Powrót | Nowości Założyciel | Sylwetki | Serce Jezusa | Nauka społeczna Kościoła | Kazania

Albert Bourgeois SCJ

Doświadczenie wiary u Ojca Dehona

Szkic historyczno-krytyczny

 

Spis Treści:

SŁOWO WSTĘPNE

Ramy historyczne

DZIECIŃSTWO I MŁODOŚĆ

Pierwsza Komunia święta

Powołanie

Paryski Student (1859 - 1864)

Podróżnik (1859 - 1865)

Anglia - Irlandia (1861 - 1862)

Niemcy - Skandynawia - Austria

Podróż na Wschód (1864- 1865)

W SEMINARIUM FRANCUSKIM

POCZĄTKI 1865 - 1888

"Rys dominujący"

"Dyrektorium mojego życia"

Ideał życia zakonnego

Łaski modlitwy

Życie zjednoczenia według O. Libermanna

USPOKOJENIE I SKUPIENIE

Pobożne stowarzyszenie

O teologii z zapałem i zachłannością

Podróże i kontakty

NAJLEPSZY ROK W MOIM ŻYCIU

Program na otwarcie

Przy mszale i brewiarzu

Święte człowieczeństwo Jezusa

Życie zjednoczenia z Bogiem

W pokoju serca

Wysiłek ascetyczny

W szkole i pod kierunkiem Ducha Świętego

Z Maryją w pełni w Jezusie

Eucharystia drugim Przemienieniem

Prawdziwe rekolekcje seminarzystów

KU KAPŁAŃSTWU

Subdiakonat: 21 grudnia 1867

Diakonat: 6 czerwca 1868

Kapłaństwo: 19 grudnia 1868

MŁODY KAPŁAN

"Grożące niebezpieczeństwo"

Kapłaństwo eucharystyczne

Pierwsze walki

Listy z wakacji do O. Freyd (1867 i 1868)

Listy Leona Dehona do swego ojca (1870)

DOŚWIADCZENIE  SOBOROWE

D O C U M E N T

OSTATNI ROK (1870 - 1871)

Projekty na przyszłość

Ku wielkiej decyzji

P O R T R E T

"Mój święty i najbardziej serdeczny przyjaciel"


 

SŁOWO WSTĘPNE

 Mówić o doświadczeniu wiary u Ojca Dehona, jak zresztą o czyimkolwiek przeżyciu duchowym, to przedsięwzięcie w pełni zuchwałe i nierozważne.

 "W miarę jak każde z tych przeżyć, pisze Jan Mouroux, wtapia się w tajemnicę osobistego powołania, staje się sekretem między Bogiem a duszą ... sekretem  ukrytym w pokorze życia, jako że Bóg nie urabia duszy tu na ziemi jak tylko w tym celu, by odsłonić ją w niebie. Sekret wyjątkowy pod każdym względem, gdyż jest on jedyną odpowiedzią na jedyną miłość. Sekret trwały dla duszy jako takiej, gdyż jej życie przebóstwiające ukryte jest z Chrystusem w Bogu i nie jaśnieje tu na ziemi jak tylko dla Boga. Odsłoni się dopiero, gdy sam Chrystus ukaże się w swej chwale, gdy ukażemy się w sobie samym i innymi,  wraz z Nim i przez Niego w Jego własnej chwale".       

Jest rzeczą jasną, iż łatwiej jest mówić o działalności  i  nauce drugiego, niż ponad jego czyny i słowa zrozumieć same poruszenia jego duszy, lub, by się lepiej wyrazić, samą głębię jego istoty. Jednakowoż to właśnie owo wnętrze poleca podejmować rozmowy i dzieła, i przez nie można poznać czym jest lub było jego powołanie i jego misja, albo jak się to dziś mówi, jego "charyzmat".

Odnośnie do wielkich założycieli zakonów, czy wielkich mistrzów duchownych, powiada jeszcze J. Mouroux, tajemnica osobistego powołania jest jakby "tajemnicą jawną", skoro Bóg przeznacza chrześcijanina by oświecał swych braci, a głębia jego niezwykłości pozwalała mu dosięgać ludzi wszystkich czasów. Tak św. Paweł, św. Jan, św. Augustyn, św. Franciszek z Asyżu, czy św. Dominik i tylu innych, którzy, jak to zaznacza O. Congar i św. Teresa z Lisieux, u początku ery atomowej byli "reflektorami" nie tylko swojego wieku, ale także Kościoła powszechnego w jego wiekowym rozwoju.

Co do Ojca Dehona, jego sekret nie jest tak świetlany, ani jego indywidualność tak niezwykła, by mogła być nazwana ogólnoludzką, oznaczającą jakiś zwrot w historii duchowej naszego czasu. Biografowie w ogólności  nie są sporni  w tej sprawie, poza małymi wyjątkami. Stwierdzają fakty: Nabożeństwo do Serca Jezusowego, różne środki zainteresowania Ojca Dehona, jego działania i przedsięwzięcia. Wyłania się z nich pewna postać, u  której  zauważa się pewne linie postępowania, albo taki wyjątkowy szczegół, coś na wzór tego, jak św. Beuve tworzy postać pisarza z jego pism, słów i zachowania. Portret czasem ciekawy, nakreślony z drobiazgowością, ale który, trzeba to przyznać, nie daje w pełni poznać tego człowieka głębiej. Wciąż pozostaje on jakimś  Kowalskim.

 Istotą przeżycia duchowego Ojca Dehona był głęboki poryw całej jego istoty w jego stosunku do Boga, jaki trzeba rozpoznać i odczytać. Jak i jakiego Boga przeżywał Ojciec Dehon?

Pytanie może wydawać się zbyt ogólne i jeśli nie daremne, to przynajmniej bez natychmiastowej korzyści dla rozważań nad aktualnością misji  Instytutu jako takiego, w dniu dzisiejszym, albo prościej, dla naszego życia osobistego, dla  naszego własnego przeżywania wiary.

A tymczasem czyż nie był to punkt wyjścia konieczny dla dobrego zrozumienia środowiska, coś w rodzaju wstępnego pytania. Jest to w każdym razie pytanie tego rodzaju, jakie Jezus postawił swym uczniom: "Za kogo wy mnie uważacie, co mówicie o mnie?". (por. Mt. 16,13-21)

Odpowiedź Piotra była krótka, głęboka, natchniona, była wyznaniem wiary, w której jaśniał sekret jego głębokiego doświadczenia nie ciała ani krwi, ale Ojca który jest w niebie. Cała historia Kościoła  z teologią i życiem świętych, winna być komentarzem i ilustracją tego doświadczenia i tego wyznania osobistego, jakie, rzecz zdumiewająca, stanie się doświadczeniem powszechnym.

Zachowawszy wszelkie należne proporcje, próba poznania jakim było doświadczenie wiary u Ojca Dehona, nie może być bez znaczenia dla ustalenia i określenia naszego własnego doświadczenia wiary i naszego życia duchem Ojca Założyciela. Nasz Instytut, mówią nowe Konstytucje, bierze swój początek z doświadczenia wiary O. Dehona (n.2) a nasze własne doświadczenie i zbliżanie się ku Bogu, naznaczone jest zwracaniem bacznej uwagi na to, co w niewypowiedzianym bogactwie tej tajemnicy odpowiada doświadczeniu O. Dehona. (n. 16). Mówi nam to o pożytku i ważności zrozumienia tego, co było według wyrażeń Kapituły Generalnej z roku 1967postawą zasadniczą, samym motorem jego życia duchowego i apostolskiego.

Ponad postawy, prace, a zwłaszcza słowa i to co ogólnie związane jest ze środowiskiem kulturalnym, jakiego to Boga przeżywał głęboko? "Ja i mój Stwórca" mawiał Newman. Jakie imię dałby tak spontanicznie O. Dehon temu Bogu, którego przeżywał w wierze? Oto odpowiedź na te pytania, którą chciałyby dać te analizy i refleksje historyczno-krytyczne, odpowiedź na temat duchowego doświadczenia wiary O. Dehona w różnych okresach jego życia.

 Ó

Ramy historyczne

Oprócz dwu okresów La Capelle (1843-1855) i Hazebrouck (1855-1859) wspominanych i zanotowanych  w "Przypisach na temat historii mego Życia", O. Dehon sam wyróżnia w swych sprawozdaniach:

-  Okres swych studiów w Paryżu (1859 - 1864)

-  Podróż na Wschód  (1864 - 1865)

-  Seminarium w Rzymie  (1865 - 1871)

-  Wikariat w Saint Quentin  (1871 - 1877)

-  Zgromadzenie i Instytut  (Św.- Jan, 1877 - 1893)

Ale "Uwagi" urywają się na audiencji u Leona XIII  we wrześniu 1888, po Dekrecie Pochwalnym z 25 lutego. Dla lat następnych trzeba się udać do "Notatek Codziennych".

Podział taki stanowi dobrą ramę do analizy duchowego rozwoju O. Dehona. Pięć wyróżnionych okresów od 1843 - 1871 mieści się pod jednym wielkim tytułem "formacja". Reszta, od 1871 - 1888 i dalej aż do 1925, to czas aktywnej dojrzałości: życie apostolskie, życie zakonne, rozmaite odpowiedzialne stanowiska, według rytmu jaki zmienia się zależnie od okresu, ale który przedłuża się aż do końca starości, a kończy się ostatnią chorobą.

Sprawa oczywista, że w tym długim okresie działalności i odpowiedzialności, możemy szczególniej poznawać jakim było doświadczenie O. Dehona, tak jak prześwieca ono poprzez jego działalność, jego zwierzenia, czy jego nauczanie. Zatem w tym doświadczeniu rzeczywiście "Zgromadzenie znajduje swój początek", ustala się i uwydatnia to, co nazywa się jego duchem, jego charyzmatem czy jego misją.

Okres bezpośredniego przygotowania podczas lat wikariatu w Saint Quentin (1871 - 77), okres fundacji i trudne lata początków, kiedy kładzione są pierwsze wytyczne i części składowe duchowości, następnie od 1889 - 1906 okres największej działalności społecznej i promieniowania osobistego w dojrzałości zakonnej i apostolskiej, ukazują okres głębokiego rozwoju i dojrzałości, a w końcu 20 lat ostatnich (1906 - 1925), które aż do końca będą latami aktywności. Ojciec Dehon zrobi w tym czasie podróż dokoła świata (1910 - 1925) i jako Przełożony Generalny przed, w czasie i po wojnie nie uczyni kroku bez potrzeby i zabiegań. Od roku 1903 jednakże odczuwa w swym życiu, tak się wydaje, rodzaj zawrotu: "Czuję potrzebę by być głębszym, bardziej nadnaturalnym" notuje w lutym 1903r. Zajmuje się bardziej bezpośrednio i intensywnie ożywieniem duchownym Zgromadzenia. Nie zaniedbywał tego i dawniej. Wystarczy odnieść się do jego notatek codziennych, do korespondencji i publikacji, by ścieniować sąd jaki w ten sposób wyraża o sobie. Pewnym jest jednak, że odtąd stanie się bardziej Założycielem i Przełożonym Generalnym. Zorganizuje w latach 1908 - 1909 miesięczne odnowienia i sam kilka z nich poprowadzi. "Wszystko się poprawia, to inne życie. To życie zjednoczenia, które powróciło i które się zaznacza, zauważa w tym względzie w listopadzie 1912r.

To najprzód u siebie samego stwierdza ten postęp. Ostatnie zeszyty Notatek Codziennych świadczą o wielkiej gorliwości i wielkim pogłębieniu duchowym, o ostatnim rozkwicie, tak to nazwijmy, tego co posiał w dzieciństwie, a co rozwinęło się i ubogaciło w formacji i latach czynnej dojrzałości. W swej modlitwie i przywoływanych wspomnieniach, Ojciec Dehon żyje prawdziwie tym  "zjednoczeniem z Naszym Panem", do czego odczuwał pociąg już od swych młodych lat, a które uczyniły z niego, jak to wiemy, gorącego apostoła.

Nim jednak dojdziemy do tego, trzeba przebiec te lata formacji, tak ważne w oczach O. Dehona, nie tylko dlatego iż znajduje tam materiał  "by się pobudzać do wdzięczności względem Serca Jezusowego i do żalu za swe winy", ale dlatego, że w samej tej formacji rozpoznaje opatrznościowe przygotowanie tego, czym winno być Zgromadzenie.

W La Capelle i w Hazebrouck, w dzieciństwie i na początku młodości,  następuje odkrycie Boga i ten pociąg ku zjednoczeniu z Panem, który, jak nam to mówi, odczuł jako pierwszy i główny motyw swojego powołania i daru bez zastrzeżeń, jaki zamierza uczynić z siebie dla Pana. Paryż i Wschód to odkrycie świata. Rzym będzie w ramach długich i żarliwych rekolekcji czasem pierwszego przystosowania. Zobaczymy wnet czy i w jakiej mierze to mu się uda. W każdym razie coś ważnego zaszło w rozwoju jego doświadczenia duchowego. W tych latach zarysowuje się już to, co będzie zarówno wielkim problemem, jak i wielkim bogactwem jego życia, to znaczy  postępujące odkrycie świata i równoczesne jego zjednoczenie z Chrystusem.

Nasza uwaga. - Duchowe doświadczenie Ojca Dehona przez nas opisywane - jest rzecz jasna ograniczone, a cała formacja Ojca Dehona nie sprowadza się tylko do tego. O jego formacji umysłowej, o jego życiu i jego relacjach nic tu nie wspominamy, a nawet mówimy bardzo skrótowo o tym, co wydawałoby się związane z ukierunkowaniem i rozwojem duchowym jako takim.

Rozwój ten, zgodnie z pedagogiką  kościelną i zakonną epoki, mógłby wydawać się dość niezgodny z czasem i o małym odniesieniu do historycznych realiów w ogólności. "Pamiętniki" Ojca Dehona - "Uwagi na temat Historii mojego Życia" - i korespondencja, są pod tym względem z pewnością mniej "oderwane i nieczasowe" niż "Notatki Codzienne", czysto "duchowne".

Ale, jeśli chodzi o "Uwagi", odniesienia i myśli co do kontekstu historycznego, są bardziej uwagami pamiętnikarza niż seminarzysty i świadczą o rozwoju samego Ojca Dehona po i w trakcie jego formacji. Byłoby  przesadą  przypisywać młodzieńcowi  z lat 1865 - 1871 doświadczenie  i ocenę pasterza i społecznika z lat 1893 - 1897.

 Jest jednak oczywiste i to, że formacja Ojca Dehona umiejscowiona jest w określonym kontekście historycznym, tym Drugiego Cesarstwa (1852 - 1870), w okresie wielkiego rozwoju politycznego, ekonomicznego, społecznego i kulturalnego. Mówiono o nim "Narodziny Francji Nowoczesnej", nie bez błędów, potknięć i niepowodzeń, w pomyślności "Świętego Cesarstwa", lecz także w czasie narodzin jeśli jeszcze nie klasy robotniczej w ścisłym tego słowa znaczeniu, to  przynajmniej przemysłowego proletariatu, który  zaznaczał krok za krokiem swą własną identyczność, swe problemy i swoje prawa. Tak samo jeśli chodzi o ewolucję kulturalną, filozoficzną, literacką, naukową i techniczną, oraz ewolucję i orientację katolicyzmu francuskiego, za, czy przeciwko władzy politycznej, po stronie rodzącej się kwestii społecznej i bardziej ogólnie za tym, co Syllabus (1864) potępia jako błędy współczesne.

W tym to kontekście i w takim to świecie Leon Dehon żył, podróżował, formował się i był formowany, ulegając napewno i reagując w swym własnym miejscu pochodzenia jakby osmozie legityzmowi, ultramontanizmowi, czy po prostu tradycjonalizmowi religijnemu, teologicznemu, społecznemu czy politycznemu, ale także uwrażliwiając  się zwolna na rzeczywistości nowe, jakie odkrywa tu i ówdzie. Nie możemy rzecz jasna towarzyszyć mu krok za krokiem w tej ewolucji, która skądinąd będzie bardziej wyraźna w latach następnych. Analiza, z braku bezpośrednich dokumentów, winna by bazować na dobrej znajomości samej epoki i przekraczałaby oczywiście zamiary i ramy naszej analizy, jak również i naszą kompetencję. Ale należałoby i w tym względzie dokonać analizy krytyczno-historycznej, czym, jak dotąd, biografowie nie są  zatroskani. Wiedząc kim stał się O. Dehon, co myślał i co czynił, trzeba by szukać co w jego formacji mogło temu pomagać , albo co przeszkadzało, na ile był człowiekiem swojej epoki i  swego otoczenia, jaki mógł być zasięg i granice jego wiedzy co do przygotowania i swej formacji w pełni dostosowanej do świata, któremu miał stawić czoło, do powołania i misji, jakie staną się jego własnością

Ó  

DZIECIŃSTWO  I  MŁODOŚĆ

1843 - 1865

         - La Capelle   :  Pierwsza Komunia św.

