biskupowi Schumacherowi, biskupowi Porto-Viejo, gdzie pracował także ks.
Lux, który przybył już do Ekwadoru zaraz po otrzymaniu święceń
kapłańskich. Na razie księża pracowali w seminarium biskupim. Lecz po
krótkim czasie podjęli się kierownictwa Kolegium w Bahia. I teraz rzecz
pogmatwała się jeszcze bardziej. Masoni zorganizowali pucz przeciwko
biskupowi Schumacherowi i przeciwko Kolegium i osiągnęli to, że księża:
Lux i Grison zostali wydaleni z kraju. 12 czerwca 1896 roku, w
uroczystość Najśw. Serca Pana Jezusa, opuścili Ekwador.
Koniec misji w Ekwadorze zapoczątkował rzeczywiście pierwszą wielką
misję w dziele O. Dehona, mianowicie misję w Kongo. W maju 1897 roku
kardynał Ledóchowski, prefekt Kongregacji Rozkrzewiania Wiary, wystąpił
do O. Dehona z prośbą, aby zapoczątkował misję w Kongo Belgijskim. W
1897 roku O. Dehon pojechał do Brukseli, aby omówić tę sprawę z królem
Leopoldem II. Król plan zaakceptował, chociaż wielu przestrzegało przed
tym "obłąkanym przedsięwzięciem", jak je określali, i chociaż Niezależne
Państwo Kongo zatroszczyło się o bilet powrotny dla misjonarzy w wypadku
niepowodzenia.65)
6 lipca 1897 roku dwaj pierwsi misjonarze przybyli do Kongo w okolicę
Stanley-Falls. Byli to księża: Gabriel Grison i Gabriel Lux, wydaleni
uprzednio z Ekwadoru. Ks. Lux nie mógł początkowo wyjechać, ponieważ
jego matka stanowczo wzbraniała się przed tym, by jej syn udał się do
pracy w lasy dziewicze. Wtedy ks. Grison pojechał z Francji do Bonn, do
ks. Luxa, aby porozmawiać z jego matką. Osiągnął swój cel, ale musiał
jej przyrzec, że jeśli syn zapadnie na chorobę tropikalną, to wówczas go
odeśle. I rzeczywiście: nieomal zaraz po przybyciu dostał tak gwałtownej
i długotrwałej gorączki tropikalnej, że musiał wracać do Europy już po
upływie miesiąca. To znów stało się powodem, że dzieło O. Dehona zostało
zaszczepione w innym kraju, a mianowicie w południowej Brazylii.
Ponownie pierwszym misjonarzem był tam ks. Gabriel Lux z
Bonn.
Zanim o tym opowiem, jeszcze trochę o Kongo. Niesprzyjający klimat
pociągał na początku liczne ofiary. W roku 1900 przełożony tamtejszy
pisze: "W przeciągu pół roku spośród jedenastu misjonarzy, którzy tu
przybyli, straciłem siedmiu. Trzej spośród nich zmarli, czterej musieli
podjąć podróż do ojczyzny, z których dwaj są prawie umierający, a dwaj
inni tak chorzy, że nie możemy od nich w przyszłości oczekiwać żadnej
pomocy".66) Lecz najcięższy cios otrzymała misja poodczas
powstania kongijskich rebeliantów w roku 1964. Jedno z ówczesnych
sprawozdań mówi o śmierci biskupa Wamba, bp. Józefa Wittebolsa: "20
października (1964) biskup i członkowie misji zostali osadzeni w
areszcie domowym. Coraz nikczemniejsze zaczepki, nienawistne zwracanie
się, sceny torturowania tego lub innego współbrata, stosowanie różnego
rodzaju znęcania się, trwające ciągle przez dzień, tydzień. To wszystko,
powiązane z wymuszoną bezczynnością, niepewnością co do przyszłości,
bezsilnością wobec załamania się jego dzieła, kazało mu wejrzeć w
tajniki duszy. Pozostał milczący, prawie nie brał udziału w rozmowach,
zagłębiał się w książkę, lub rozwiązywał krzyżówki. Jego sprężystość
została złamana. «Trochę urlopu dobrze by mi zrobiło. Nie miałem go od
1955 roku» - powiedział. Nigdy dotąd nie wypowiadał się w ten sposób.
Wyswobodzenie Stanleyville przez belgijskich spadochroniarzy spowodowało
lawinę. Obłąkani z wściekłości, straszni «simba» nigdy wcześniej nie
popełnili tak okropnych przestępstw. 26 listopada biskup Wittebols, na
czele grupy złożonej z siedmiu belgijskich misjonarzy i szesnastu
europejskich osadników, w jasne popołudnie, złożył swoje życie w ofierze
za swą umiłowaną diecezję. «Nikt nie ma większej miłości od tej, gdy
ktoś życie swoje oddaje za przyjaciół swoich» (J 15, 13). Za godzinę nie
było żadnego misjonarza w okręgu Wamba".67)
Biskup został zamordowany 26 listopada 1964 roku. Wszystkie zwłoki
zostały załadowane na ciężarówki, a następnie wrzucone w szeroki na 10
metrów dół. Ciało biskupa widziano leżące przez wiele dni w wodzie.
Liczba misjonarzy, którzy zostali w ten sposób zabici, wyniosła wraz z
biskupem 29. Z wyjątkiem księdza Józefa Tegelsa, który został
zamordowany 14 lutego 1961 roku w Basoko, wszyscy pozostali znaleźli
straszną śmierć w listopadzie 1964 roku. Obaj Niemcy: ks. Heinrich
Mildendorf i brat Leon Pizmoht uniknęli masakry.
O pracy brata Leon Pizmohta w Kongo pisze ks. Haurand: "Brat Leon
Pizmoht, Jugosłowianin, muzyk, technik i mistrz budowlany, wstąpił w
roku 1938. Pracował najpierw w Wamba, gdzie bez żadnego przygotowania
podjął zawód murarza. Zbudował funkcjonalny dom mieszkalny i szkołę,
która do dzisiaj służy jako kościół zastępczy. Potem przebywał w Lowa,
gdzie również pod jego kierownictwem stanął budynek mieszkalny. W
Stanleyville został następcą brata Andrzeja Schrödera w drukarni.
Następnie znów powrócił do Nepoko, które stało się jego ojczyzną. W
Ibambi zbudował przepiękny dom, szkołę dla dziewczat, dwa klasztory dla
sióstr i jedną szkołę średnią". W Kongo pracował 26 lat. Gdy w cudowny
sposób uniknął rozstrzelania przez «simba» we 1964 roku, przeszedł do
Republiki Południowej Afryki (1965). Potem , w roku 1968, znów do Konga;
w 1973 jeszcze raz do RPA, by wreszcie w roku 1974 – jako nieuleczalnie
chory – powrócić do Niemiec. Po dóch latach, 7 grudnia 1976 roku, Bóg
powołał go do siebie. Godne podziwu było jego życie zawierające zmagania
z chorobą i śmiercią.
Poznałem jeszcze dwóch innych braci tego pokroju: brata Józefa Justena i
Adalberta Marion – obaj misjonarze z Konga – również postacie wielkie,
choć ciche i ukryte. "Brat Józef Justen przybył do St. Gabriel w 1901
roku wraz z ks. Kohlem, gdzie pracował głównie jako stolarz i snycerz.
Jego piękny gotycki ołtarz jeszcze dzisiaj ozdabia kościół. Ze względu
na jego mądrość i wzorowego ducha zakonnego, msgr Grison (biskup)
zamierzał go nawet wyświęcić na kapłana. Chory na czerwonkę musiał
opuścić Kongo w 1913 roku i do swej śmierci (1935) żył w ukrytej
świętości w Brukseli pełniąc obowiązki zakrystianina. Tak ks. Haurand
pisze w swoich wspomnieniach w roku 1958 (zmarł w 1961 roku, działając
nieprzerwanie w Kongo przez prawie 50 lat).
W tych samych wspomnieniach pisze także o bracie Adalbercie: "Brat
Adalbert Marion z okolic Saary, pomagał jako rolnik i kowal na misjach w
Kongo od 1929 roku. Był to mężczyzna o złotym sercu. Przebywał najpierw
w Lokandu, pracując tam jako mistrz kowalski ucząc terminatorów. Wkrótce
zasłynął ze swych mistrzowskich uderzeń młota, ale jeszcze sławniejsza
była jego pogodna uczynność oraz zadziwiająca zręczność z jaką pomagał
korpusowi inżynieryjnemu obozu jenieckiego, albo kapitanom okrętów w
wydobyciu się z kłopotów. Do tego zasłużył się dobrze i w ogrodzie.
Potem przez rok małe seminarium zaznało dobrodziejstw jego sztuki, jego
doświadczenia, a szczególnie jego dziecięcej pobożności. Z wiekiem
przyszła astma i większy ubytek sił. Ostatnia próba starania się o
leczenie go w Europie zawiodła. Zmarł bowiem wkrótce po przybyciu w roku
1952".
W nieszczęśliwym roku 1964 Region Kongo stał się niezależną Prowincją.
Gdy ks. Lux powrócił z Afryki został najpierw nauczycielem w szkole
misyjnej w Sittard. Lecz nie trwało to długo. "Jego cichym marzeniem
pozostawała praca za oceanem dla zbawienia dusz. Napływały do naszych
księży zaproszenia i prośby z Brazylii. Zdecydowano się na Santa
Catarina, gdzie münsterski duchowny pracował jako wikariusz generalny i
serdecznie prosił o pomoc. W swym okręgu administracyjnym nie miał
jeszcze biskupa. Ks. Lux został powołany w 1902 roku do objęcia nowego
pola pracy wśród niemieckich emigrantów i osadników. Prymicjant, ks.
Józef Foxius, przyłączył się do niego zachwycony tą pracą. W dzień
odjazdu obaj przyszli Brazylijczycy weszli rankiem do naszej sali
studyjnej, aby się pożegnać. Prymicjant miał powiedzieć kilka słów
pożegnania. Nie odważył się jeszcze na żadne spontaniczne przemówienie,
więc zaintonował «Ave maris stella». Z tą pieśnią w duszy odjechali do
Brazylii".68)
Ponieważ tutaj tak często mówię o księdzu Lux, a pracował on dla dzieła
O. Dehona w trzech krajach, niech mi będzie wolno dodać to, co ks.
Tings, który równie długo pracował w Brazylii, napisał mi w liście z 19
czerwca 1972 roku: "Ks. Lux był wieloletnim proboszczem w Rio Fortuna z
której pochodzi duża liczba naszych brazylijskich współbraci pochodzenia
niemieckiego. Brazylia nie jest obszarem misyjnym w sensie ścisłym. Trzy
rasy tworzą trzon narodu brazylijskiego: Ci, którzy tu są od odkrycia
Brazylii (r. 1500), przybysze z Portugalii, pierwotni mieszkańcy
indiańscy i sprowadzeni pierwotnie jako niewolnicy – Murzyni. Później
przybyli niemieccy, włoscy i polscy imigranci. On jest także faktycznym
twórcą naszej szkoły apostolskiej w Corupá, wtedy Hansa Humbold. Stoi
tam dzisiaj pomnik ku czci Prowincji Niemieckiej z której wzięła
początek Prowincja Brazylijska. W roku 1943 Prowincja Brazylii
Południowej stała się samodzielną prowincją.