         - Hazebrouck :  Studia humanistyczne i  Powołanie

         - Paryż           :  Student i podróżnik 

 

DZIECIŃSTWO  I  WCZESNA MŁODOŚĆ

Doświadczenie człowieka rozpoczyna się rzecz jasna wraz z jego życiem, a psychologowie kładą nacisk na ważność pierwszych lat, a nawet pierwszych miesięcy i miesięcy ciąży. Słyszy się czasem powiedzenie, nie bez pewnej przesady ale i pewnej słuszności, że "w czwartym roku już wszystko zrobione". Stare legendy na temat wczesnego dzieciństwa niektórych świętych, czy sławnych ludzi, podkreślają to przeświadczenie i niewątpliwie nie należy bez koniecznej racji,  ograniczać wpływu działania Ducha Świętego, jak się to słyszy w epoce rozumu.

Nie idąc aż tak daleko, jest bardzo rzadkim przypadkiem by życie ludzkie nie było naznaczone wpływem doświadczeń z dzieciństwa i by działając nawet pod wpływem doświadczenia duchowego, to doświadczenie Boga, nie miało swego pierwszego wyrażenia w dzieciństwie. Doświadczenie przed "przestudiowaniem", a nawet przed wszelkimi  uwarunkowaniami społeczno-kulturowymi, bo te zawsze są w rodzinie i bezpośrednim otoczeniu. "Pamiętniki", czy "Wyznania", szczególnie te świętego Augustyna, obfitują na ogół w oznaki takich przeżyć, uznanych jako znaczące. Nie można co do tego podać wytłumaczenia psycho-socjologicznego, czy psychologicznego, ale dlaczegóż Duch Boży miałby być dalekim od tego, co wydaje się być autentycznym doświadczeniem Boga? Niewątpliwie samo życie przemawiać będzie za takim znakiem, jako za przygotowaniem czy predyspozycją tego, co później zostanie uznane jako "powołanie". Mówi się na ten temat jako o "łasce oczekiwania", która już od dzieciństwa wyróżnia to życie.

"Jak kamień, który zachowuje swe ciepło  nawet wówczas, gdy słońce które go nagrzewało już zaszło, tak my pozostajemy nasłonecznieni przez nasze dzieciństwo, żyjemy jasnością pierwszych doświadczeń i oczekiwaniem tego czego dano nam zakosztować kiedyś,  co nas przygotowuje mniej czy więcej wyraźnie ku życiu duchownemu". (Collette Nys-Mazure: Łaska przygotowania do Życia Duchownego, 1975, str.788)

By zilustrować i objaśnić naszą refleksję na temat doświadczenia Ojca Dehona, przywołamy najpierw dwa przeżycia dziecinne, całkiem od siebie różne, a nawet w pewnym znaczeniu sobie przeciwstawne,  Ojca Karola de Condren i Ojca Piotra Teilhard Chardin.

O. Condren był drugim przełożonym francuskiego Oratorium, następcą po kardynale de Berulle, którego to kardynała był ulubionym uczniem i spowiednikiem. Byłoby wiele do mówienia na temat jego roli dla Kościoła we Francji i dla Kościoła powszechnego  w wypracowywaniu i rozszerzaniu tego, co nazwano duchowością Szkoły Francuskiej, dla wychowania kleru, a to dzięki pracom M. Olier: duchowości kapłańskiej ześrodkowanej na ofierze Chrystusa i w łączności z Chrystusem w Jego "stanie ofiary", z pewnymi modyfikacjami, w zależności od akcentu położonego na taki czy inny aspekt. Był to, jak wiadomo, prąd duchowy zaznaczający się także w Seminarium Francuskim w Rzymie, pod kierownictwem O. Freyd, dyrektora młodego Leona Dehon w latach 1866 - 1875.

Pierwszym  z biografów O. Condren (zmarły w1642r.) był O. Denis Amelote, jego bardzo umiłowany syn, który wydaje w roku 1643 (dwa lata po śmierci) "Życie O. Karola Condren", które H. Bremond uznaje za wspaniały wzór tego, co nazywamy dziś "życiorysem psychologicznym". (Por. Dict.de Spirit. II,1373: l’Ecole française). O treści tych zapisów między dwoma ludźmi, a nawet co do daty publikacji, można zaufać. A oto doświadczenie jednego z nich w wieku lat dwunastu, tak jak nam zostało przekazane:

"W pewnym momencie znalazł się w duchu otoczony przedziwnym światłem, w blasku którego boski Majestat ukazał mu się tak niezmienny i nieskończony, pż wydawało mu się, że istnieje inny czysty byt, który musu istnieć sam w sobie, a czły wszechświat winien być poświęcony (zniszczony) na jego chwałę". Wydawało mu się, że "jedynie unicestwienie samego siebie  ... byłoby zdolne godnie uczcić boską nieskończoność. Światło to, dawało mu w duszy wrażenir śmierci; oddał się Bogu, by być unicestwiony w Jego obecności i aby nie żyć już nigdy, jak jedynie w duchu umierania" (Amelote, str.38,w J.Galy op. cit.p.147) 

Byłoby oczywiście wiele do mówienia na temat tego tekstu i takiego doświadczenia, wstawiając je w kontekst kulturalny, rodzinny i duchowy małego Karola Condren. Trzebaby też mocno ścieniować dość straszne wrażenie z tego płynące, począwszy od tego, co wiadomo skądinąd o osobowości ludzkiej, o życiu duchowym i o kierownictwie O. Condren,o wiele jaśniejszym i przesyconym miłością, niż zdają się wskazywać te zdania. Dość, że sam O. Condren uważał to przeżycie dziecinne jeżeli nie jako punkt wyjścia, to przynajmniej jako rodzaj tłumaczenia i usprawiedliwienia tego, co można uważać jako jego doktrynę i duchowość ofiary. Przeżywał on ją i rozwijał z pewnego rodzaju nieubłaganą logiką, w sformułowaniach czasem dość przerażającą, począwszy od zasady "Bóg jest Bytem" ze swą wszechwładną  i absolutną władzą nad swymi stworzeniami, bez granic, aż do prawa ich unicestwienia, aż do stwierdzenia, że wszelkie zniszczenie jest sprawowaniem przez Boga swej władzy Boga Stworzyciela, że śmierć jakiegoś bytu, ukazująca jego stan jako stworzenia, jest uwielbieniem transcendentalności Boga i że koniec świata będzie najpełniejszym ukazaniem tego, że jedyny Byt, Bóg, jest wieczny.

 Co więcej, jeśli przymiot Stwórcy daje Bogu władzę niszczenia, to Jego świętość poleca, by tego chciał, a Syn Boży, przychodzący na świat, nawet gdy jeszcze świat był w niewinności Adama, przybył w celu jego zniszczenia.

"Jezus przyszedł przynieść ogień  na ziemię, gdyż on ją spali na końcu wieków, aby ją złożyć w ofierze na chwałę swojego Ojca. Przyszedł na świat, gdyż pragnie zniszczyć co jest ze świata, aż w końcu zniszczy to na drzewie Krzyża. Czyni to już przez kolejną śmierć ludzi, a w końcu złoży w ofierze świat cały, przed sądem ostatecznym. (Cyt. w Galy o.c. pp.151 – 152)

 Stąd konkluzja co do natury ofiary rytualnego zniszczenia i waga przykładana do zniszczenia, w dopełnieniu ofiary. Ofiarowanie, które leżało w centrum doktryny de Berull`a, nie jest niczym dla O. Condren, jak fazą przygotowawczą, intencjonalną. Ofiarowanie przez zniszczenie idące za zmianą, oraz zjednoczenie, jest aktem zasadniczym cnoty religijności, w całej swej wielkości metafizycznej i teologicznej.

W ten sposób więc, według Condren, miłość nie jest pierwszym motywem ofiary Chrystusa:

"Jezus cierpiał w pierwszym rzędzie dla czystej chwały Bożej; w drugim rzędzie dla Jego miłości i dla wynagrodzenia Jego sprawiedliwości za grzeszników, w trzecim rzędzie z miłości" (Cyt. Galy 0.c.p. 204)

A następnie:

"Intencjami Jezusa nie są tu  zbawienie człowieka. Zawierają one w sobie rzecz jasna odkupienie, ale ich pierwszy cel, to oddać cześć Majestatowi Bożemu i wynagrodzić Jego sprawiedliwości"  (Tamże, str.205)

Tak usystematyzowana i doprowadzona do szczytów logiki prezentacja, jest oczywiście paradoksalna, nawet jeśli każde z twierdzeń samo w sobie  ma swe usprawiedliwienie. Nie ma też ono pretensji naświetlać całej rzeczywistości i nauki o doświadczeniu duchownym O. Condren. Trzeba wiedzieć, że dany opis przeżycia duchowego w dzieciństwie, nawet jeśli było odczytywane i  widziane w późniejszym naświetleniu, wysuwa na czoło pewne spojrzenie na Boga, doświadczenie Boga, w którym słowo "miłość" się nie zawiera. Wizja nie pozbawiona jest wielkości, albo raczej cała mieści się w wielkości, niezmierzoności, nieskończoności. Ponad ścisłą logikę, cisną się jednak nieubłagalnie poważne pytania. Czy zniszczyć  stworzenie znaczy prawdziwie uczcić tym Stwórcę? A dalej,  czy  ofiarowanie, za którym idzie przemiana i złączenie, nie jest prawdziwym zniszczeniem?. Zwłaszcza, jeśli motywem Stworzenia jest miłość (a we właściwie pojętej teologii chrześcijańskiej nie może być co innego) jak wytłumaczyć nie tylko tę moc, ale tę konieczną wolę zniszczenia? Jakie pojęcie Boga Stwórcy nakazuje tę teorię ofiary?

Naszym zamiarem nie jest odpowiadanie na te pytania, ani traktowanie o duchowości Szkoły Francuskiej, czy o doktrynie O. Condren, ale jedynie poznać zachodzący  związek między doświadczeniem dziecinnym Boga a życiem samego człowieka, z jego spojrzeniem na Boga, jego odnoszeniem się do Boga i oczywiście do świata. Przykład O. Condren jest w swoim rodzaju krańcowy i  symboliczny. Następny przykład O. Teilharda de Chardin, choć w innym kierunku, też jest podobny.

 O człowieku jakim był O. Teilhard de Chardin, jako o człowieku mądrym, zakonniku, ojcu duchownym, wiele mówiono parę lat temu, a napewno jeszcze nie skończono o nim mówić i pisać. Nie ulega wątpliwości, że poprzez odwoływanie się do Soboru Watykańskiego II przeniknęło coś teilhardowskiego nawet do naszych nowych konstytucji w tym, co dotyczy spojrzenia na temat Chrystusa "Serce ludzkości i świata"(N.9) kontemplacji Serca Chrystusa i orientację całej duchowości oblacji jako "uczestniczenia w budowaniu Ciała Chrystusowego ... na rzecz nadejścia nowej ludzkości w Jezusie Chrystusie". (NN. 38 -39.)Byłby to wspaniały temat poszukiwań i refleksji dla tego, co miałby ciekawość czytania i przeczytania Teilharda.

Zgodnie z naszym programem, dotkniemy tylko tego co nam mówi o swym własnym doświadczeniu dziecinnym, o którym powie, że "całe jego życie było tylko jego rozwinięciem". Przytaczane tu słowa znajdują się w jego listach lub pamiętnikach jako wyjaśnienia czy usprawiedliwienia. "Serce Materii" jest pod tym względem szczególnie znaczące i wzruszające.

"Nie miałem z pewnością więcej jak sześć lub siedem lat, jak czułem się pociągany przez Materię, albo dokładniej przez coś takiego co świeciło w sercu materii. W tym wieku, gdy jak myślę, inne dzieci czują pierwszy pociąg do osoby, czy ku sztukom pięknym albo do pobożności,  ja byłem też uczuciowy,  rozsądny, a nawet pobożny. Można powiedzieć, że to wpływ mojej matki sprawił, że kochałem bardzo "Małego Jezusa". Ale tak po prawdzie moje "ja" było gdzie indziej. By  to dostrzec bez osłony, musiałem się jakiś czas obserwować, wciąż w ukryciu, nie mówiąc ani słowa, nie myśląc nawet o tym , by można było o tym mówić komukolwiek. Oddalałem się do mojej  posiadłości , by w samotności  kontemplować rozkoszną istotę mojego Żelaznego Boga. Tak, mówię prawdę, żelaznego. Widzę jeszcze teraz z wyjątkową ostrością serię moich bożków. Na wsi, był to pewien klucz do pługa, który skrzętnie ukrywałem w rogu podwórza. W mieście, była to sześciokątna główka sworznia jaka wystawała z podłogi dziecięcego pokoju, jaką sobie przywłaszczyłem na stałe. Później były to różne odłamki pocisków, zbierane z upodobaniem na strzelnicy mojego sąsiada. Nie mogę powstrzymać się od śmiechu, gdy dziś myślę o tej dziecinadzie. A jednak czuję się zmuszony przyznać, że równocześnie w tym instynktownym geście, który mnie  skłaniał do do adoracji kawałka metalu, jakaś głębia sensu i szereg wymogów było w tym  nagromadzonych i zawartych tak, że całe me życie duchowne było tylko ich rozwinięciem. (o.c. pp. 25-26)

O. Teilhard wyjaśnia następnie, że to co odkrywał i uwielbiał w tym żelastwie, to Spoistość, Konieczność, Absolut, Pełnia, Natura, w przeciwieństwie do przygodności, cząstkowości i sztuczności, pojęcie Istoty rzeczy, które będzie dla niego zwolna, z doświadczenia za doświadczeniem, główną drogą dojścia do pojęcia Boga.

 Nie sposób nakreślać tu drogę myślową  i życiową uczonego i duchownego. To niezaprzeczalnie od tych kontaktów z istotą świata, całe me życie wewnętrzne wytrysło i urosło, pisał w pewnym liście z dnia 18 sierpnia 1950r. A wiadomo jakie miejsce w jego życiu wewnętrznym zajmowało Serce Jezusa. (por. Deh. 1974, n.7 str.7-25) Nabożeństwo niewątpliwie odziedziczone po matce i swoich czasach, ale które on przemyślał i włączył w swoje własne pojęcie świata, we wspaniałą i pobudzającą wizję, nie tylko dla własnego życia duchowego, ale dla całego świata w jego rozwoju i przemianie z "kosmogenezy" ku  "Chrystogenezie", jeśli przyjąć i użyć jego wyrażeń. (por. w tej sprawie "Le Coeur de La Matiere", III, Le Christique, pp.51-55)

Jakby nie było, to co tu mówimy, to jeszcze związek istotny między doświadczeniem z dzieciństwa, który i w tym przypadku , jak się wydaje, jest na swój sposób prawdziwym doświadczeniem religijnym, i to tym, które stanie się w jego doświadczeniu religijnym jako młodzieńca, wyrazem prawdziwego powołania i posłannictwa. To w kawałku żelaza jest naprawdę Bóg, którego odczuwa jako Absolut, nie jako zewnętrzny i działający, ale jako obecność, którą zwolna odkrywać będzie Teilhard jako obecność żywą i czynną, jaką z radością słyszał będzie głoszoną przez świętego Pawła, Chrystusa, który stał się "wszystkim we wszystkim". Jakiekolwiek byłyby wyrażenia same w sobie, nie można dziś wątpić zgodnie z książką O. de Lubac, o głębi i można tak nazwać prawowierności "myśli religijnej O. Teilharda".

Dla nas najbardziej interesującym jest oczywiście obserwowanie, jakiego to Boga mały Teilhard tak przeżywał. Pozornie to coś podobnego do O. Condren, ale O. Teilhard nie widzi swojej transcendentalności w zniszczeniu, ale w uwielbieniu przez swój rozwój i rozrost, w pełni zależne od swej własnej Konsystencji. Ofiarowanie stworzenia nie dokonuje się przez jego zniszczenie, ale przez uczestnictwo w działalności i dynamizmie czynnej obecności Stwórcy, obecności w miłości Stwórcy i wzroście w miłości. To pod różnymi nazwami zjednoczenie, realizuje się i określa mianem oblacji teilhardowskiej. "Msza święta na świecie" jest najlepszym wyrażeniem poetyckim i mistycznym , o którym całe życie Teilharda świadczy, że nie była to tylko piękna modlitwa.