"Wiele lat oddziela to, co było od tego, co jest obecnie. A przecież
ciągle jeszcze tkwi w mej pamięci ten moment, gdy nasz śp. Założyciel,
Ojciec Leon Dehon w 1912 roku w naszej kaplicy domu misyjnego w Sittard
wręczał krzyże misyjne pierwszym misjonarzom udającym się do Kamerunu, i
z rozpostartymi ramionami wołał do nich słowami Chrystusa: Idźcie na
cały świat i nauczajcie wszystkie narody. Były to płomienne słowa, które
zapalily także inne serca do apostolskiej pracy.
Pierwsza ekspedycja prowadzona przez wypróbowanego misjonarza z Kongo,
ks. Gerharda Lennartza, weszła na afrykańską ziemię 3 grudnia 1912 roku,
w dzień św. Franciszka Ksawerego".69 W latach 1924-25 ks.
Lennartz był moim mistrzem nowicjatu w Fünfbrunnen. Jako nowicjusz
wiedziałem o nim jedynie tyle, że był na misjach. Opowiadał o tym
chętnie przy rozmaitych okazjach. Nigdy jednak w swoim skromnym
usposobieniu nie wspomniał o tym jak znaczącą rolę on sam tam odegrał.
Przedtem ks. Lennartz był misjonarzem w Kongo. W roku 1912 został
stamtąd odwołany w celu założenia misji w Kamerunie. Był już zamianowany
Prefektem Apostolskim i z pewnością zostałby pierwszym biskupem w
Kamerunie. Ale potem, w 1914 roku, wojna wtargnęła także i w kolonie
niemieckie. O końcu misji pisze w swoim liście z 16 sierpnia 1972 roku
wnuk brata ks. Lennartza: "To było tak: Część misjonarzy została
wcielona do wojska, przede wszystkim bracia. Gdy żołnierze niemieccy
zostali odparci, wycofali się do hiszpańskiej Angoli (powinna się
nazywać Gwinea Hiszpańska). Stamtąd szło wojsko, a wraz z wojskiem
księżą i bracia do Fernando-Po, by stamtąd udać się do Hiszpanii.
Księża, bracia i siostry, którzy nie nadążali, zostali internowani przez
Anglików i musieli przemaszerować przez całe afrykańskie wybrzeże aż do
Togo. Siostrom pozowolono jechać konno. Marsz trwał trzy miesiące (...).
Zanim Anglicy wkroczyli do wioski misyjnej, wujek Gerhard przekazał
naczelnikowi wioski święte naczynia, kielichy, itd. Po zakończeniu wojny
naczelnik przekazał – na pisemne pozwolenie wuja Gerharda – naczynia
misjonarzom Najświętszego Serca Jezusowego, którzy byli Francuzami. I
jeszcze coś szczególnego: Wuj Gerhard nie otrzymał żadnych funduszy za
swój tytuł: Kiedy po wojnie zobaczył, że nie będzie mógł już nigdy
wrócić do Kamerunu, oddał z powrotem tytuł Prefekta Apostolskiego
Adamana do Rzymu".
Obecnie Kamerun jest Regionem Prowincji Francuskiej.
Wśród tych, którzy wylądowali w Hiszpanii, był także misjonarz z
Kamerunu, ks. Wilhelm Zicke. Wylądował na południowym wybrzeżu
Hiszpanii. Pisze on: "Z małej notatki z jednej z hiszpańskich gazet,
nasz czcigodny Założyciel dowiedział się w Rzymie o naszym pobycie w
Hiszpanii. Odpisał natychmiast: «Od dłuższego czasu pielęgnowałem
życzenie abym mógł postawić swoją stopę w Hiszpanii. Czyż wasz pobyt nie
może się stać początkiem jakiejś fundacji? Bowiem ja jestem bardziej za
Północą, skąd pochodzą wielcy święci: Ignacy, Franciszek Ksawery i
Teresa z Avila. Byłbym wdzięczny za podane mi wiadomości».70)
Było to poniekąd nowe rozesłanie. Ks. Zicke wyruszył w drogę. Stopniowo
powstawała Prowincja Hiszpańska, jeśliby można uważać ks. Wilhelma Zicke
za jej założyciela. W 1947 roku Prowincja Hiszpańska stała się
samodzielną Prowincją.
Jeszcze raz został z Sittard wysłany ksiądz, którego wysłanie
doprowadziło do powstania nowej prowincji. Było to w roku 1919. Byłem
wówczas uczniem w Sittard i uczestniczyłem w uroczystości pożegnania
naszego ulubionego nauczyciela języka francuskiego, ks. Matthiasa
Fohrmanna, który 31 grudnia 1919 roku wyjeżdżał do Stanów Zjednoczonych.
Wkrótce powstała tam misja indiańska w Południowej Dakocie. Stopniowo
tworzyła się nowa prowincja – prowincja Ameryki Północnej. Od roku 1934
jest samodzielną Prowincją.
Tak powstawanie czterech prowincji: Brazylijskiej Południowej, Ameryki
Północnej, Hiszpańskiej i Zairskiej doprowadziło nas z powrotem do domu
w Sittard, który O. Dehon w swym mądrym przewidywaniu założył za granicą
już w pierwszych latach po założeniu Zgromadzenia.
Drugim osiedleniem tego rodzaju było Clairefontaine w Belgii. Ks.