To co nazywamy oblacją Teilharda, wpisuje się rzeczywiście w mistyczne zjednoczenie, które jest także mistyczną Obecnością, mistycznym Boskim Środkiem, Świętą Obecnością, czy odniesieniem, zjednoczeniem i uczestnictwem; w każdym razie niczym takim, co zawierałoby ucieczkę i bezczynność.

Ofiarowanie O. Teilharda jak wiadomo, znalazło, jeśli tak można powiedzieć, swoje symboliczne poświęcenie po życiu, które wcale nie było wolne od Cierpienia, w jego śmierci, w dniu Zmartwychwstania i dniu Zielonych Świątek 1955r.

 O doświadczeniach z lat dzieciństwa O. Dehona nie mamy niewątpliwie tak charakterystycznych i niezwykłych  przekazów. Lepiej natomiast znamy je z opisów zawartych w jego rozmyślaniach i rekolekcjach jako młodzieńca i dorosłego, z jego ostatnich lat życia, z jego duszy, by tak się wyrazić, odsłoniętej do ostatka w jego Notatkach Codziennych, a zwłaszcza w "ostatnim zeszycie". (por. XLV, 1925, Deh. 1975 n.6). Tam to, jeśli tak można powiedzieć, w tym ostatnim etapie jego drogi i jego rozwoju duchowego, realizuje się synteza w jego modlitwie i w jego życiu, w jego zjednoczeniu z Chrystusem, w Jego ofierze za ludzi, w duchu miłości i wynagrodzenia i dla Królestwa Serca Jezusowego w duszach i społeczeństwach.

 To tam jest końcowy etap, synteza, udoskonalona i uszlachetniona w modlitwie starca, długiej drogi życia jaką wziął ze słów św. Pawła do Tymoteusza (2 Tm. 4,7) "bonum certamen certavi, cursum consummavi, fidem servavi"; walka, bieg i wierność: trzy słowa, jakie rzucają światło na duchowe przeżycie, a nie na eteryczny mistycyzm. W rzeczy samej, od swego wikariatu w Saint Quentin i przez cały ciąg życia, szczególnie w tym, co nazywa swą "zaciętą" walką o demokrację chrześcijańską i katolicką akcję społeczną we Francji" (por. NQ XLV,66 lipiec 1925) O. Dehon walczył i zabiegał, by zachować swą podwójną wierność; łasce i powołaniu. Byłoby to ciekawe studium śledzić go w tej walce i  biegu ku integracji swego życia duchownego w stosunku do Boga i do świata (o ile chce się to słowo rozumieć w sensie życia wewnętrznego), jak też jego apostolatu, jego łaski i jego misji.

Jakkolwiek byłoby w tej sprawie, można przyjąć, że mówiąc o swej "wierności" (fidem servavi) O. Dehon nie myślał jedynie o prawowierności doktrynalnej swej wiary i swego nauczania, ani o poprawności swego postępowania w zachowaniu prawa moralnego, reguły zakonnej, obowiązków Założyciela i przełożonego, ani nawet swej dzielności w "gorącej walce".

Pierwsza  i zasadnicza wierność to ta, którą się ma względem samego siebie. Wyrażenie może wydawać się bardzo mylne, egocentryczne i bardzo nieewangeliczne. Przecież jest napisane: trzeba zaprzeć samego siebie, zgubić swą duszę aby ją ocalić. A jednak, każdy z nas od urodzenia i przez łaskę, ma w sobie coś, czemu winien być wierny, a co wyraża się w nazwie "powołanie", a którym jest wejrzenie Boga na niego. Temu powołaniu w znaczeniu najbardziej szerokim powinien odpowiedzieć wiernością i nie może być mowy o tym, by mu się sprzeciwić, zaniedbać, ale sprzeniewierzyć się temu, co w nas i poza nami przeciwstawiałoby się jego rozwojowi. Jest to powinność płynąca z samej istoty stworzenia. Biblijny język grecki używa ku temu  słowa "opheilein", co więcej niż moralną powinność, oznacza najpierw wymaganie natury czy łaski, któremu należy zadośćuczynić, jako zaciągniętemu długowi, należności. Wierność zatem, zasadza się na tym, by poznawszy otrzymaną łaskę, dochować tej łasce wiary, nią żyć w walkach i wirze życia.

Ostatecznie łaska ta, którą określa i uściśla powołanie, może i napewno powinna być odniesiona do samego przeżycia Boga, które każdy w pewnym momencie swojego życia musi dokonać wcześniej czy później, mniej czy więcej świadomie, pozytywnie czy negatywnie, w tym co dotyczy wyniku. A nawet można by powiedzieć, pewne doświadczenie jakby nieistnienia Boga, albo przynajmniej Jego nieobecność, albo przeczenie Jego istnienia, jest pewnym przeżyciem Boga, doświadczeniem, które warunkuje i to głęboko, odniesienie do świata.   

Niewątpliwie dla O. Dehona, jak dla O. Condren i O. Telhard de Chardin, rozpoznanie jakim było doświadczenie Boga i jaki to Bóg mu objawił, jest także środkiem rozpoznania, jaką winna być i jaką była jego wierność. Dla niego również dziecinne doświadczenie było bardzo znaczące i decydujące, choć tak kruche i ogólnikowe, jak świadectwo jakie mamy od samego O. Dehona. Les NHV są pod tym względem praktycznie jedynym dokumentem, poza być może kilku wspomnieniami podanymi w Notatkach Codziennych. Chodzi tam z całą pewnością o ponowne odczytanie "bardzo dehoniańskiego" i ukierunkowanego już życia, napisanego przez niego samego w świetle końcowego rozwoju, i nie należy porównywać doświadczeń z dzieciństwa u małego Leona Dehona, z refleksjami i nastawieniami Założyciela i Przełożonego jakim był, gdy zaczynał wydawać w swym 43 roku życia swoje "pamiętniki", by się pobudzić, jak się to sam wyraża, do wdzięczności Bogu i do żalu za swe winy. (NQ 3.III. 1886) .

Jakkolwiek by było, przy lekturze stronic na temat jego dzieciństwa, jest się raczej uderzonym obiektywnością , prostotą, można by powiedzieć "suchością" tych opisów. Żadnych wzruszających i lirycznych powiększeń, ale fakty i osądy, dzięki którym dostrzegamy otoczenie, stosunki i pojmujemy ich wpływy. Bogaty tu materiał dla psychologa  czy socjologa. W każdym razie, te stronice (NHV I, 1-12) na temat dzieciństwa w La Capelle, niezwykle bogate w dane obiektywne, nie są tworem czysto literackim, jak to bywa często w podobnych przypadkach.

 Ó  

Pierwsza Komunia święta

 O. Dehon mówi nam o pierwszym przeżyciu religijnym wspominając zwłaszcza osobowość swej matki "o pobożności światłej i mocnej", dobrze uformowanej w szkole Pani Barat: "Wspaniała dusza mej matki, pisze on, przechodziła w ten sposób nieco do mojej .... pragnę podziękować Bogu że mię wtajemniczył  przez nią w miłość swego Boskiego Serca" Pierwsze i małe próby modlitwy w starym kościółku, "który nie miał nic pociągającego, prawie stara i smutna rudera, bez żadnych ozdób" i w pensjonacie La Capelle, zdają się nie mieć nic szczególnie znaczącego. To od swojej matki nauczył się "rano i wieczór", wciąż z dodatkiem "małych modlitewek" zależnie od pobożności, które, jak powiada, "zrodziły się we mnie wraz samym rozumem", a których ślady odnajdzie później, po śmierci swej matki, w małym zeszyciku z postanowieniami, jaki pisał mając około lat 18". (por. NHV I, str. 3-4  i  6-8)

Z tych pierwszych form pobożności i nabożeństw, O. Dehon zachowa coś na całe swe życie. Będzie z przyjemnością  wyliczał święte osobistości nieba i ziemi, jako otoczenie jemu bliskie, podnoszące na duchu,  tak prawdę mówiąc, ślad prostego przeżywania tajemnicy Świętych Obcowania.

Jak tu się dziwić, że O. Dehon  tej dziedzinie zgodny jest ze swoim czasem i że był także i on sam kształtowany by poznać i ukochać "Małego Jezusa". Jego religijność i duchowość poprzez oczyszczenia i wybielanie, jakie w tym względzie przyniosą teologia i przeżyte doświadczenia, zachowała głębokie i owocne zakorzenienie w tej pierwszej formacji. Ta zaś winna być umieszczona w wielkim ruchu religijnym i pobożności, jaka charakteryzowała wiek XIX, a która wyrażała się w nieprzeliczonych małych książeczkach do modlitwy i licznych, a czasem i ciekawych, pamiątkowych obrazkach, ale również i znaczną odnową ducha i nadzwyczajną płodnością w każdej dziedzinie: pastoralnej, misyjnej i społecznej. Nie zaprzeczając braków, a nawet błędów, jakie podnoszono i wytykano później, trzeba przyznać, że bilans końcowy owego wieku, był wielce pozytywny i to pod wielu względami.

Co się tyczy samego O. Dehona, w pełni dojrzałego, on też ma poczucie swego doświadczenia Boga urobione i w pewnym znaczeniu zakorzenione w owym XIX wieku. Ale ta sprawa wymaga pogłębienia i wycieniowania, z zachowaniem wszelkich proporcji.

Pierwsze głębokie przeżycie religijne z tego okresu, jakie młody Leon zachował jako moralista, to jego pierwsza Komunia święta, dzień 4 czerwca 1854r, a więc w wieku lat 11. Wcześniej widzimy go jak modli się ze swą matką i "gra" na Mszy św. w swojej małej kapliczce. Prawdziwym jednak doświadczeniem Boga, to jest jednak jego Komunia święta, w owym dniu Zielonych Swiątek 1854, którą w tym dniu przyjął. Oto jak wspomina o tym w NHV I,9v:

"Wiedziałem, że chodziło o wielką sprawę. Przygotowywałem się do tego i przeżyłem odczucie naprawdę  wielkiej łaski. Ceremonie odnowienia przyrzeczeń chrztu i oddanie się Najświętszej Maryi Pannie, mam jeszcze żywo w pamięci. To ja recytowałem odnowienie przyrzeczeń chrzcielnych. Przypominam sobie mały szczegół owego dnia. Poczciwy Doktor F., przyjaciel naszej rodziny był w domu. Mówione przy mnie i przy nim, że dobrze recytowałem. Dostrzegłem jego badawcze spojrzenie. Obawiał się, bym nie przyciemnił czystości tego tak pięknego dnia jakimś aktem miłości własnej. Odpowiedział, że powinienem był lepiej wymawiać, i że z trybuny, on mnie nie słyszał. Ale ja tego dnia byłem ponad tę pokusę miłości własnej. Nie byłem uczulony na pochwały. Byłem pod bardzo mocnym wrażeniem łaski".

Jak widać, opis nie grzeszy liryczną  rozwlekłością. Wiadomo, że tradycyjnie Pierwsza Komunia to koniecznie musi być najpiękniejszy dzień w życiu, jak jest w podaniach religijnych, jak ilustrują to pamiątkowe obrazki, zarówno z owej epoki, jak to nawet bywa i dzisiaj. Dyskrecja pamiętnikarza jest tu godna uwagi: "wielka sprawa", prosta wzmianka o ceremoniach "jeszcze obecnych w mej wyobraźni". Ciekawe, że nie jest to "zachwyt" komunią, jaką wspomina, ale ceremonie, w które był osobiście zaangażowany: odnowienie przyrzeczeń chrzcielnych, jakie odczytał i oddanie się Matce Bożej. To jest wspomnienie dziecka, które wykonało swą małą rolę i refleksja poczciwego Doktora,  o spojrzeniu badawczym, jakie składają się na wzmocnienie wspomnienia. Jest w tym mała scena pełna humoru i prawdy.

Tym bardziej zauważalna jest refleksja O. Dehona: "Byłem tego dnia ponad tę pokusę miłości własnej. Byłem nieczuły na pochwały", oraz racja tej nieczułości, jaką podaje:"Byłem pod przemożnym wpływem łaski". Wyrażenie jest mocno ogólnikowe, nie daje poznać jakiej natury była ta łaska i to, czego kosztował młody komunikujący. Tu znowuż O. Dehon nie koloryzuje swoich wspomnień, ale ten "wpływ łaski" wspominany dwukrotnie, na początku i na końcu, jest wspomnieniem napewno bardzo głębokim. Tem "wpływ", który stawia dziecko ponad wszelką pokusę miłości własnej, wskazuje na całkowicie coś różnego od egzaltacji, spowodowanej przez święto jako takie, którego on jest ośrodkiem przez śpiewy, światła i ceremonie. Nie przesadzając zasięgu słowa "wpływ" wychodzącego spod pióra O. Dehona, i to po trzydziestu latach przerwy, wydaje się jemu, iż wyraża ono to przeżycie Boga, jakim była dla niego Komunia, jako osobiste dotknięcie łaski, jeśli nie pierwsze osobiste spotkanie ze Zbawicielem, a przynajmniej takim, które go najbardziej uderzyło i pozostawiło mu wspomnienie dość mocne i dość dokładne przeżycie zjednoczenia i złączenia, doświadczenie osobiste stosunku i miłości, jakie w pewnej mierze oderwało go od samego siebie, a sprawiło że żył w Bogu, jak Bóg w nim.

Tego doświadczenia Boga, młody Leon przeżywa w Komunii. Bóg, którego odczuwa, to Jezus w swym sakramencie i to jest całkowicie normalne dla młodego chrześcijanina, katechizowanego pod kątem "Pierwszej Komunii, do której przygotowywał się jak mógł najlepiej. "Miałem dobrą intencję, zrobiłem co mogłem" napisze. A dalej, jego dobra matka dobrze mu w tym pomogła. Krótko, wszystko tłumaczy się psychologicznie, mimo to, jak dotąd, doświadczenie jako takie, nie traci  swego sensu ani swej wagi.

Tu można by wstawić porównanie między O. Teilhard de Chardin i O. Dehonem, nie tyle by uwydatnić doświadczenie samo w sobie, w religijnej świadomości obu mężów, ale ze względu na różnice doświadczeń, począwszy od pierwszego matczynego wychowania, które pozornie w sprawach zasadniczych nie powinno być różne: "Mały Jezus" i  Serce Jezusa u O. Teilharda, Serce Jezusa według Pani Barat u O. Dehona. Ani jeden ani drugi nie zaprzeczają ich pierwszego doświadczenia, ale to oczywiście na inny, dość różny sposób, Jezus ich dzieciństwa włączył się w ich wizję świata i który pokierował ich stosunek do Boga i do świata.

 W każdym razie Bóg przeżywany u małego Leona Dehona, wydaje się byś bliższym temu u małego Piotra Teilharda, niż u Karola de Condren. Sprawa niewątpliwie winna być dokładniej określona i wycieniowana  we wszystkich trzech przypadkach. Przy pierwszym jednak zbliżeniu, można bez przesady scharakteryzować obydwa doświadczenia małego Leona i małego Piotra, przez słowa doświadczenia zjednoczenia i posiadania: "Bóg Żelazny" u drugiego, jako rzeczywistość posiadana i "uwielbiana", z szeregiem wymagań, spośród których  w przyszłości Serce promieniejące Chrystusa stanie się wyrażeniem żywym i dynamicznym; a u pierwszego Chrystus jego Pierwszej Komunii świętej, z którym przeżył doświadczenie miłości i którego czynna obecność poprzez cały ciąg życia, będzie rozpoznawana i przeżywana jako apel i wymaganie miłości. 

By nie powracać więcej do tematu początkowego doświadczenia, zanotujmy, że z tym "bardzo mocnym odczuciem łaski" związane jest wspomnienie zaangażowania.  Tu odnowienie przyrzeczeń chrztu i poświęcenie się Najświętszej Pannie. Wzmianka niewątpliwie tu czysto obiektywna, ale która dla pamiętnikarza i to po refleksji uczynionej na temat swego chrztu, w dniu 24 marca 1843r. ma swoją wymowę:

"Byłem szczęśliwy napisze później, połączyć wspomnienie mego chrztu z Ecce venio Naszego Zbawiciela. .. Ecce venio Serca Jezusowego osłaniało i błogosławiło moje wkroczenie w życie chrześcijańskie. Czyż Nasz Pan, nie  chciał w tym ukazać mi  niewątpliwie przejawu swej Opatrzności odnośnie do mojego aktualnego powołania Kapłana-Żertwy Serca Jezusowego?" (NHV I, 1r-1v)

Zbytecznym mówić, że młody komunikujący nie szedł tak daleko w swej refleksji na temat odnowienia przyrzeczeń chrzcielnych w owym  dniu Zielonych Świąt 1854r. Ale sam w sobie akt tego ponowienia przyrzeczeń, z pewnością jest elementem tego "bardzo mocnego wrażenia łaski", odczuwanego tego dnia jako realne i głębokie doświadczenie zjednoczenia z Chrystusem w Eucharystii;  doświadczeniem,  którego sentymentalne wychwalanie jako dnia przepięknego,  nie oddaje w pełni jego znaczenia, ale który znany jest jako "łaska" zjednoczenia. Doświadczenie Boga, w doświadczeniu Jezusa, żyjącego w duszy. W kontekście "wielkiego działania" jest niewątpliwie Komunia święta, ale również to, co z nią było związane: odnowienie i poświęcenie, jako zobowiązanie na życie.

To ważne jest dla wielu komunikujących po raz pierwszy. To w kontekście samego życia wydarzenie to, ma swoją wagę. Najczęściej wydarzenie jest jakby bez jutra. W przypadku O. Leona, wydarzenie to miało różne następstwa, mocno znaczące rozwój i pogłębienie początkowego przeżycia, według schematu dość podobnego do tego jaki zapisany jest w "Uwagach na temat Historii mojego życia."

Bez  twierdzenia iż doświadczenie Leona Dehona miało jakość i natężenie "mistyczne", można by tu przywołać doświadczenie Małej Teresy Martin z Lisieux z jej własnej pierwszej Komunii świętej, opisane przez nią samą w sposób napewno bardziej dobitny,  z zapałem i wrażliwością. "Przeżycie" małego Leona Dehona było z całą pewnością podobne to tego małej Teresy, która pisze:

"Nie chcę wchodzić w szczegóły; są sprawy, które tracą swój zapach gdy wystawione są na powietrze, są myśli, których nie da się wytłumaczyć językiem ziemskim, by nie utraciły swego sensu wewnętrznego, niebieskiego. Ach! Jakże słodki był pierwszy pocałunek Jezusa, dany mojej duszy. ..!

Był  to pocałunek miłości. Czułam się byś kochaną i ja  mówiłam także: "ja Cię kocham, oddaję Ci się na zawsze". Nie było tam próśb, nie było walk, ofiar; od dawna Jezus i  mała Teresa patrzyli się na siebie i wzajemnie się rozumieli.... W tym dniu nie było to już spojrzenie, ale zlanie, nie było ich dwoje, Teresa zniknęła,.. Jezus pozostał sam, On był Nauczycielem, Królem" (Ms. A. 35r.)

 Ó

Powołanie

To jak wiadomo w Kolegium w Hazebrouck O. Dehon umiejscawia wielki moment swego doświadczenia Boga w swym wieku młodzieńczym.

"NHV" są pod tym względem szczególnie wymowne: blisko czterdzieści stronic poświęconych jest temu okresowi jego życia (1855-1859: NHV I, pp.12v-30v). W okolicznościach i racjach swego wstąpienia do do tego kolegium, O. Dehon widzi rękę Bożą: "To główna mistrzyni mojego życia, pisze. Za to chwalił będę Boga całą wieczność... Wstąpiłem tam 1 października 1855, dzień na zawsze błogosławiony! Otrzymałem tam tyle łask, że nie mogę o tym myśleć, by nie być wzruszony wdzięcznością. Nasz Pan musiał prawdziwie przytulić mię tam do swojego Serca i obsypywać czułością" (cf.pp.12v-13r)

Za jednym zamachem widzimy, że O. Dehon dał swoje tłumaczenie "otrzymanych łask" w sposób bardziej wyraźny, niż to było przy "bardzo mocnym odczuciu łaski" przy swej pierwszej Komunii świętej. Oddawszy szacunek romantyzmowi epoki, należy jednakowoż przyznać, że w katechezie i kazaniach mówiono wówczas więcej o wielkości i sprawiedliwości Bożej, niż o Jego czułości. Oczywiście O. Dehon jako pamiętnikarz, widzi się poprzez to czym się stanie i to, kim zawsze chciał być: Świętym Janem na Sercu Jezusa, jak to tłumaczył nowicjuszom w 1881 (cf. CF V, 35, 59 ...) i wyznał w momencie swej śmierci (cf. NQ XLV, 57:  Dehoniana 1975 n.23, pp. 257 i 304) W każdym razie pozostaje znaczące, że na tym w jego oczach, polegało jego doświadczenie duchowne, jego stosunek z Bogiem podczas tych lat łask.

Tu również, rzecz oczywista, środowisko formacyjne i "formatorzy" odegrali swą rolę. O. Dehon, który stał się socjologiem, wspomina ramę społeczną, "tę poczciwą Flandrię, gdzie obyczaje pozostały prawdziwie chrześcijańskie, gdzie łaska jest tam w sercach, na ustach, w uczynkach" (13v  i 27-28). Kolegium: "życie surowe... reguła męska... studia poważne..."; wielkich mistrzów jakimi byli dla niego M. Dehaene, Dyrektor który był też jego spowiednikiem przez przeciąg czterech lat: "gorący jak człowiek południa, poprawny i poważny jak człowiek północy", a potem M. Boute, "nauczyciel, ale prawdziwy i dobry nauczyciel, w pełnym tego słowa znaczeniu chrześcijanin, mój mądry doradca, opiekun.. poważny, dokładny, metodyczny i prawdziwie wykształcony". O panu Dehaene gdy był już starszym, O. Dehon ułożył kilka wierszy, gdzie można rzeczywiście dostrzec pod poprawnością i powagą człowieka północy, zapał człowieka południa.

"Jezu ukrzyżowany, bądź moim jedynym bogactwem. Niech upodobnienie się do Ciebie będzie moim jedynym staraniem. Niech pragnienie złączenia się z Twoim Krzyżem, zagubić się w Twej czułości będzie dla mojego zranionego serca nieporównanym urokiem" (NHV I, 16v)

"Wydaje mi się, zauważa O. Dehon, że uzyskał on od Boga to, że coś z jego duszy przeszło do mojej". Krótko, to na tę glebę dobrze przygotowaną miały paść "wielkie łaski" tak wymownie wspominane:  "Kolegium, profesor, współuczniowie, obyczaje kraju, prostota życia, poważne studia: potrzeba mi było takiego terenu, by mogło wzróść moje powołanie"(28r)

O takich to pierwszych "kiełkowaniach" wspominają "Uwagi", w zmieniających się jego doświadczeniach duchownych tych lat. Te jeszcze opisuje pod nazwą "wrażeń".

"Byłem zdobyty przez łaskę pierwszych rekolekcji. Podczas mych czterech lat kolegium, mógłbym powiedzieć, że Nasz Pan obsypywał  mię łaskami i obchodził się ze mną z czułością, która przypomina mi jego dobroć dla dzieci palestyńskich... Pierwsze rekolekcje sprawiły na mnie wrażenie niezwykłe... Byłem głęboko wzruszony. Otrzymałem łaski niezwykłe... Nasz Pan dał mi zakosztować ducha modlitwy, ducha czystości, zjednoczenia z Nim. To On wszystkiego dokonał. Jego łaska unosiła mnie i popychała."

Drugi rok kolegium  (1856) rekolekcje dały wrażenie jeszcze bardziej żywe... W Boże Narodzenie, ... podczas nabożeństwa o północy ... otrzymałem jedno z najmocniejszych wrażeń w mym życiu. Nasz Pan nalegał  mocno o pośpieszne oddanie się Jemu. Działanie łaski było tak wyraźne, że na długo pozostawało mi przekonanie, iż od tej daty liczy się moje nawrócenie ..." (25v-26r)

W rzeczywistości, wyjaśnia on nieco dalej, owo "nawrócenie" to "powołanie", jakie w jego oczach się umacniało. Przyznawszy to co się należy sprzyjającemu środowisku, jakim było kolegium-seminarium w Hazebrouck i pomoc P. Dehaene "dzięki  którym  rozpoznał to powołanie" O. Dehon pisze:

"Pierwsze Boże wezwanie było niejasne. Od pierwszych rekolekcji (1855) myślałem czasem o kapłaństwie. Przy drugich (tych z 1856) podjąłem już decyzję. Umocniła się ona w wigilię Bożego Narodzenia.

To co jest zadziwiające, to fakt, że odtąd moja decyzja nie była nigdy poważnie zachwiana. Kryzys trzecich rekolekcji nic temu  nie zaszkodził; pokusy, słabości  mnie nie przerażały. To Nasz Pan, który dał mi tę siłę. Ona nie była wcale naturalną. Łaska działała tak mocno w  mym sercu! Komunia święta i pobożne lektury, wywierały na mnie tak mocne wrażenie."  (28v-29r).

Co do motywów, z perspektywy trzydziestu lat oświadcza:

"Tym co mię pociągało ku powołaniu, to był równocześnie pociąg do zjednoczenia z Naszym Panem, gorliwość o zbawienie dusz i potrzeba obfitych łask do mego zbawienia. Od samego początku myślałem o oddaniu się bez zastrzeżeń. Chciałem być zakonnikiem lub misjonarzem... W chwilach mej wspaniałomyślności wzdychałem ku męczeństwu." (29r)

Nic w tym niewątpliwie  nadzwyczajnego u pobożnego chłopca, który prócz "Podręcznika Serca Jezusowego" swej matki, "Życia duchownego" św. Franciszka Salezego i "O naśladowaniu Chrystusa", czytał "Roczniki Rozkrzewiania Wiary i św. Dziecięctwa". Żywoty świętych poruszały go głęboko, a jak sam to mówi, "Życie św. Alojzego Gonzagi, czytane podczas rekolekcji, miało poważne następstwa" (ibid.)

Skąd pochodzi wspominana tonacja owego "całkowitego oddania", jaka wydaje się charakteryzować jego pierwsze zdecydowanie? Wziąwszy w rachubę wypowiedzi samej redakcji "Uwag" , to aby rozpoznać "Zamiary Naszego Pana, który mię przygotowywał zwolna do mojej misji" (25v). Jest tu być może jakieś uporządkowanie hagiograficzne. Trudno powiedzieć, by sprawy te od początku były całkiem jasne, a we wspomnieniach pamiętnikarza , a przynajmniej w tym co dotyczy powołania ściśle zakonnego, dokonało się niewątpliwie pewne przeniesienie jego późniejszych odkryć, na swoją pierwszą decyzję z roku 1856.

Jakkolwiek by było, wzmianka o "oddaniu bez zastrzeżeń" jest ważna i bardzo prawdopodobna, jak i ta o "sile" więcej niż naturalnej, którą wydaje mu się, iż był obdarzony w tym celu. Ku tym dwom rysom winna iść ocena natury i zasięgu "wrażeń" przeżycia duchowego młodego Leona Dehona.

Bardziej wyraźnie niż to było przy okazji Pierwszej Komunii świętej, za wrażeniem idzie tu zaangażowanie: zdecydowanie, postanowienie, dar.

Samo słowo "wrażenie", prócz sensu psychicznego i technicznego "znaku pozostawionego przez jedną rzecz na drugiej" (zwłaszcza w drukarni), utraciło swój sens przenośny i moralny,  jaki miało w użyciu, np. w wyrażeniu "robić wrażenie" (czyli sensację)" , aż do znaczenia "nieokreślony stan świadomości, raczej dostrzegalnej niż rozumowej", np. w powiedzeniu "mieć czy sprawiać wrażenie" , które na koniec oznacza "mieć czy sprawiać złudzenie". (cf.Dict. Petit-Robert)

To oczywiście ten mocny sens (fizyczno-moralny) należy podtrzymać w tekstach dehoniańskich. Rzeczownik (czy czasownik) jest skądinąd zawsze określany: "wrażenie prawdziwie niezwykłe" (24r) "poruszyć do żywego" (25v i 29r) "silne wrażenie"  (26r)i choćby w tym zdaniu "działanie łaski było tak wyraźne, że pozostawiło mi na długi czas wrażenie, że moje nawrócenie datowało się od tego dnia" -  gdzie słowo "wrażenie" wydaje się być szczególnie znaczące. (cf. Année avec S.C 19 avril. Resolution O.Sp. III 458-459: "Seigneur, ces paroles que vous avez dites (p. 151-17) mimpressionnent profondement ... La est toute ma vie et mon bonneur ...")

Uwaga nasza ma znaczenie jedynie jako ciekawostka filologiczna czy stylistyczna, gdyż jak to jeszcze zobaczymy, jest jeszcze inne "wrażenie" które określi założenie jako takie Zgromadzenia. (cf. NHV XII, 167) W rzeczy samej słowo "wrażenie" to rzeczywistość przeżycia jako takiego, które należy rozciągnąć na to, co psychologia wyraża pod nazwą doświadczenia duchowego, i jaką to nazwę wypracowała niedawno teologia. (cf. między innymi: J. Mouroux, ĽExperience chretienne, coll. Theologie n. 26)

Tymi to "wrażeniami" młody Leon Dehon został obdarowany na życie, jak mały Condren swym wielkim oświeceniem  a mały Teilhard posiadaniem swego "Żelaznego Boga".  

Chciałoby się wiedzieć co to tak żywo działało na O. Dehona ... Pozornie i zważywszy na okoliczności tych wrażeń - rekolekcje, lektury, czy jeszcze wizyta u Trapistów w Chimay, która też, jak powiada "zrobiła na mnie jak i na mym ojcu głębokie wrażenie" (30v). Tym co robi na nim wrażenie, to pewna forma życia jako ideał  moralny i duchowy, który wzbudza jego młodzieńczy entuzjazm i dla którego objawia się ta skłonność czy pociąg, w którym widzi często znak swojego powołania , a dla wierzącego, to rodzaj Bożego wezwania.

To tłumaczenie psychologiczne, nie oddaje wszakże w pełni znaczenia wrażenia jako takiego. Nasz tekst zresztą sprecyzuje to wnet; powołanie, to było konkretnie: Nasz Pan, dusze, zbawienie:

To co mię pociągało w powołaniu, to był  równocześnie pociąg ku zjednoczeniu z Naszym Panem, gorliwość o zbawienie dusz i troska o obfite łaski dla mego zbawienia".

I tu jeszcze refleksja i rzut oka ukazują pamiętnikarza, ubogaconego wzrostem duchowym, a który może on jeszcze powiększać, który wie co to jest gorliwość o zbawienie dusz i który doświadczył swej własnej słabości. Trzy przytoczone motywy odpowiadają również na to, co tworzy ogólną treść rekolekcji i wszelkiej formacji chrześcijańskiej. To byłoby zresztą dobrym kluczem czytania  "Notes Quotidiennes" samego O. Dehona. Ale wolelibyśmy raczej pytać się o to zeszycika, gdzie młody Leon zapisywał wówczas swoje refleksje i postanowienia.

Z trzech przytoczonych motywów (pociąg, gorliwość, troska) drugi wydaje się, jeśli tak można powiedzieć, najbardziej stereotypowy  i najmniej osobisty w sformułowaniu "zbawienie dusz". Wygląda to na formułę wyjętą z katechizmu czy kazania rekolekcyjnego. Nie jakoby to nie odpowiadało prawdzie dla młodego czytelnika Roczników Rozkrzewiania Wiary, ale czy jest to już dla niego wyrażenie tak żywe, tak mocne i tak nadzwyczajne? W każdym razie, wydaje się, że później dla niego wyrażenie "żarliwość o zbawienie dusz" jest skonkretyzowane rzeczowo i mogło być rozpoznawane i przeżywane jako prawdziwy pociąg.

Wyczuwamy, że już bardziej osobiście zaangażowany jest w wyrażeniu "potrzeba obfitych łask" dla swego zbawienia. Tym bardziej, że dopiero co wspominał o pokusach i słabościach swego młodzieńczego kryzysu, o jakim mówił poprzednio. (cf. 26v) Temat "Nie mam jak tylko jedną duszę którą trzeba zbawić", był również uprzywilejowanym tematem kazań, i można wierzyć, że młody Leon był tym poruszony  i  wstrząśnięty.