Dorresteijn pisze o tym wydarzeniu następująco: "Tymczasem O. Dehon z
pomocą Luksemburczyka dra Hengescha, starego przyjaciela z okresu
stenografowania (na Soborze Watykańskim I), założył szkołę misyjną w
Clairefontaine w Belgii, nad granicą luksemburską, dla kształcenia
misjonarzy dla Południowej Ameryki, szczególnie dla Ekwadoru, trochę
później dla Skandynawii, ale zwłaszcza dla emigrantów w Południowej
Ameryce. Fundacja została założona w lecie 1889 roku".71)
Do tych misjonarzy należał także ks. Józef Fräβle z Freiburga. Został
jednym z najznaczniejszych misjonarzy w Kongo. Czytałem z zapałem jego
książki, przede wszystkim: "Myślenie i działanie moich Murzynów z lasu
dziewiczego" oraz "Psychika murzyńska" (1926). Jeśli sobie dobrze
przypominam, to obie te książki były polecane kolonialnym władzom
belgijskim jako lektura obowiązkowa, na znak iż uważają się oni za
pewnego rodzaju przywódców w stosunkach z tymi ludami pierwotnymi.
Dla dzieła O. Dehona pracowało także wielu innych księży z tejże szkoły,
którzy nie zostali misjonarzami. Ks. Ducamp pisze: "Tak długo, jak
Zgromadzenie nie było jeszcze podzielone na prowincje, Clairefontaine
pozostawało szkołą międzynarodową, gdzie żyli wspólnie i w serdecznej
zgodzie Belgowie, Luksemburczycy, Francuzi, Nadreńczycy, Niemcy z
Północy, Południa i Szwajcarzy.
Co się tyczy sukcesów, to – według statystyk – z Clairfontaine do
wybuchu pierwszej wojny światowej wyszło 82 księży, z tego 71 ojców. Do
tej liczby dochodzi 12 kleryków i 8 nowicjuszy. Ale statystyki ilustrują
przecież tylko część sukcesu. To, do czego się zmierza, to jakość.
Budujące jest to, iż można stwierdzić, że szkoła: "Nasza kochana Pani
Miłosierdzia z Clairefontaine", wydała pierwszorzędnych księży.72)
I Ducamp wymienia potem przede wszystkim ks. Józefa Philippe’a, drugiego
Przełożonego Generalnego naszego Zgromadzenia i późniejszego biskupa
Luksemburga.
Ks. Jonkmann i ks. Bernhard Müller, którzy zmarli w Handrup, opowiadali
często, że na poranny posiłek w Clairefontaine niejednokrotnie podawana
była jedynie kawa z suchym chlebem i że w ogóle wszystkiego brakowało.
Ale nigdy nie zapominali dodać, że lata spędzone w Clairefontaine były
najpiękniejszymi latami ich życia. Obecnie Clairefontaine jest nadal
szkołą Prowincji Luksembursko-Wallońskiej.
Wreszcie z powrotem wracamy do Francji, aby na podstawie dalszego biegu
życia O. Dehona przedstawić rozwój jego dzieła.
Wkrótce po odbudowaniu Zgromadzenia, w roku 1886, odbyła się I Kapituła
Generalna (od 11-15 września). Na tej Kapitule został określony nasz
strój zakonny: prosta sutanna i sznur. Na zakończenie Kapituły, 17
września 1886 roku, O. Dehon wraz z sześcioma innymi współbraćmi złożył
śluby wieczyste. "17 września 1886. Wielki dzień. Złożyłem z sześcioma
współbraćmi śluby wieczyste. Mam rzeczywiście uczucie pełnego odnowienia
i zupełnego przebaczenia. Jest to wielki dzień dla Zgromadzenia... Od
moich święceń nigdy dotąd nie byłem przepełniony tak głęboką
wdzięcznością. Pojąłem rzeczywistość tego wszystkiego, co wykładałem o
ślubach".73)
Takie Kapituły Generalne odbywały się w ciągu życia O. Dehona
ośmiokrotnie, z których pierwszych pięć miało miejsce we Francji, szósta
i siódma w Lowanium w Belgii, a ósma w Heer koło Maastricht w Holandii.
Kapituły te zajmowały się rozbudową wewnętrzną i zewnętrznym rozwojem
Zgromadzenia. Do rozwoju wewnętrznego Zgromadzenia przyczyniły się
przede wszystkim stopniowo się ukazujące dokumenty Zgromadzenia,
Konstytucje, Dyrektorium, Thesaurus do modlitw wspólnotowych. Sobór
Watykański II polecił, aby życie zakonne dostosować do warunków i życia
naszych czasów. "Dlatego też konstytucje, dyrektoria, zwyczajniki,
modlitewniki, ceremoniały i tym podobne książki należy poddać
odpowiedniej rewizji, a po usunięciu przepisów przestarzałych dostosować
do dokumentów wydanych przez ten święty Sobór".74) Tak stało
się na XVI Kapitule Generalnej w roku 1973, a mianowicie kiedy ojciec
Generał Bourgeois we wstępie do Reguły Życia powiedział: "Od
«Konstytucji» z 1885 roku i od «Dyrektorium Duchowego» O. Dehona do
Reguły Życia XVI Kapituły można rozpoznać przemyślane linie odnowionych
Konstytucji".75)
Rozbudowa zewnętrzna Zgromadzenia jest dostrzegalna w utworzeniu nowych
prowincji. Rozważania na ten temat były już snute na VI Kapitule
Generalnej w Lowanium w 1902 roku. Ale dopiero w roku 1908, na VII
Kapitule Generalnej w Lowanium doszło do pierwszego podziału na dwie
prowincje: Prowincję Zachodnią i Prowincję Wschodnią. Do Prowincji
Wschodniej weszli współbracia z Niemiec, Austrii, Szwajcarii i Brazylii
Południowej. Do Prowincji Zachodniej zaś współbracia z Francji, Belgii,
Holandii, Włoch i Luksemburga. Następnego podziału dokonano w 1911 roku,
kiedy powstała Prowincja Holenderska. Odtąd mówi się o Prowincji
Francuskiej, Niemieckiej, Holenderskiej. Podziały te oznaczały, że
dzieło O. Dehona nabrało już znacznych rozmiarów, ponieważ do prowincji
należą z reguły szkoły kształcące młody narybek (szkoły misyjne):
nowicjat, scholastykat, wszystkie z własną kadrą taką jak nauczyciele,
radni itd. Obecnie Zgromadzenie liczy 20 Prowincji i 7 Regionów.