Co do motywu  "pociąg ku zjednoczeniu z Naszym Panem", to jak widać, w oczach O. Dehona jest tym motywem, który wszystkie inne za sobą pociąga, a zwłaszcza owo "całkowite oddanie", o jakim marzy. Że wyrażenie to zawiera całe późniejsze przeżycie O. Dehona, nie ulega najmniejszej wątpliwości. Ale jest ono i tym, które jak się wydaje, najbardziej dokładnie odpowiada temu, co O. Dehon opisze jako "jedno z najmocniejszych  moich przeżyć", w noc Bożego Narodzenia 1856r. - "Nasz Pan przynaglał mnie mocno do oddania się Jemu" (26r), jak i do pewnego rodzaju zachwytu, którego wspomnienie zachował ze swej Pierwszej Komunii świętej,  (9v) wrażenie dziecięce i młodzieńcze zjednoczenia z Bogiem. Pod wyrażeniem dosyć tradycyjnym, a które stało się oklepanym w literaturze duchownej, kryje się przeżycie głębokie żyjącej obecności i osobistego spotkania, które po trzydziestu latach przerwy , pamiętnikarz przywołuje ze wzruszeniem jako coś znaczącego w jego przeżyciu Boga i objawiającego Boga, którego doświadczył.

Cokolwiek wynikałoby z lektury, w której O. Dehon daje tu poznać przeżycie dziecięce w świetle swojego życia, nie można wątpić, że realne opisy wspomnień są  materiałem i fundamentem do tego opisu. Można powiedzieć przynajmniej, że te wspomnienia dość mocne i dokładne co do przeżycia zjednoczenia i łączności, wykazują, że jego wiara jest czymś więcej niż wyczytaną z katechizmu. On nią żyje jako odniesieniem osobistym, przeżyciem miłości. Z całą wyrazistością chodzi tu  o całkiem coś innego niż "wrażenie śmierci" jakie dokonuje się w duszy małego Karola de Condren "przedziwne światło" w jakim się znalazł mając lat dwanaście. W obu przypadkach słowo "zjednoczenie z Bogiem" ma całkiem inne znaczenia, a w każdym razie nie ma tego samego wydźwięku: "duch śmierci" dla Condren, gdy oddaje się Bogu "by być doprowadzony do unicestwienia" a jakby rodzaj rozweselenia i porywu dla młodego Leona Dehona: "łaska mię unosiła i wspierała".

Całe swe życie będzie tak unoszony i wspierany, nie tyle przez ideał doskonałości jaki ma zrealizować, ale przez ten pociąg ku zjednoczeniu z Naszym Panem, jaki uczyni pod koniec swego życia jedyną zasadą całej doskonałości prawdziwego życia wewnętrznego. (cf. Vie Interieur, I, Ses principes, ses voies diverses et sa pratique; II..facilité par des Exercites spirituels ...).

Z przeżyć dziecinnych O. Dehona widać, że zjednoczenie z Bogiem dla niego to było od początku i będzie zawsze,  zjednoczeniem z Jezusem. To proste spostrzeżenie ma swoją wagę, gdyż ono kieruje starania i poszukiwania, zarówno doktrynalne jak i życiowe, które z małego Leona uczynią człowieka czynu, założyciela zakonnego, promotora Królestwa Serca Jezusowego, misjonarza pragnienia (a faktycznego przez swych zakonników) i apostoła społecznego, promotora sprawiedliwości i miłości dla podniesienia rzesz ludu (cf. Souvenirs XI en LC n. 388). To wszystko przy równoczesnej rywalizacji z uczniem, którego miłował Jezus, jego mistrzem i wzorem z wieczernika i z Kalwarii. To począwszy od "zjednoczenia z Naszym Panem, można będzie zrozumieć i opisać przeżycie religijne O. Dehona, zrozumieć jego spojrzenie na Boga i na świat, wytłumaczyć jego zaangażowanie, sens jego życia, jego powołanie i jego posłannictwo.

Ó

Paryski  Student (1859 - 1864)

Trudno nie doceniać albo minimalizować wagę tego okresu lat pięciu studiów i podróży, w tym, co można uważać za okres formacji samej osobowości O. Dehona. W NHV jest to więcej niż 260 stron, z których większa część to opisy podróży;, ale i te mają swoją wagę.

To co głównie charakteryzuje ten okres, to odkrycie, jakie tu czyni młody Leon Dehon co do świata i ludzi. Zbytecznym mówić, że to zaznaczyło, jeśli  nawet nie zmieniło wyraźnie jego sposobu rozumienia i życia "zjednoczenia z Panem", o którym mówi nam, że odczuwał tak żywy pociąg,  jako ideał swojego powołania.  

Prawdę mówiąc, to  jakby ponowna lektura duchowna swego życia, jaką czyni O. Dehon w tych "Uwagach". Wskazówki czysto "duchowne" są stosunkowo rzadkie i krótkie, tym bardziej, jeśli tak można powiedzieć, perspektywa byłaby apologetycznym rzutem oka wstecz. To widać wyraźnie. Jakkolwiek by było co ocen ogólnie wziętych, jakie daje na ten okres z oddali dwudziestu czy trzydziestu lat, pozostaje nam jak uznać tylko z całym umiarkowaniem bezstronną obiektywność. A oto jego wstępna uwaga do tego okresu:

"Miałem więc spędzić pięć lat w Paryżu. Bałem się tego bardzo. Otrzymałem tam wiele łask. Dokonałem tam dużego rozwoju umysłowego. Nauczyłem się tam poznawać świat nie ulegając w nim zabrudzeniu. Miałem więc nabrać tam smaku do literatury, do sztuk pięknych, do podróży. Nauka prawa miała rozwinąć mój osąd i przygotować mnie do filozofii. To miało być dla mnie źródłem wielu pożytecznych stosunków i znajomości. Paryż to szczyt cywilizacji. Jest dobrą rzeczą go poznać, w nim się rozejrzeć, w nim zamieszkać. Leżało to napewno w Bożych planach co do mnie i jestem za to wdzięczny. Nasz Pan musiał mię zresztą tam wspomagać i podtrzymywać stale swą łaską i przez mych pobożnych  kierowników sumienia"  (NHV I, 31v)

Wiadomo jak doszło do tego "doświadczenia". To w wyniku sprzeciwu ojca na powołanie Leona, mógł młody Leon spożytkować tę okazję na pobyt w Paryżu. Warto odczytać piękną stronicę, jaką O. Dehon pisze w tej sprawie: "marzenia" ojca, "uderzenie pioruna" na deklarację, "walka między nadzieją i obawą", starcie się dwóch "sił", ojcowskiej i synowskiej:

"Odrzucił on (ojciec) mój plan zdecydowanie... odpowiedział, że nie pozwoli mi nigdy na to. Już przy  pierwszym moim zwierzeniu dałem mu do zrozumienia iż  mocno jestem przekonany co do swojego rzeczywistego powołania, któremu pozostanę wierny, choćbym zmuszony był czekać do swojej pełnoletniości , jaka dałaby mi wolność wyboru" (I,31 r)

O. Dehon poświęcił uprzednio dwie pełne strony swoich "Uwag" (I,4v-5v) na ukazanie swojego ojca: jego wychowanie "nie całkowicie chrześcijańskie", duch prawości i dobroci, który charakteryzował całe jego życie, jego stopniowy powrót do Boga, aż do jego śmierci "w akcie czystej miłości Boga".

"W czułym jego przywiązaniu ojcowskim do mnie, winienem był  odczuć wielką pomoc dla mego pełnego rozwoju i wychowania nawet do życia chrześcijańskiego. A jednak musiałem mu się sprzeciwić co do mego powołania. On to odczuł. Nasz Pan to dopuścił, On mię podtrzymał i doprowadził do portu...."

Krótko, zanim umarł jako prawdziwy dehonianin, P. Dehon był opatrznościowym narzędziem "doświadczenia", które było równoznaczne z "próbą" i  drogą do celu.

Opis "Uwag" nie jest pozbawiony pewnej stylizacji, ale trzymając się samych faktów ma w sobie samym znaczenie. Młodzieniec ma wtedy dopiero szesnaście lat, a władza ojcowska w owym czasie była rzeczywistością daleko mocniej afirmowaną, niż to jest obecnie. O. Dehon mówi o "zderzeniu" a słowa którymi określi swoją postawę to: stanowczość, wierność i wolność. Przyszłość ukaże, że nie były to dla niego puste słowa i można wierzyć, że O. Dehon nie kładzie tu nacisku na scenę jaka zaszła, ale wspomina wrażenie tego epizodu, jakie go spotkało ze swym ojcem.

Końcową decyzją tej władzy ojcowskiej było, że będę się przygotowywał na politechnikę. (I, 31 v). W rzeczywistości było to prawo. To spowodowało u młodego Leona pięć lat opóźnienia, ale także, przyznaje on, "wielki rozwój umysłowy,  ... i wiele łask". Mówiąc obiektywnie można uznać, że nie był to okres obojętny w rozwoju jego przeżycia duchowego jako takiego, dla jego odnoszenia się do Boga i dla zrozumienia życia i stosunku do świata.

Pierwszą z tych łask było, trzeba to uznać, że miał jako student warunki wyjątkowo dobre, dające możliwości i łatwość wszechstronnego rozwoju, tak co do studiów jak i rozrywek, podróży i stosunków ... pięć lat studiów bez żadnej troski finansowej, prawdziwa niezależność w zorganizowaniu sobie swego życia i swego czasu, pieniądze konieczne każdego roku na wielkie podróże (Anglia w 1861 i 1862, Niemcy-Skandynawia-Austria w1863 i na krócej Belgia i Holandia w 1864) A w samym Paryżu, przeszukiwanym metodycznie z przyjacielem Palustrem, rama geograficzna tych lat formacji  nie jest ograniczona  do małego środowiska pierwszych doświadczeń w La Capelle i Hazebrouck. "Nauczyłem się poznawać świat", zaznacza. Słowo to winno być brane w swym podwójnym znaczeniu, geograficznym i  społecznym.

W tym drugim znaczeniu "świat" to literatura, sztuki   piękne, pożyteczne towarzystwa i znajomości. To co naprawdę uderza w stronicach "Uwag", to różnorodność ośrodków zainteresowania: prawo, literatura, sztuki, wiedza, problemy społeczne i polityczne, stosunki ludzkie...,wyostrzone spojrzenie na świat, dojrzałość i pewność osądów.

I tu również z całą pewnością trzeba uwzględnić doświadczenie późniejsze pamiętnikarza, kapłana i człowieka dzieł społecznych, jakim się stał, a który odczytuje swe uwagi i odtwarza wspomnienia w świetle swych nastawień i  zobowiązań z czasu redakcji samych "Uwag". W trym znaczeniu, być może, jest tu mniej młodym człowiekiem z lat 1859-1865, jak go nam dają poznać "Uwagi", ale człowiekiem dojrzałym po roku 1886 (początek wydawania: 3 marzec 1886, cf NQ III, 10). Dla poznania intelektualnego i moralnego O. Dehona, wszystko to ma oczywiście wielką wagę, ale i tu także, chciałoby się mieć jakiś dokument bardziej bezpośredni (dziennik czy korespondencję), by dały punkt doświadczenia rzeczywiście i świadomie przeżyty.

Wolelibyśmy także, by ukazał nam szerzej i dokładniej te lata w Paryżu, które wyznaczyły pewien zwrot w systemie, politykę i praktykę Drugiego Cesarstwa. Po "pięknych latach"  (1852-1861) absolutyzmu i represji  (od 1858) upadek, próba cesarstwa liberalnego i schyłek, który doprowadzi do rozprzężenia i zawalenia się w 1870. Nie ukazuje się u "Uwagach" żaden odnośnik do systemu politycznego, do ruchów, jakie poruszały opinię i zaprzątały władzę, do przedsięwzięć wewnątrz i na zewnątrz, do rozwoju ekonomicznego i przemysłowego , problemów i ruchów społecznych, ruchów ideologicznych, do literatury i sztuk, do tego dokładnie, co według jego określenia tworzyło z Paryża "szczyt cywilizacji".

A przecież, jak wyobrazić sobie by nie był zainteresowany, on prawnik, sytuacją prawną i faktyczną, jaka była wówczas w cesarstwie? W klubie przegląda dzienniki i czasopisma, uczestniczy w konferencjach o literaturze i prawie, bierze udział w ruchu politycznym, literackim i religijnym..., a wielka kwestia liberalizmu katolickiego, zaczyna dla niego stawać się problemem. (I, 41v) Widzimy go również jak w Konferencji Św. Wincentego a Paulo zawiera kontakt ze światem biedy. W końcu widzimy go, jak bierze lekcje gry na pianinie i malarstwa, ale, jak sam zaznacza, "nie byłem nigdy artystą".  (I,43) Z Leonem Palustrem oprócz archeologii i historii sztuki czyta wiele.. On, który jak mówi, "prawie nic do tego czasu nie czytał z literatury i filozofii .., zaczyna wertować klasyków i współczesnych" (II,2v)

Jak widać chodzi tam o opis bardzo ogólnikowy, ważny dla wszystkich epok i wszelkich sytuacji, bez żadnego odniesienia, za wyjątkiem liberalizmu katolickiego, w kontekście historycznym i społecznym: "To wszystko, zauważa, jest zdolne powiększyć duszę i poszerzyć horyzonty" (I, 35v); ale wolelibyśmy widzieć bardziej uściślone co przedstawia owo "to wszystko" dla niego w tych latach 1859 - 1865)

Leon Dehon jest niewątpliwie o wiele młodszym i nieco skłonnym do wychylania się z pociągu regularnego życia szkolnego, jakie jest ustalone. W tym sensie "Uwagi" w samym swym milczeniu mają swoją obiektywność. Można jedynie żałować, że O. Dehon, tak obeznany i zainteresowany kontekstem społecznym i historycznym swojej działalności, nie uściślił bardziej w swym opisie tego co dotyczy "świata", nawet w swojej formacji i w swoim rozwoju w tych pięciu latach.. Jakkolwiek by nie było, pozostaje faktem, że jego pierwsze i realne zapoznanie się ze "światem", O. Dehon przeżył w Paryżu, podczas Drugiego Cesarstwa. Bez woli powiększania wagi tego studium, można myśleć, że prawdziwa znajomość Paryża tej epoki, pozwoliłaby lepiej jeszcze zrozumieć, jakim był jego rozwój jako człowieka i kapłana, jakim on został.

Pod względem umysłowym i kulturalnym rozwój ten napewno był ogromny, nie bez pewnego eklektycyzmu i być może amatorstwa. Wydaje się, że to nie w jakiejś specjalizacji umysłowej czy artystycznej trzeba poszukiwać osobowości O. Dehona.

Prawo samo w sobie, przedmiot jego metodycznych studiów w tej epoce, nie budziło u niego specjalnego entuzjazmu. "Prawo nie podobało mi się samo w sobie", zaznacza (II, 18r), ale to dla niego tylko "przejściem" (I, 39). Biorący studia na poważnie, uczęszcza na kursy dość regularnie i przechodzi każdego roku przewidziane egzaminy, aż do doktoratu. "Studium prawa, ma swoje małe boki, notuje, ale brane w całości, bardzo sprzyja w rozwoju ducha, wprowadzając w wielkie zagadnienia, jak choćby to, o osobowości i pawie cywilnym, rodzinnym, własnościowym" (cf. I,39-40). Będzie winszował sobie później tego, że Opatrzność Boża sprawiła, iż przeszedł studium prawa.  (I,40) Stronice jakie poświęca swym studiom prawniczym w swych "Uwagach", są w każdym razie pełne drobnych szczegółów i ciekawych uwag, odnośników do obyczajów, osądów i obserwacji, które pozwalają dostrzegać korzyść, jaką O. Dehon wyciągnął z tych studiów. Prawnikiem  pozostanie on bez ekscesów w swym zarządzaniu, z korzyścią także dla swej akcji społecznej.

Ale to nie rozwój sam w sobie jego doświadczenia duchowego przyciąga uwagę redaktora "Uwag", a z całą pewnością i naszą. W tej dziedzinie weźmy pod uwagę zdanie zanotowane w tych "Uwagach". Relacja jest oczywiście o wiele dokładniejsza, udokumentowana, ułożona wewnętrznie.