Niektóre domy już przez samą swoją nazwę wskazują, że należą do dzieła
O. Dehona. Wymieńmy chociaż kilka z różnych stron świata:
Gymnastium Leoninum w Handrup, Niemcy;
Casa Padre Dehon, Conegliano Veneto, Północnme Włochy;
Istituto Dehonista, Curitiba, Brazylia Południowa;
Dehon Seminary, Lanesboro, Ameryka Północna;
Centro Social Padre Dehon, Jâo Pessôa, Północna Brazylia;
Maison Jean Dehon, Mougins, Francja;
Dehon Seminary, Ottawa, Kanada.
Należy tu jeszcze wspomnieć o nowym budynku naszej Rady Generalnej w
Rzymie z lat 1952/53.
Tymczasem w Prowincji Francuskiej dzieło O. Dehona ulega stałemu
umniejszeniu. Walka Rządu posługującego się ustawodawstwem godzącym w
Kościół i religię, stawała się coraz groźniejsza. W czerwcowym numerze
(1903 r.) "Le Règne" O. Dehon oznajmia, że dziełu Kongregacji we Francji
grozi zniszczenie, że będzie szukał dla siebie schronienia w Belgii.76)
Zakończenie tej kampanii ustawodawczej przeciwko naszym klasztorom miało
następującą historię. Komornik podał do wiadomości publicznej, że 22
grudnia 1905 roku klasztor Księży Sercanów w Saint-Quentin oraz domy w
Fayet i Fourdrain zostaną wystawione do licytacji. Zostało to jednak
nakazane ostatecznie tylko w stosunku do domu w Fourdrain, a ten kupił
ksiądz – sercanin Falleur.
Na dzień 2 lutego 1906 roku został wyznaczony nowy termin licytacji.
Znów O. Dehon protestował przeciwko temu, że nasza własność idzie pod
młotek na korzyść fiskusa. Daremnie. Skończyło się tym, że O. Założyciel
został "prywatnym" nabywcą klasztoru Księży Sercanów, a zatem kupił swój
własny dom. Z kolei zaś jego przyjaciel, ks. Legrand, kupił dom w Fayet.
Przyniosło to następującą sytuację: "O. Dehon stał się osobistym
właścicielem klasztoru Księży Najświętszego Serca Jezusowego i mógł tam
już pozostać, ale Zgromadzenie jako takie nie mogło istnieć we Francji.
Wszystkie akta domu macierzystego Sacré-Coeur zostały już kilka lat
przedtem przewiezione do Brukseli. O. Dehon miał więc swoje «biuro» i
mieszkanie w Brukseli, ale sam najczęściej przebywał w Saint-Quentin".77)
Dopiero w 1920 roku miało miejsce nowe osiedlenie się we Francji,
mianowicie w Amnéville.
W latach 1906-1910 O. Dehon odbył trzy wielkie podróże. Pierwsza z nich
wiodła do Ameryki Południowej. Rozpoczął ją 31 sierpnia 1906 roku z
Bordeaux. Wizytował wówczas fundacje Zgromadzenia w Północnej i
Południowej Brazylii. W Recife (Brazylia Północna), gdzie dotąd
Zgromadzenie nie posiadało żadnej fundacji, złożył 25 grudnia 1906 roku
wizytę w Kolegium Salezjańskim. O. Dehon relacjonuje o tej wizycie w
swych "Souvenirs": "Przyjęcie uroczyste, muzyka, przemówienia, całowanie
rąk. Ks. Jordan, wizytator prowincji, przypomina sobie mnie jeszcze z
czasów, kiedy był sekretarzem Don Bosco. Opowiadał chłopcom, że święty z
uszanowaniem wspominał o mnie i moim Zgromadzeniu, kiedy odwiedziłem go
raz w Paryżu". O. Dehon wspomina tu o spotkaniu z Don Bosco, podczas
którego święty podkreślił "z wielkim naciskiem": "Wasze Zgromadzenie na
pewno pochodzi od Boga".78)
Po swoim powrocie przygotowywał podróż do Finlandii i Rosji. Rozpoczął
ją w lipcu 1907 roku poprzez Kolonię, Berlin, Pragę, Szczecin,
Sztokholm, Petersburg do Moskwy. Do Brukseli powrócił przez Borodino,
Smoleńsk, Mińsk, Brześć Litewski i Warszawę. Podróż zakończył 14
sierpnia 1907 roku. Podróż ta stała się okazją do poszukiwania – także w
Skandynawii – do której O. Dehon miał szczególne upodobanie, miejsca na
którym mógłby postawić swą stopę. W roku 1903 O. Założyciel posłał dwóch
następnych księży do Finlandii. Zostali jednak stamtąd deportowani w
roku 1911. Wypędzeni z Finlandii osiedlili się w Szwecji.79)