Młody Dehon ma zatem lat 16 -21, jest w Paryżu, na warunkach wolnego słuchacza, przeżywać będzie swą drugą młodość, która winna go doprowadzić do pełnoletniości, by iść za tym rzeczywistym powołaniem, o którym rozmawiał kiedyś ze swym ojcem.

Kryzys jego pierwszej młodości w Hazebrouck, minął w środowisku bardzo sprzyjającym. (cf.I,26) O. Dehon wyznaje, że nie obyło się to bez walk i słabości, tym bardziej bez zmniejszenia odwagi. Młodzieniec uciekł się tam do ascezy Ojców pustyni: "moje pobożne praktyki umartwienia dość  surowe" (po prawdzie trudne do pojęcia nawet w samym kolegium!), czasowy ślub czystości ... Jakkolwiek by było, uwzględniając otoczenie, ryzyko zostało wolne od poważniejszego zboczenia.

Inaczej w tej dziedzinie było w Paryżu. Tam również kryzys jest krótko wspomniany,: "walki wewnętrzne" i "ostre napady zmysłów" (I,60r), ryzyko niebezpiecznych odwiedzin (63), roztargnienia i pokusy, jakie łatwo zrozumieć wobec młodzieńca otwartego, wolnego i bogatego.. Ale to również człowiek z charakterem, już solidnie uformowany, odznaczający się stałością i wiernością. Nałożony sobie styl życia, jaki nam opisuje z wielką obiektywnością, zdaje się też mu w tym służy  pomocą: "Nasz Pan ustrzegł mię i zachował", kończy.(60)

Zanotujmy to, co w opisie O. Dehona z tych lat wydaje się nam jako najbardziej znaczące dla jego wzrostu jego doświadczenia wiary.

Najpierw to co nazywa on "zadośćuczynieniem" (I,32v). Słowo samo z siebie wiele mówi o osądzie moralnym i postawie obrony i zabezpieczenia. Pobożne nawyki z kolegium, zorganizowanie i regularność życia, z uczestniczeniem prawie codziennym we Mszy świętej, tygodniowa spowiedź, przynależność do Koła Katolickiego i stowarzyszenia należącego do Konferencji Św. Wincentego a Paulo, były "niezbędnymi środkami wytrwania i postępu", orężem duchowym, który winien osłaniać i utwierdzać jego wierność.

Zauważmy mimochodem, iż odpowiada to trzeciemu motywowi, jaki dawał swojemu powołaniu: "potrzebie obfitych łask dla mego zbawienia", a odnajdziemy to nastawienie na nieco innej płaszczyźnie i w sposób bardziej wysubtelniony odnośnie do swych poszukiwań życia zakonnego w latach 1871 - 1877, mianowicie jako lekarstwo i wynagrodzenie na rozproszenia życia czynnego, możliwość osłaniającej regularności dla tego "zjednoczenia z Naszym Panem" ku któremu doświadczył pociągu. Takim w każdym razie był wniosek z rekolekcji jego wyboru, jakie odprawił  w 1876r. (cf. St. Deh. n. 9 chap.V i NHV XI, 178 - XII,3). Wówczas, jak się wydaje, życie zakonne wydawało mu się jeśli nie uwolnieniem, to przynajmniej jako osłoną czy "wyrównaniem"

Byłoby z pewnością rzeczą śmieszną dziwić się, a jeszcze więcej czynić zarzuty katechezie epoki , co do formacji otrzymanej w Hazebrouck, pod kierunkiem gorliwego, poprawnego i szacownego P. Dehaene, czy "Naśladowaniu Chrystusa", o którym O, Dehon mówi, że "przenikało go i dosięgało go do żywego" (cf. I,14 i 24v). Formacja duchowa, gdzie życie wewnętrzne winno być chronione przed atakami świata i zła przez zaporę "ćwiczeń" i ascezę mniej lub więcej surową, znajdujemy to oczywiście w życiu i nauczaniu O. Dehona. To było zbawiennym dla równowagi ducha , a nawet dla jego doświadczenia wiary, w jego życiu duchownym. Przy przesadzie w pewnym jednostronnym przedstawianiu surowości i zboczenia, jakie często podkreślano w duchowości "ucieczki od świata" i dziwactwa ascetyczne, nie można zapominać, że w sytuacji samego człowieka i świata, oraz człowieka w świecie, istnieje konieczność stałej i poważnej ascezy. Najgorliwsi głosiciele duchowości łączności ze światem, sami to podkreślali. Tak czynił Teilhard de Chardin w "Boski środek" , gdy mówi o tym, co nazywa oderwaniem przez działalność" i "ubóstwieniem bierności".

Jakkolwiek by było, nie wchodząc tu w dyskusję, często tylko polemiczną, w której asceza jest czasem żerem, O. Dehon mówiąc o "zadośćuczynieniu" nie daje żadnego ujemnego osądu na temat tego co ma być "zadośćuczynione". Wystarczy przeczytać to, co pisze on o "wspomnieniu czystym i radosnym" jakie zachował ze swego życia jako student (I, 37r - 39r).

Osądza on w sposób pewny, czasem zbyt surowo i bez drobiazgowości, ale nie omawia sobie słuszności. Umie patrzeć,  podziwiać i smakować, we wszystkim czuwając dyskretnie nad sobą. Biorąc pod uwagę opinię nawet z "Uwag", - ku zbudowaniu i wychowaniu, - jest tam kilka wspomnień które ukazują go jako człowieka zdrowego, który umie żyć i kocha życie. "Słodycz pokoiku w zaciszu, między książkami, przy zimowym kominku, w skromnym stroju studenta", spacery i powroty, spojrzenia zarazem ciekawe i opanowane na sklepiki i uliczne widowiska, przechadzki w dzień słoneczny w ogrodzie Luksemburskim. "To co widziałem, pomagało mi raczej do poszerzenia mojej duszy i wzniesienia jej ku Bogu. Oglądanie czegoś dobrego powiększa dusza", notuje. Oto refleksja pamiętnikarza i pedagoga, ale również "wspomnienie czyste i radosne". Byłoby interesującym zrobienie analizy psycho-filologicznej tych czterech stron. Młodzieniec, jakiego wspomina w ten sposób O. Dehon, nie ma nic z ponurego patrzenia w swą duszę.

Jeszcze bardziej znaczące jest to, co mówi nam o swoich "stosunkach". Oprócz pięknego portretu swego pierwszego spowiednika biskupa Prevel (I, 34r - 35r), a następnie o drugim biskupie Foulhouze (I,59v-60r) cały mały światek ukazywany jest na stronicach NHV. Młodzieńcy z Koła Katolickiego, a więc najpierw sama elita, wszystkie nadzieje i jakby same kwiaty młodości, ci wierzący, ci ze szlachty, ci z inteligencji, ale też członkowie Konferencji św. Wincentego A Paulo i biedacy z dzielnicy Mouffetard. Nawet pewien światek artystyczny, zresztą dość poprawny. Jego brat Henryk prowadzi go czasem na kursy i na "wybrane sztuki teatralne". Składa wizytę biskupowi Pupanloup i O. Gratry (I,60-61), uczęszcza na kursy studenckie i zawiązuje kontakt z kilkoma spośród nich (I,62 - 63) Jest nawet uprzywilejowanym gościem zapraszanym na wieczorki whist poczciwego ks. Poisson, co do którego daje wycieniowany portret, w sumie całkiem sympatyczny (61v). Krótko, pewnej otwartości i formacji świeckiej, nie brakowało młodemu i pobożnemu Leonowi Dehonowi.

Dwie krótkie wzmianki uczynione są też na temat pewnego zaangażowania czysto apostolskiego: do katechizacji dorosłych, zorganizowanej przez ks. Prevel w Saint - Sulpice i w Notre-Dame-des-Champs, oraz w Konferencji Św. Wincentego a Paulo, w Saint-Nicolas-du-Chardonnet. "można tam znaleźć, pisze on, prawdziwego ducha ewangelicznego..." Zauważa, że tam miał przeprowadzić pierwsze swe doświadczenie w "kwestii społecznej" pośród złorzeczeń i gróźb pewnej pracownicy z dzielnicy Mouffetard (I,36v). Przypomina to krzyk młodego "komunarda" na Alberta de Mun w 1871 a co powtórzyło się w Kołach Katolickich pracowników. Z ulicy Mouffetard  w 1860 do nędznych mieszkań w Saint-Quentin w 1871 - 1877, od Konferencji Św. Wincentego a Paulo do Kongresów społecznych, zachodzi ciągłość, godna uwagi. To nie jest sprawa tylko Leona Dehona, ale jego tam nie brak. Wyrażenie stereotypowe "gorliwość o zbawienie dusz" , z jakim spotkaliśmy się mówiąc o doświadczeniu Hazebrouck, nabiera zwolna w Paryżu treści konkretnej i bardziej osobistej: oblicza dzieci czy dorosłych, których katechizuje, ubodzy, których odwiedza, "dusze proste i skupione na porannej Mszy św. w Saint-Sulpice" a nadto ci ludzie uważni i wzruszeni, którzy na nim robili tak wielkie wrażenie na konferencjach O. Feliksa w Notre - Dame:

"Znajdywałem w tym wielką radość i prawdziwą łaskę, pisze. To wielkie audytorium ludzi uważnych i prawdziwie wzruszonych, ta demonstracja ludzi o szerokich horyzontach i szlachetnych,  to wszystko mnie wzruszało. Moja wiara się utwierdzała. Byłem szczęśliwy że należę do wielkiego narodu chrześcijańskiego. Jest w tym zresztą jakby dreszcz wiary i miłości Kościoła, który udziela się duszom" (I, 33v-34r)

Zauważyliśmy to przy słowie "robić wrażenie", że pod piórem O. Dehona na ogół słowo to wyraża coś znaczącego. Zważywszy na retrospektywne wzruszenie pamiętnikarza, jest tam pewna nowa nuta. Szczęście "przynależenia do wielkiego narodu chrześcijańskiego" i  "miłość Kościoła" ,to jakby rodzaj odkrycia równoważącego i uzupełniającego "pociągu do zjednoczenia z Naszym Panem" i "potrzeby łask" dla swego zbawienia, które w Hazebrouck charakteryzowały jego doświadczenie religijne. "Gorliwość o zbawienie dusz" staje się "miłością Kościoła" i "wielkiego ludu chrześcijańskiego, który go tworzy.  Trzeba przyznać że "wrażenie" tak wspominane nie ma nic pospolitego. Jest to wrażenie, które zachowawszy wszystkie należne proporcje, tak jak to w Hazebrouck w 1856, a później w Saint-Quentin w 1877, naznaczyło i ukierunkowało jego życie.

Pozostają "podróże", które od 1859 - 1865 zajmują ponad osiemnaście miesięcy i które tworzą, nie tylko chronologicznie ale psychicznie, element szczególnie ważny w rozwoju umysłowym i  duchowym młodego studenta. Otwarcie na świat, wielki rozwój umysłowy, poszerzenie wiary, znaczenie Kościoła i ludu chrześcijańskiego w jego różnorodności a także i specyfice, ku temu "podróże" przyczyniły się w dużym stopniu i zasługują na szczególną uwagę, jaką, jak to zobaczymy, O. Dehon przyznaje w "pamiętniku". Będzie ich wiele innych w toku życia O. Dehona, ale tym, z czasu jego młodości, gdy był wolny od wszelkich zajęć bezpośrednio użytecznych, jak i od odpowiedzialności, są niewątpliwie znaczące i ważne z punktu widzenia naszych poszukiwań i naszej refleksji. Bardziej jeszcze niż w Paryżu, gdzie pewne ramy życia i studiów podtrzymywały go i strzegły, młody Leon Dehon w podróży musiał żyć  swą wiarą i wiernością, by tak się wyrazić, w sposób wolny, według rytmu swej własnej duchowej spontaniczności. To właśnie będziemy próbowali dostrzegać,

Ó

Podróżnik  (1859 - 1865)

W długim rozważaniu wspomnień jakie stanowią NHV, szczególnie dla okresu paryskiego, uwagi o podróżach zajmują miejsce wyjątkowo ważne: blisko 500 stronic na 602, jakie mówią o latach 1859 - 1865, aż do wstąpienia do Seminarium w Rzymie.

"Notatki Codzienne" z kolei, jak to wiemy, poświęcają wiele miejsca na uwagi z podróży: około 3000 stron, na 7002. O. Dehon na koniec roku 1894 sam sporządza 557 stron opisów podróży:

"Tego roku i w  następne, dużo opisuję swoje podróże, one zapełniają moje zeszyty..."

i usprawiedliwia się z tego dodając, że chce dostarczyć te opisy do redakcji przeglądu, a opisy te stanowią dla mnie poważne wsparcie" (finansowe). (NQ X,154; cf  St.Deh. n.14 pp.5-6)

Czy to wyjaśnienie ważne jest dla redakcji NHV?  Co do podróży tego okresu, dysponował on już faktycznie zeszytami  z notatkami bardzo szczegółowymi, sporządzonymi przez Leona Palustra i przez siebie samego o podróży z 1863 do Niemiec i Skandynawii i o podróży  z lat 1864 - 1865 na Wschód. 463 strony o pierwszej i 1045 stron odnośnie drugiej podróży. ( W Archiwach Dehoniańskich: B. 13/1a-b i B.13/2a-g.) Dla redakcji przeglądu mógł stamtąd czerpać obficie. Z całą zatem oczywistością z innych racji zabiera się do odtworzenia w pamięci swych podróży w redakcji "Uwag", a to "celem pobudzenia się do wdzięczności względem Naszego Pana i do żalu za swe winy" (NQ III,10: 3 marzec 1886)

Podróże były dla niego łaską, a z tego samego tytułu i spotkania, oraz ważnym składnikiem jego formacji i doświadczenia duchowego. Zanotuje to w roku 1925, na kilka miesięcy przed swą śmiercią, jakby usprawiedliwiając się, choć bez większego przekonania, ze swych licznych podróży:

"Wiele podróżowałem, być może nawet z pewną przesadą; miałem jednakowoż zawsze na oku własne dokształcenie, powiększenie mych  wiadomości estetycznych, geograficznych, historycznych i wzmocnić moją wiarę stwierdzając głupotę zabobonów pogańskich, zboczenia (odchylenia) protestantów i zimny charakter ich kultu..." (NQ XLV, 48)

Jakkolwiek tłumaczenie to z punktu widzenia apologetycznego jest może zbyt pobieżne i urywkowe, myśl jednak niewątpliwie odpowiednia dla scharakteryzowania redakcji i opisu w "NHV". Na podłożu oryginalnych spostrzeżeń, dobrze wyważonych, a to wydaje się   celem nadania jej charakteru "pedagogicznego", lektura duchowna i kulturalna jaką tam znajdujemy, daje nam odczuć korzyść, jaką wyciągnął on z tych podróży dla swojej formacji i duchowego przeżycia, jak i dla umocnienia swej wiary.

To, że O. Dehon lubił podróżować to oczywiste. Ze swych wspomnień dziecinnych, przywołuje podróż do Paryża w sierpniu 1855r, na Światową Wystawę. Zostawia nam o tym jedynie krótki fragment, gdzie chwytamy na żywo zamysł i metodę pisarza, by włączyć  ten rodzaj doświadczenia w jego własny rozwój:

"Ta podróż pozostawiła mi niewiele wspomnień. Mało owocu przyniosła dla mojej duszy, poszerzyła jednakowoż nieco horyzont mych małych znajomości.... Podróż ta, była jakby dużą lekcją o sprawach materialnych. Mogło mi to posłużyć ku temu, by mieć większe i bardziej właściwe pojęcie o Bogu, człowieku i o naturze. Będąc dzieckiem widziałem wszystko po dziecinnemu ... dyliżans  ....  kolej żelazną, ... kilka budowli. Wystawa mię olśniła ... wodospady Wersalu, galeria królowej angielskiej, sztukmistrz Robert Houdin, ogród botaniczny. Moja dusza odczuwała inne potrzeby, których zaspokojenie znalazła na szczęście w nieco późniejszym czasie". (NHV, I,10r-v)

I jeszcze o następnych wakacjach z roku 1861 Ardeny  z małym cypelkiem  aż do Kolonii taka mała uwaga "pedagogiczna":

 "Przechodziłem od podziwu do podziwu, obserwowałem, notowałem, zaprawiałem się do mego życia wędrowca. Wszystko zostało wciągnięte do mego zeszytu." (I, 29)

Do wielkich podróży z lat 1861 do 1865 z postawy dziecięcej już wyrósł, ale jego zdolność do podziwu nie zmalała, ani tym bardziej, jak zobaczymy, nawyk do zapisywania tysięcy stron, które niezmordowanie będzie przepisywał i poprawiał na czysto.