Okazją do trzeciej podróży było zaproszenie kilku przyjaciół do wzięcia
udziału w Kongresie Eucharystycznym w Montrealu. Podróż odbywał w
towarzystwie swego starego przyjaciela, biskupa Tiberghiera, członka
Rady Kongresu Eucharystycznego. Podróż ta stała się wyprawą dookoła
świata i trwała od sierpnia 1910 do marca 1911 roku. Kanada (Quebec),
Stany Zjednoczone (San Francisco), Japonia, Korea, Mandżuria, Chiny,
Filipiny, Jawa, Cejlon, Indie, Palestyna – oto państwa, które odwiedził
O. Dehon.
W roku 1910 pierwsi księża przybyli także do Kanady, oraz rozpoczęta
została misja na południowej Sumatrze w roku 1923, co można tłumaczyć po
części podróżą O. Założyciela. Wszystkie te dzieła ucierpiały mocno
podczas pierwszej wojny światowej. W tym czasie O. Dehon znalazł się w
Saint-Quentin, które od 28 sierpnia 1914 roku znalazło się pod okupacją
niemiecką. Więcej niż przez trzydzieści miesięcy grzmiały armaty.
Niemieccy współbracia uzyskali zezwolenie na wyjazd O. Dehona do
Brukseli, jednak nie skorzystał on z tego, lecz pozostał w
Saint-Quentin.
Po wojnie odbyła się w Heer koło Maastricht VIII Kapituła Generalna (w
dniach od 29 do 31 lipca 1919 roku). Opowiada się, że na dworzec
kolejowy w Maastricht sprowadził niemieckich i francuskich uczestników
kapituły holenderski anioł pokoju. Dzieło O. Dehona odradzało się
rozwijało nadal. Ks. Dorresteijn pisze: "Po wojnie nadszedł sprzyjający
czas dla Zgromadzenia. W roku 1920 powstaje nowa fundacja w Amnéville, w
roku 1921 w Domois (Francja). Włosi dysponują od 1919 roku własnym
nowicjatem, zaś w rok później stają się samodzielną prowincją". Także w
Hiszpanii O. Dehon dokonuje siewu: powstaje szkoła misyjna w
Puente-la-Reina, nowicjat i kolegium w Novelda.
Na właściwych i tak zwanych obszarach misyjnych Zgromadzenie rozwijało
się nadal. W 1921 roku Brazylijczycy z Prowincji Południowej otrzymali
nowicjat w Taubaté. W tym samym roku Zgromadzenie rozpoczyna pracę w
Danii i wraca pod kierownictwem biskupa Buckxa do Finlandii. Potem – w
roku 1923 – powstają cztery nowe Regiony Misyjne: Afryka Południowa
(Gariep), Południowa Sumatra, Dakota i Norwegia.80)
We wszystkim tym brał udział O. Założyciel modląc się, pracując i
cierpiąc. Lata i ciosy nie potrafiły go ani pochylić, ani złamać. Był
ciągle jeszcze wysmukły, postaci wysokiej, wyniosły jak wielkanocna
świeca. Chciał jeszcze przygotować IX Kapitułę Generalną, lecz podczas
tych przygotowań zachorował. W Brukseli, gdzie od 1917 roku – a więc od
ewakuacji Saint-Quentin – mieszkał, zapanowała od lipca do sierpnia 1925
roku epidemia gastroenteritalna, atakująca przewód pokarmowy.
Czwartego sierpnia, po odprawieniu Mszy św. musiał się O. Dehon położyć
do łóżka. Odmawiał swój brewiarz i z łóżka dawał polecenia odnośnie do
przygotowującej się IX Kapituły Generalnej, która miała się rozpocząć 15
września. Tydzień później, 11 sierpnia, ks. Philippe, jego asystent,
podzielił się z nim opinią lekarza, że stan zdrowia się pogorszył, a
zatem chciałby udzielić O. Dehonowi Sakramentu Chorych. Wiadomość ta
wywołała u O. Założyciela eksplozję radości. Zaklaskał w dłonie i
zawołał: "Tak, bardzo chętnie!". Przed przyjęciem Komunii św. wziął w
rękę krzyż i odnowił swoje śluby, w tym także ślub żertwy. To słowo
powtórzył trzykrotnie, a potem powiedział: "Je me donne tout" – oddaję
się całkowicie. Zanim przyjął święte Namaszczenie, na jego żądanie
przyszli do jego pokoju wszyscy mieszkańcy domu. Wymieniał ich
wszystkich po nazwisku, a szczególnie cieszył się z pierwszych polskich
współbraci (byli to: ks. Władysław Majka i ks. Ignacy Stoszko, przyp. tł.).
Następnie ks. Philippe przeprosił go w imieniu całego Zgromadzenia za
wszystko, co go w ciągu jego długiego życia w Zgromadzeniu obraziło, i
prosił o błogosławieństwo dla całego Zgromadzenia. O. Dehon natychmiast
rozpostarł ręce i wypowiedział mocnym głosem błogosławieństwo. Następnej
nocy doznał gwałtownych kurczów serca, które sprawiały mu wielkie
cierpienie. Bardzo osłabiony udzielił jeszcze raz swego
błogosławieństwa. W południe, o godzinie 12.10 zmarł Założyciel
Zgromadzenia Księży Najświętszego Serca Jezusowego, Ojciec Jan Leon
Dehon. Było to w środę, 12 sierpnia 1925 roku. "Je me donne tout".
Jego proces beatyfikacyjny jest rozpoczęty. Kiedy umierał Zgromadzenie
liczyło 696 członków; z tego 357 księży, 168 kleryków i 171 braci.
Nasza Reguła Życia mówi:
"Jako członki Chrystusa, wierni Jego naglącemu wezwaniu «Sint unum»
nieść będą po bratersku ciężary jedni drugich w tym samym życiu
wspólnotowym" (nr 8).