Ó

Anglia - Irlandia (1861 - 1862)

Pierwsza podróż, a raczej pobyt pobyt w Anglii (kwiecień - czerwiec 1861), miał raczej na względzie stronę praktyczną i szkolną, nauczyć się języka angielskiego. Leon Dehon pojechał ze swym małym kuzynem i stał się jakby "Anglikiem i członkiem rodziny angielskiej na trzy miesiące" u zacnej "Pani Harley, szanowanej matki rodziny, dobrej chrześcijanki, mającej swój autorytet, a dom swój prowadzącej w sposób wielce budujący"

Nie mamy niestety żadnego bezpośredniego dokumentu z tego okresu. Redaktor pisze z pamięci, dlatego widać że jest to opis ostrożny, uporządkowany i dosyć udokumentowany, zasługujący na przeczytanie. Oczywiście jakieś listy do rodziny czy inna korespondencja, powiedziałaby nam napewno więcej na temat samego młodzieńca. Opis NHVma coś o jego życiu bardzo regularnym i pracowitym, przerywanym kilkoma wizytami ; Westminster, Parlament, Wieża Londyńska, Śródmieście i doki, Brytyjskie Muzeum i Galeria Narodowa, oraz kilka wycieczek. do Windsor, Richmond i Pałac Kryształowy. (cf. NHV I, 43v-57v)Perspektywa apologetyczna i dydaktyczna redaktora, jest tu widoczna. Uważny na "rysy obyczajowe", - na sławną niedzielę angielską, na zwyczaje i tradycje, , prawa, przepisy, swobody, prasę, miejsca spacerowe i obfitość reklamy.  O. Dehon zbiera w tych stronicach swoje obserwacje "socjologiczne", to co charakteryzuje społeczność w jej konkretnej i żywotnej rzeczywistości. Wszystko to nie było z pewnością takie dokładne i uszeregowane w jego umyśle w roku 1861, ale możemy wierzyć w to gdy zauważa:

"Co do mnie, to wyciągnąłem wielką korzyść z życia przez trzy miesiące pośród tego ludu religijnego, po  ważnego, pracowitego, zachowującego swoje prawa i zwyczaje" (49v).

 I jeszcze końcowa uwaga ze swego pobytu w Londynie:

"Uważam to za wielką łaskę daną mi przez Opatrzność. Dla ukształtowania mojego charakteru i umocnienia mojej wiary, było pożyteczne, że mogłem podziwiać dowoli poważne obyczaje tego narodu i tego ludu, oraz królestwo religii w życiu społecznym" (58r) .

Zapamiętajmy tę ostatnią uwagę, która w oczach O. Dehona streszcza główną korzyść jaką wyciągnął z pobytu w Anglii, jak również cały zespół podróży tego okresu jego życia: formacja charakteru, wzmocnienie wiary, otwartość na ludzką i społeczną rzeczywistość w jej stosunku do religii. Wyrażenie "Królestwo religii w życiu społecznym" jest na swoisty sposób "programatyczne". Nie jest ono z pewnością to z roku 1861 i zapowiada człowieka z przeglądu "Królestwo Serca Jezusowego w duszach i społeczeństwach" (1889) oraz "Wskazań Papieskich" (1897) Uznając w tym dla siebie "Wielką łaskę Opatrzności" O. Dehon włącza jasno ten pobyt w swoje doświadczenie czysto duchowe z tym, co będzie także jego łaską i posłannictwem.

Druga podróż do Anglii (kwiecień - lipiec 1862), także ze swym kuzynem "by studiować język", był o wiele więcej urozmaicony od pierwszego. "Pobyt" w rzeczywistości stanie się prawdziwą wyprawą, na jaką zaciągnie go wraz z "O. Poisson, Leon Palustre, spotkany w Westminster. Pojechaliśmy więc we czterech (bo i kuzyn) by przebiegać Anglię, Szkocję i Irlandię". Sześćdziesiąt stron "Uwag" (NHV I, 62r-92r) poświęcone jest tej sprawie. Opis dosyć barwny, ułożony., Sam tak nam mówi  o tym: "Nie czyniłem codziennych uwag podczas tej podróży, zresztą bardzo szybkiej. Moje wspomnienia są dosyć żywe, bym mógł je powtórzyć w tym miejscu. (66r)

Prawdę mówiąc są one dość ścisłe i obfite, więc dają podejrzenie, że opierają się na jakimś przewodniku turystycznym. Przyjaciel Palustre z pewnością tym razem sporządził wiele uwag, ale O. Dehon zdaje się,  nie dysponował nimi do swojej redakcji.

Opis zatem dany w "Uwagach" jest tu czystą kompozycją, która z pewnością ma wartość dokumentalną, dotyczącą wspomnień O. Dehona i w swoisty sposób przywołuje je po roku 1886. Opis jest w ten sposób usłany wykrzyknikami na temat zgubnych skutków herezji, postępu katolicyzmu, a tu i tam, krótkimi refleksjami na temat "cudów porządku naturalnego, które wznoszą duszę ku Stworzycielowi" (65), na temat "spraw, które w tym urzekającym kraju (Szkocji) mówią o Bogu i wznoszą duszę ku Bogu", "o cudach natury, które lepiej przemawiają  do duszy, niż budowle wzniesione ręką ludzką, gdyż są one bardziej bezpośrednio dziełem Stwórcy" (82).

Uwagi kaznodziei czy katechisty nie mają nic oryginalnego, ilustrują wszakże z dużym prawdopodobieństwem owo "wzmocnienie jego wiary", o którym wspominał poprzednio.

Opis jako taki, nie jest pozbawiony zaciekawienia, a szczególniej wyprawa na Hebrydy, dokonana nieco na sposób młodzików nieroztropnych" (81r -83v). Jest też wspominana bieda irlandzka, co do której słychać głos oburzenia człowieka- społecznika, uważnego na rzeczywistości społeczne i polityczne swoich czasów. Przeprawa przez Irlandię była bardzo szybka. Przysłówek "bardzo szybko" powtarza się trzykrotnie, między każdym z trzech krótkich etapów irlandzkich. Ten pośpiech jest wspomnieniem napewno autentycznym. Nic o wyprawie jako naukowej, zatem opis jest "Le Play". Jednakowoż notuje O. Dehon, "mogliśmy ocenić biedę zamieszkałej ludności". Stąd te cztery wymowne stronice i refleksja na temat "systemu sprzeciwu i akcja moralna lepiej niż akcja rewolucyjna". (88)

Wielkich miast przemysłowych Anglii nie zwiedzał, jak tylko przejazdem, albo widząc je z daleka, "czarne, brudne, zasłonięte mgłą i dymem, bez nieba i bez światła ... o wielkim bogactwie ale też i wielkiej biedzie"; miasta, które bez tradycyjnej religijności mas, stałyby się wkrótce piekłem".  (68) Problem biedy u jutrzenki ery przemysłowej w Anglii, jest tu ukazywany począwszy od prostego wrażenia zwłaszcza estetycznego: "Wielkie miasta przemysłowe , z których szczyci się Anglia, mnie nie olśniły". To oczywiście zbyt mało, lecz w tym niewątpliwie O. Dehon jest prawdziwie wierny swoim wspomnieniom. Refleksja na temat religii  jest tu wspomniana, chociaż w całkiem innym sensie, tym samego Marksa jako "opium dla ludzi". Oczywiście dla młodego Leona dehona nie jest to jeszcze , jeśli tak można powiedzieć "jego problem" , jak to będzie w przypadku jego jako wikariusza w Saint Quentin. Ale jest to wrażenie dosyć nietrwałe, stanowi napewno część jego doświadczenia jako młodzieńca, nawet jeśli nie wsiąkło jeszcze być może w jego przeżycie wiary w ścisłym znaczeniu. Młody Leon podróżuje zatem jako turysta uprzedzająco grzeczny i kulturalny, młody mieszczanin dobrze wychowany, umiejący używać swych zapasów, jakich nie zabraknie mu podczas podróży " z pobożności". Będzie służył do Mszy św. poczciwemu ks. Poisson, spowiadając się tu i tam u spowiedników angielskich, (65r) i oczywiście w Aberdeen (79v). Nic zatem bardziej znaczącego, jeśli pominąć ogólną formację, spotkanie Leona Palustra, który zajmie tak znaczące miejsce w jego obeznaniu archeologicznym i artystycznym podczas obu dużych podróży do Niemiec i Krajów Wschodnich.

Są to dwie duże podróże jego młodości, obydwie dokonane w towarzystwie Palustra, ale każda dla Leona Dehona w perspektywie dość różnej.

Pierwsza podróż do Niemiec, Skandynawii, Austrii (1 sierp.- 11 list.1863) jest w zasadzie jak ta z roku poprzedniego, podróżą studenta: trzy miesiące jako nagroda za pomyślny doktorat: "Czyniłem tę podróż jako turysta na poważnie, nawet jako gorliwy student. Szkoda, że nie tchnąłem w to więcej wiary, więcej ducha nadprzyrodzonego", zanotuje potem. (II, 22v)

Druga podróż, na Wschód (sierp.1864 - czerw. 1865) za radą swego ojca "by zyskać rok w nadziei że duże odwrócenie uwagi zmieniłyby może jego zamiary" (II, 70v) co do wstąpienia do seminarium, jakie sobie powziął. Tak to przynajmniej tłumaczy O. Dehon ten rok pobytu na Wschodzie, a który to okres uważa jako czwarty w swym życiu, a więc zgodnie ze sposobem patrzenia w "Uwagach", jako swoje doświadczenie czysto duchowne:

"Opatrzność Boża, notuje, posłużyła się planami mego ojca by mię zaprowadzić do Świętych Miejsc, gdzie moja wiara i  moje powołanie miały odnaleźć tyle siły... Podróż tę uważam za jedną z wielkich łask mego życia" (NHV II, 70v).

Tym dwom podróżom NHV poświęca pierwszej 8o a drugiej 340 stron. Mamy nadto do dyspozycji , jak to widzieliśmy, 460 + 1045 stron w "uwagach z podróży", a dla podróży na Wschód 28 listów Leona do rodziców (od 23 VIII. do 25 VI. 1865) co być może, winno dać zbliżenie bardziej bezpośrednie niż "Uwagi" o jego reakcjach i myślach.

 Ó

Niemcy - Skandynawia - Austria

"Zapiski czynione każdego dnia z mym towarzyszem"  są, jak uprzedza O. Dehon, zapiskami czysto opisowymi i archeologicznymi. Nie opisywałem tam moich wrażeń i dodaje: będzie to dla mnie z pożytkiem ożywić je, powtarzając je tu zgodnie z kolejnością podróży". (VHV II, 22v) . W rzeczy samej, uściśla to O. Dehon, "zapiski te były wykonane w dużej części przez Leona Palustra", a rękopis jakim dysponuję był wypracowywany wspólnie, stąd trudno wyróżnić co przypisać któremu redaktorowi. Jesteśmy więc uprzedzeni, że "wrażenia" zapisane w NHV są tymi, jakie O. Dehon odczytuje po dwudziestu czy trzydziestu latach. Nie oznacza to oczywiście że wrażeń tych nie przeżywał on mniej lub więcej osobiście, ale tylko to, że trudno opierając się na tych zapiskach, oddać psychologiczny i duchowy obraz młodego podróżnika. Krótko, jak to już wspomniano, tekst NHV powtarza wiele i to wybiórczo z notatek podróży i dorzuca tam pewne uwagi, zwłaszcza z dziedziny duchownej. (cf eddit. NHV vol. 1. p.141 note)

A zatem jest mało pokłosia dla naszej sprawy w tych zapiskach z roku 1863, chociaż nic wymknęło się spod uwagi podróżników z dziedziny archeologii czy architektury, geografii czy historii. Pod tym względem redakcja "Pamiętników" ma swoją oryginalność. Studium porównawcze obu tekstów na temat takiego czy innego opisu, jest bardzo interesujące dla dokładnego poznania nie tylko intencji pamiętnikarza, ale można powiedzieć mistrzostwa redaktora.

Niemożliwe jest w każdym razie wyróżnić w "uwagach" nawet małej części, która pochodziłaby od Leona Dehona. Jedynie dwie małe uwagi ołówkiem na marginesie, były dorzucone przez niego samego w trakcie odczytywania dla redakcji "pamiętników", gdzie znajdujemy dwie małe uwagi apologetyczne na temat używania języka narodowego we Frankfurcie w liturgii (a to uwaga: "Stolica Święta na to zezwoliła") i na temat konfiskaty przez protestantów " na nieszczęście" pięknego kościoła w Magdeburgu, dla kultu św. Elżbiety. Leon Palustre opisywał w tym kościele aż do najmniejszego szczególiku relikwiarz.  O. Dehon napisał, że on jest "pusty".

Co do przeżyć religijnych zanotujmy wzruszenie, odczuwane w Kolonii wobec tysięcy zawoalowanych czaszek świętej Urszuli i jej towarzyszek, o których nam mówi patrząc wstecz (retrospektywnie) "odczułem tam mocno, jeśli mię pamięć nie myli, głębokie wzruszenie nadprzyrodzone" (NHV II, 24v)

Młody Leon wszakże przed godziną nie miał żadnych przeżyć mistycznych. Wyrażał swój żal, że nie dołożył w swej podróży "więcej wiary, więcej nadprzyrodzonego punktu widzenia". Można mieć obawy czy ta podróż w kraju protestanckim nie przeszkodziła jego "ważnym praktykom", a nawet wielokrotnie Mszy św. niedzielnej. Otrzymał w Sztokholmie listy od swojej rodziny, które wyrażały niepokój co do jego "zadowolenia z podróży", a jego matka obawiała się jakiegoś nieszczęśliwego wypadku w tym odległych krajach. Poczciwy Mgr. Boute napisał mu "surową burę", gdzie, pisze O. Dehon, wyrażał obawę bym nie utracił  swego powołania, wiążąc się z przyjacielem, którego prowadzenie się wydawało się mu zbyt awanturnicze". Bogu dzięki były to obawy próżne, a dodaje on jeszcze, nie obraziłem ciężko Pana Boga i strzegłem wiernie mych pobożnych pragnień". (NHV II, 43v-44r).

Tak widział siebie i osądzał O. Dehon dwadzieścia albo i trzydzieści lat później, Osąd ten bardzo  dyskretny i rozsądny, odpowiadający rzeczywistości "poważnego turysty i pilnego studenta", zanim się stanie gorliwym  seminarzystą, pod kierunkiem świątobliwego Ks. Freyd.

Jakkolwiek by było, wskazuje z entuzjazmem owoce, o których sądzi, że wyciągnął z tej wielkiej podróży:

"Ileż zebrałem obserwacji! Jaki zespół doznań estetycznych, historycznych, geograficznych, a nawet moralnych! Mogłem porównywać głęboką pobożność i uczciwość katolickiej ludności Renu i Bawarii,  religijność zbytnio urzędową i zmieszaną z cezaryzmem w Austrii, zepsucie kradzież w Prusach i Księstwie; naturalne cnoty, nasiąknięte jeszcze ewangelią w Norwegii, dzikie obyczaje i nadużycia alkoholizmu w Szwecji ... Przyroda zaofiarowała mi niektóre ze swych największych i urzekających widoków ... Zamki .. pozwalały ożywić w mej wyobraźni całą współczesną arystokrację feudalną. Muzea .. ukazały mi całą sztukę starożytną i współczesną..."  (NHV II,21v-22r)

Tu również można dopatrzeć się  pewnej stylizacji i uogólnienia literackiego a zwłaszcza wybiórczego ukierunkowania apologetycznego w NHV, w porównaniu do "Uwag" oryginalnych podróży. To co się liczy, prawdziwy owoc, to oczywiście refleksja na temat samych wspomnień, to co ponad bezpośrednie obserwacje i dostrzeżone szczegóły, pozostało w pamięci jako wrażenie, ożywiało refleksję i zostało wyjaśnione w świetle dalszych studiów. Z tego punktu widzenia można się podpisać pod jego okrzykiem: "Opatrzność mię rozpieściła!" (ibid.) Z wizyty krajów obcych O. Dehon  opisuje tylko, jak powiada Montaigne, na wzór naszej szlachty francuskiej, ile kroków liczy Święta Rotunda (Panteon Rzymski) czy o bogactwie gatek Panny Liwii, albo jak inni, ile twarzy miał Neron, czy które ze starych ruin są dłuższe czy szersze, ale o nastrojach tych ludów i ich sposobie bycia..."