"Pozwalamy się przepoić miłością Chrystusa i wsłuchujemy się w Jego
modlitwę «Sint unum»; staramy się uczynić z naszych wspólnot prawdziwe
ognisko życia ewangelicznego (...) Nasze życie wspólnotowe nie jest
tylko środkiem (...) jest najgłębszą realizacją naszego życia
chrześcijańskiego" (nr 63).
"W Kościele jesteśmy wezwani, by pójść za Chrystusem i być w świecie
świadkami i sługami jedności między ludźmi, poprzez braterską wspólnotę
(...)" (nr 59).
"Przez naszą jedność (...) pragnęlibyśmy podkreślić, że braterstwo,
którego ludzie tak pragną, jest możliwe w Jezusie Chrystusie, i że
chcemy być jego sługami" (nr 65).
"«Sint unum» (J 17, 11) podkreślane przez Ojca Założyciela, domaga się
od kandydata, aby przez wychowanie do prawdziwej miłości, wyzwalał się
stopniowo z egoizmu, który jest przekreśleniem miłości Boga i
braterstwa. Ten prymat miłości wzywa do stałego nawracania się i
powinien doprowadzić kandydata do dyspozycyjności w służbie dla Boga i
braci, zwłaszcza najbiedniejszych i najsłabszych w duchu «Ecce venio»"
(nr 95).
Z języka niemieckiego tłumaczył: ks. Józef Lach SCJ
RYS STATYSTYCZNY
Zgromadzenia Księży Sercanów
Całość Zgromadzenia podzielona jest na 20 Prowincji i 7 Regionów.
Zgromadzeniem kieruje O. Generał ze swoja Radą. Rezyduje w Rzymie.
Poszczególne Prowincje zarządzane są przez księży Prowincjałów ze swą
Radą. Ksiądz Prowincjał Prowincji polskiej rezyduje w Krakowie-Płaszowie.
Poszczególnymi wspólnotami domowymi kierują księża Rektorzy.
Dotychczasowi Przełożeni Generalni:
-
Sługa Boży O. Leon Jan od Serca Jezusa DEHON (28.06.1878-12.08.1925)
- Francja
-
Ks. Józef Wawrzyniec Philippe (20.01.1926-07.10.35)
- Luksemburg
-
Ks. Wilhelm Teodor Govaart (24.10.35-07.09.53)
- Holandia
-
Ks. Alfons Maria Lellig (11.01.54-13.12.58)
- Niemcy
-
Ks. Józef Antoni de Palma (15.07.59-06.06.67) - Ameryka Północna
-
Ks. Albert Bourgeois (06.06.67-06.06.79) -
Francja
-
Ks. Antonio Panteghini (06.06.79-24.05.1991) - Włochy
-
Ks. Virginio Domingo Bressanelli (Od 24.05.1991 r.-2004 ) - Prow.
Argent.-Urugwajska
-
Ks. José Ornelas Carvalho (2004-) Portugalia
Prowincje Zgromadzenia Księży Sercanów w kolejności chronologicznej ich
powstawania
-
1908 Pierwszy podział Zgromadzenia na Prowincje: Prowincję Zachodnią
i Prowincję Wschodnią.
-
1911 Podział Prowincji Zachodniej na 2 Prowincje: Prowincję
Francusko-Belgijską i Prowincję Holenderską.
-
1920 W wyniku odłączenia się Włochów od Prowincji
Francusko-Belgijskiej, powstaje Prowincja Włoska.
-
1930 Prowincja Francusko-Belgijska dzieli się na 2 Prowincje:
Prowincję Francuską i Prowincję Belgijsko-Luksemburską.
-
1934 Z Prowincji Niemieckiej zostają wyodrębnione 2 Prowincje:
Prowincja Ameryki Północnej i Prowincja Brazylijska Południowa.
-
1938 Erygowanie Prowincji Brazylijskiej Północnej w wyniku
oddzielenia się od Prowincji Holenderskiej.
-
1947 Erygowanie trzech Prowincji: Prowincji Angielskiej – obecnie
Angielsko-Irlandzkiej, Prowincji Hiszpańskiej i Prowincji Polskiej.
Do tego czasu Prowincje te zależne były od Rady Generalnej.
-
1954 Podział Prowincji Belgijsko-Luksemburskiej na 2 Wiceprowincje:
Wiceprowincję Flandryjską i Wiceprowincję Luksembursko-Wallońską. W
roku 1960 obie te Wiceprowincje otrzymały status Prowincji.
-
1960 Podział Prowincji Włoskiej na 2 Prowincje: Prowincję Włoską
Południową i Prowincję Włoską Północną.
-
1962 Erygowanie trzech Wiceprowincji: Wiceprowincji
Kanadyjsko-Angielskiej i Wiceprowincji Kanadyjsko-Francuskiej. Te
dwie Wiceprowincje powstały przez oddzielenie się od Prowincji
Ameryki Północnej, która od roku 1982 stała się Prowincją Stanów
Zjednoczonych. Erygowanie Wiceprowincji Indonezejskiej. Powstała ona
w wyniku wydzielenia jej z Prowincji Holenderskiej. W roku 1974 te
trzy Wiceprowincje otrzymały status Prowincji.
-
1964 Erygowanie Prowincji Zairskiej.
-
1966 Powstaje Prowincja Portugalska w wyniku oddzielenia się od
Prowincji Włoskiej Północnej.
-
1983 Erygowanie Prowincji Argentyńsko-Urugwajskiej przez wydzielenie jej
z Prowincji Włoskiej Północnej.
-
1991 Erygowanie Prowincji Chilijskiej, która została wydzielona od
Prowincji Holenderskiej.
Zaangażowania Apostolskie Polskiej Prowincji Księży Sercanów
-
Misje krajowe i rekolekcje
-
Duszpasterstwo parafialne
-
Duszpasterstwo specjalistyczne:
-
apostolstwo powołań;
-
apostolstwo osób Bogu poświęconych;
-
apostolstwo za pomocą środków masowego przekazu;
-
duszpasterstwo dobroczyńców;
-
praca naukowa.
-
Misje zagraniczne: Finlandia, Filipiny, Indonezja, RPA, Zair.
-
Pomoc duszpasterska w krajach europejskich: Austria, Białoruś,
Chorwacja, Mołdawia, Niemcy.
PRZYPISY
1) Extr. 3 (cyfra oznacza numer odsyłacza w tekście).
2) Extr. 97.
3) Extr. 189, 190.
4) Extr. 186.
5) Extr. 188.
6) Eugen Walter, Zu den Herrlichkeiten der Taufe, Freiburg 1940, s. 64.
7) Tamze.
8) Extr. 206.
9) Extr. 177.
10) Extr. 207.
11) Tamże.
12) Extr. 209.
13) Extr. 3.
14) Dorresteijn, 26.
15) Extr. 146.
16) Extr. 163, 164.
17) Extr. 164.
18) Leo Scheffczyk, Das immerwährende Gespräch – heute unterbrochen, w:
Wandelbares und Unwandelbares im Wandel der Zeit, tom II, wyd. Hans
Pfell, Aschaffenburg 1977, s. 151.
19) Ernst Jünger, Strahlungen, Tübingen 1949, 554.
20) Extr. 63.
21) Extr. 64, 65.
22) Extr. 72, 73.
23) Dorresteijn, 151.
24) Tamże, 121.
25) Haas, 154, 155.
26) Tamze, 156, 157.
27) Dorresteijn, 152.
28) Tamże, 154.
29) Tamże, 63.
30) Extr. 192.
31) Extr. 190.
32) Dorresteijn, 79.
33) Tamże, 69.
34) Por. Zur Geschichte der Aufhebung, Dorresteijn, 85, nn.
35) Dorresteijn, 77, 78.
36) Extr. 200.
37) Ducamp, 254.
38) Souvenirs, VIII, 18.
39) Extr. 166, 167.
40) Ducamp, 328, 329.
41) Ks. Johannes Kalmer, Eine Bildmeditation zum Lebensregel, w:
Gedanken zur Lebensregel, str. 22-26. Cytat: Ratzinger, Einfürung in das
Christentum, 1968, 195, 196.
42) Dehon, Couronnes d’amour II, 142 nn.
43) Por. Die exegetische Erklärung der Durchbohrung, w: Josef Heer,
Leben hat Sinn, Stuttgard 1974, 104, 114, oraz książka tego samego
autora: Der Durchbohrte, Johanneische Begründung der Herz-Jesu-Verehrung,
Rzym 1966.
44) Prof. dr Hermann Westhoff, w: Deutsche Tagespost, 23/24, 12, 1977 r.
45) Leo Scheffczyk, Katholische Glaubenswelt, Aschaffenburg 1977, 150,
151.
46) H. Volk, Theologische Grundlagen der Liturgie, Meinz 1964, 81.
47) Modlitwa nad darami na 2 niedzielę roku A.
48) Obydwa cytaty w: Scheffczyk, Katholoische Glaubenswelt, 255, 256,
tamże, 150, 151.
49) Extr. 66.
50) René Schweitzer, Gott hat mich bewegt, Freiburg 1972, notatka na
obwolucie książki.
51) Tamże, 89-93.
52) Hans Urs von Balthasar, Klarstellungen, Herder-Bücherei, nr 393,
Freiburg 1971, Art Verehrung des Allerheiligsten, 113.
53) Schweitzer, loco citato, 94. Do pojęcia "pozostawać“, którego św.
Jan Ewangelista używa 66 razy. Por. J. Heer, Leben hat Sinn, 152.
54) Ks. Yves Ledure, Etudes Dehonnienes 55.
55) Eugen Walter, Herrlichkeiten der Taufe, 21.
56) J. Pascher w: Liturgisches Jahrbuch, rok 18, zeszyt 3, 1968, 148.
Por. Takze: Heinrich Schlier, Das bleibend Katholische, Münster 1970,
10.
57) Leo Scheffczyk, Wirklichkeit und Geheimnis der Sünde, Augsburg 1939,
37-38.
58) Eugen Walter, Sakrament und christliches Leben, Freiburg 1939,
37-38.
59) Bremond, Histoire littéraire du sentiment religieux en France, tom
3, Paris 1925, 138.
60) Otto Karrer, Got in uns, München 1926, 167.
61) Extr. 107.
62) Otto Karrer, 179, dz. Cyt.
63) J. Ratzinger w: Studia Dehoniana, 6 Deutsche Ausgabe, Juni 1973, 22,
23.
64) Dorresteijn, 82.
65) Tamże, 138.
66) Die Genossenschaft der Herz-Jesu-Priester, Missionshaus Sittard, 22.
67) Opfergang der Herz-Jesu-Priester im Kongo, Gedenkschrift 1965, 21.
68) 50 Jahre Deutsche Orensprowinz der Herz-Jesu-Priester, 101, 102.
Sprawozdanie pochodzi od ks. Johannesa Petersa. Także relacje ks.
Hauranda znajdują się w tym zeszycie, str. 95 nn.
69) 50 Jahre..., 108, relacja ks. Zicke.
70) Tamże, 110.
71) Dorresteijn, 109.
72) Ducamp, 331, 332.
73) Extr. 195.
74) Perfectae caritatis, 3.
75) Reguła Życia, s. 7.
76) Dorresteijn, 163.
77) Tamże, 166.
78) Tamże, 167-168.
79) Tamże, 182.
80) Tamże, 198, 199.