Co do tego z całą pewnością opis NHV jest bardziej znaczący niż "notatki" Palustra.. Montaigne nie podzielałby może w całości perspektywy apologetycznej O. Dehona, ale dla znaczenia swych licznych podróży O. Dehon chętnie mógłby się odnieść do słynnej stronicy sławnego eseisty:

"Snuje się wspaniała jasność dla ludzkiego osądu ze zwiedzania świata. Jesteśmy ściśnięci i stłoczenie u siebie, mamy wzrok skrócony do długości naszego nosa....Ten wielki świat to lustro, gdzie trzeba nam się wpatrywać, by poznać samych siebie pod dobrym kątem. ... Tyle usposobień, sekt, osądów, opinii, praw i zwyczajów poucza nas by prawidłowo osądzać sytuacje o swoich, uczą by swój osąd uznać za niedoskonały ze swą naturalną słabością, a nie jest to lekkim terminowaniem".

Ten przydługi cytat Montaigna nie mówi w pełni wszystkiego, czym była dla młodego Leona Dehona ta długa podróż turystyczna. Pozornie to do nas należy ją ocenić, na podstawie "uwag", jednakowoż znajduje się napewno w tej perspektywie terminowania  na wielkim świecie pożytek, jaki można z niego wyciągnąć: pewna jasność w osądzie, pewna idea różnorodności kultur i społeczeństw, pewna zdolność do osądzania spraw, według ich właściwej wielkości, poznanie siebie samego pod właściwym kątem. Wszystko to bez wątpienia nie posiada bezpośrednio i wprost czegoś duchownego w tym sensie jak słyszymy O. Dehona żałującego, iż nie spisywał swoich "wrażeń" i nie tchnął w swą podróż więcej wiary i więcej ducha nadprzyrodzonego. U Montaigna chodziło tylko o pewną sztukę życia i myślenia o sprawach w ich istotnej względności. O. Dehon przeciwnie, wyciąga z podróży wraz z poszerzeniem swych znajomości, wzmocnienie swej wiary. Jak można wątpić że ta formacja jego jako człowieka, nie interesuje głęboko jego doświadczenia duchowego, jego stosunku do Boga, jego spojrzenia na świat, a ostatecznie na jego łaskę i jego posłannictwo?.

Ó

Podróż na Wschód  (1864- 1865)

"Ukoronowanie jego studiów świeckich" (NHV II,70v), ta podróż na Wschód zakończy się dla młodego Leona Dehona w Rzymie, "u progu seminarium" (ibid.) "To było ukoronowaniem mojej podróży" notuje. (IV,99)

To rzeczywiście jakby "pielgrzymka" przedstawiana jest ta podróż w NHV: pielgrzymka do źródeł kultury,  i pielgrzymka do źródeł religii:

"Czyż nie jest ta pielgrzymka zarazem wizytą do arcydzieł chrześcijańskiej sztuki, malarzy .. rzeźbiarzy? (NHV II,92-93)

Ale zwłaszcza na temat samego celu tej pielgrzymki:

"To były oczywiście starożytne cywilizacje, wreszcie Jeruzalem i Rzym dwa święte miasta, by przygotować     pożegnanie dla świata i moje wstąpienie do stanu duchownego" (II, 71r)

Dwaj przyjaciele mieli rzecz jasna każdy swoje plany co do tej długiej i kosztownej podróży. Leon Palustre swoje studia archeologiczne i artystyczne. Leon Dehon swoje racje rodzinne, o jakich mówiliśmy, ale również jako okazję do niespodzianych przygód. Czy trzeba całkiem w to wierzyć gdy pisze do swych rodziców, by zapewnić swą matkę o swym przywiązaniu?:

"Czyż nie wie ona, że płacząc przedsięwziąłem tę podróż, jaką nakładał mi obowiązek, bo on był w pierwszej kolejności,  i że okazja jaka się nadarzała była jedyna? (6września 1864)

I jeszcze osiem dni później:

"Proszę nie robić mi wyrzutów, że oddaliłem się od Was. Pracuję dla Waszego i własnego szczęścia"

To niewątpliwie synowska delikatność, ale i potrzeba usprawiedliwienia dla samego siebie tego, co przedsięwziął skądinąd z takim młodzieńczym i usprawiedliwionym entuzjazmem. Bardziej jeszcze niż w NHV jest to oczywiste w jego listach, w których widzimy go jako prawdziwego młodzieńca z lat 1864 - 1865.

1045 stron sporządzonych przez Leona Palustra i przez niego samego są w pełni obiektywne i dokumentalne, jedynie tu i tam krótka refleksja, zbyt mało oryginalna i osobista, by mogła być znacząca. Nie ma skądinąd dużej różnicy między 430 stronami sporządzonymi przez Leona Dehona a innymi, przypisywanymi Leonowi Palustre. Jak poucza o tym na początku Leon Dehon na początku każdego zeszytu, które starannie przepisywał, "uwagi" te bądź pisane bądź dyktowane w dużej części (jeśli nie w całości) przez Leona Palustra.

"Podróż na Wschód" w wieku XIX stała się jakby rodzajem mody. Romans J.J. Barthelemy: "Podróż młodego Anarchisa do Grecji w IV wieku przed erą wulgarną" zyskał ogromny sukces, i o ile nie nie zapoczątkował, to przynajmniej rozpowszechnił zainteresowanie archeologią i starymi cywilizacjami Egiptu i Starożytnej Grecji. "Męczennicy"  i  "Wyprawa" z Paryża do Jeruzalem" Chateaubrianda, podbiły stawkę ciekawości. Nastąpił  rozwój wykopalisk w Pompei, w Grecji, w Egipcie, zaskakujące odkrycia, odczytywanie pism, ukazywał się cały nowy świat tajemniczy i  oczarowujący.

Cały wiek, to było jedno rozmiłowanie się, rzecz jasna z motywacjami bardzo różnorodnymi: czysto turystycznymi, potrzebą przesiedlenia dla Flauberta, dokumentacji literackiej dla Chateaubrianda (przygotowywanie "Męczenników"), prawdziwe doświadczanie zapoznawcze, poetyckie i duchowe dla Gerarda z Nerval w1843, czysto naukowe dla Renana "Na trasach św. Pawła". Pozostając pewien czas w Palestynie, nasi dwaj przyjaciele spędzają Wielki Tydzień w Jeruzalem 1865r.

Podróż obydwóch Leonów jest podróżą naukową. Przygodę stanowią same wyprawy, organizacja i jej przebieg. Nic z nadzwyczajnych przygód w kolorach Flauberta, czy nastroju poetyckiego Chateaubrianda, albo malowniczej tajemniczości Nervala. Nie jesteśmy jednak pozbawieni całkowicie poznania marszruty, przypadków geograficznych, warunków klimatycznych, tym bardziej zwiedzanych budowli i muzeów, tu i ówdzie planów, rysunków i grafików, starannie wykazywanych i opisywanych. "Piszemy  wiele" , oznajmia Leon Dehon swoim rodzicom z Wiednia 14 września 1864r. I rzeczywiście, mają już po trzech tygodniach 170 stron notatek. Sam Wiedeń, po nieco ponad tydzień pobytu, będzie miał dwieście stron opisu, mówi O. Dehon. Faktycznie to 123 strony w naszej kopii, streszczone na dziesięciu stronach w NHV (II, 94-103) Wraz z przemieszczeniami i samymi zwiedzeniami, cały ich czas "pożerały" te skrupulatne opisy.

O wrażeniach czysto duchownych młodego Leona, trudno wyrobić sobie pojęcie właściwe  na podstawie tych "notatek z Podróży" w NHV. Są usłane pobożnymi refleksjami, ale z całą oczywistością są to refleksje redaktora na temat wspomnień, a nie są wyrazem bezpośrednich wrażeń. Tych napewno nie mogło brakować i można temu wierzyć co później napisze przy okazji zwiedzania świątyni Matki Bożej z Monte Varese:

"Mój towarzysz odbywał podróż jedynie jako turysta i archeolog. Zewnętrznie byłem do jego usług, ale w głębi duszy nurtowała mi myśl bardziej poważna. Moje powołanie było niewątpliwe. Czyniłem pielgrzymkę do Ziemi Świętej przed porzuceniem świata, a na mej drodze, szczególniej we Włoszech, we wszystkich sanktuariach maryjnych, oraz na grobach męczenników i świętych , modliłem się o łaskę by dopiąć swego ostatecznego celu, kapłaństwa" (NHV I,77v)

Modlił się w Mediolanie, pisze do swych rodziców, na grobie św. Karola Boromeusza i św. Ambrożego (16 wrzesień 1864)Modlił się też w dwu wypadkach, o których ani słowem nie wspomina do rodziców, między Ferrarą a Padwą, gdzie, powiada, "widziałem śmierć z bliska  i przypisuję swoje ocalenie Matce Bożej, której wzywałem z ufnością". (NHV II, 91) Oczywiście że o owej sekretnej modlitwie nie ma mowy w notatce jaką sam sporządził w tej sprawie.

Porównanie redakcji tej wizyty w Varese w notatkach z podróży a w NHV wykazują dość dużą różnicę obu dokumentów: pierwszy czysto turystyczny i archeologiczny, drugi więcej "duchowny". Tak zatem w NHV refleksja na temat wielkiego fresku w muzeum w Ferrarze: "Tryumf Religii" dosyć drobiazgowo opisany w notatkach przez Palustra, gdzie między innymi szczegółami religia "otrzymuje swoją prawą ręką która płynie z boku Chrystusowego, a w drugiej trzyma glob". O. Dehon komentuje: "Niepodobna przedstawić w sposób bardziej trafny i bardziej teologiczny, że Kościół wyszedł ze Serca Jezusa. Taki obraz jest częsty w sztuce chrześcijańskiej. To jakby wstęp do nabożeństwa do Serca Jezusowego" (NHV II,90) Uwaga teologa, Założyciela Zgromadzenia i przeglądu "Królestwo Serca Jezusowego w duszach i społeczeństwie", przyszły autor "Studia o Sercu Jezusa"

Być może tu i tam przesunięcia korektora. Tak np. w zdaniu na temat "la Scala" w mediolanie, czy "notatek z podróży" mamy: "Wieczorem poszliśmy do Scali posłuchać koncertu wokalno muzycznego.." a NHV: "ja wizytowałem la Scalę podczas dnia." Przyszły ksiądz czy zakonnik w teatrze i na koncercie! Być może to nie pasowało z pielgrzymką, jaką winna być ta podróż ...! Opis w obydwu dokumentach dotyczy architektury (kurtyna, scena) Nic o koncercie ani o środowisku.

To powiedziawszy trudno oczywiście iść krok za krokiem i dzień po dniu za dwoma podróżnikami wzdłuż tysiąca stron. Jest się zdumionym powagą tych młodzieńców i ogromnym pożytkiem kulturalnym, jaki musiał wynikać dla nich z tej drobiazgowej i metodycznej pracy. Podziwiamy też, zaznaczmy to mimochodem, artyzm z jakim O. Dehon umie spożytkować notatki z podróży, przelewając przez sito swe własne wspomnienia ku perspektywie wyraźnie zamierzonej, gdy umieszcza je w NHV.

Już sposób pisania zgodny z epoką,  z konieczności narzucał takie sito czy lot karkołomny, o wiele więcej osobisty, i często bardziej malowniczy niż notatki. To w listach odnajdujemy prawdziwego młodego Leona. Ale te są również mocno oględne w tym, co dotyczy wrażeń i zwierzeń o charakterze czysto religijnym i duchowym. Jest to  zrozumiałe i odpowiada niewątpliwie realizmowi i tonacji podróży jako takiej, szczególnie w Grecji i w Egipcie. 

Trzeba nam jednak zatrzymać się nieco na pobycie w Jerozolimie, branej pod uwagę już od początku i określonej w liście z 29 grudnia 1864r. jako "cel naszej podróży". Tym więcej, iż był zrealizowany projekt, by spędzić tam święta Wielkanocne:

"Przebywać będziemy w Jerozolimie aż do wtorku wielkanocnego, pisze on z Kairu dnia 7 marca 1865r. Wykonamy pielgrzymkę jak należy; ja będą się modlił gorliwie za całą moją rodzinę. Przywiozę jako pamiątkę wiele przedmiotów kultu".

 Trzy listy datowane z Jerozolimy datowane na 16 marca, 10 kwietnia i 16 kwietnia 1865, są wraz z notatkami jedynym naszym dokumentem bezpośrednim. Wolelibyśmy móc czytać inne listy, o których mówi że pisał je wówczas, chociażby do Mr. Boute (cf.list z 16 kwietnia), który był od dłuższego już czasu jego doradcą i kulturalnym i duchownym. W efekcie dość nikłe zdaje się być nasze pokłosie "wrażeń " nadzwyczajnych głębokiego doświadczenia, na wzór tych, jakie przykuwały naszą uwagę z czasów młodości, czy wieku młodzieńczego. "Pielgrzymka jaką być powinna, ... modlił się będę za was, .. przywiozę pamiątki ..." w tym nic szczególnie znaczącego i można by myśleć, iż warunki i sam charakter pielgrzymki nie pozostawia miejsca na na dłuższe i głębsze rozważania.

Jest zapewne "urok Miejsc Świętych" by zrekompensować tak długą nieobecność w swym kochanym kraju (26 marca). "Pamiątki biblijne i na każdym kroku ślady prawdy uderzającej w oczy", "nazwy znane od 1800 lat" (ibid). Tu widać jego synowskie serce, które "pośród najbardziej wzruszających pamiątek tęskni za La Capelle, za życiem rodzinnym, czystym powietrzem, ogrodem, przechadzkami. Ale, powiada, jestem uczniakiem i dzień wakacji jeszcze nie nadszedł. Wnet ukończę zwiedzanie Syrii. ..."

"Pielgrzymka" jest rzecz jasna turystyką i w ogólnym zarysie "notatki" pozostają takie jakimi były od początku: drobiazgowymi, często dość technicznymi i w pełni obiektywnymi. Dwaj podróżnicy pozostali trzy tygodnie w Jerozolimie, zwiedzają metodycznie miasto i okolice, robią tradycyjne wyprawy do Morza Martwego, Betlejem, Hebronu, Świętego Jana na Pustyni,  ...a po Wielkanocy w drodze powrotnej  Galilea, Tyberiada, Kafarnaum, Kana i Nazaret. Wielki Tydzień spędzono w Jerozolimie. Wszystkie religijne nabożeństwa, w których jak mówi, uczestniczył, są wzmiankowane i opisywane z większą lub mniejszą ilością malowniczych szczegółów, są mniej lub więcej budujące. Krótko, to "pielgrzymka" odbyta "jak należy".

W rzeczy samej ostatni dzień  podróży (25 marca) był wykonywany "na piechotę, jak przystało na prawdziwych pielgrzymów". (not. str.132 i NHV III,146). Zanotujmy też uwagę do swych rodziców na temat przygotowania psychologicznego i duchowego, o jakim sądził, że wyciągnął z podróży po pustyni:

"Życie na pustyni pod  namiotem daje wiele atrakcji, ale jeszcze więcej zmęczenia: wielbłądy, jakie nas trzęsły bez wytchnienia na swych garbach, te płaskowzgórza niekończące się piasku, bez wody, wieczorny odpoczynek pod namiotami w miejscu jakie się wybrało, wszystko to daje w wyniku zapomnienie  o świecie i jego przyzwyczajeniu do wygód łatwizny; to zbliża do Boga i przygotowuje do rekolekcji i modlitwy." (26 marzec 1865)

O. Dehon to nie Chateaubriand, ani Ernest Psichari czy Karol de Foucauld, ale nie mamy podstaw by wątpić o szczerości i prawdzie tej ogólnej refleksji, jaka brzmi trochę jakby dyskretne zwierzenie.

Dziennik podróżny to nie zapiski rekolekcji, nie ma co szukać w nim wielkich wzlotów mistycznych ani głębokich refleksji duchownych, jak w NHV. Mamy zatem o przybyciu do Jerozolimy:

"Nagle ukazało nam się Święte miasto w atmosferze świeżej i chłodnej, z widokiem na pomyślność, jakiej nie oczekiwaliśmy. Jedna sprawa nas zasmuca, a to iż schizmatycy są tu górą. Ogromne pałace i bogata świątynia ukazują się po krótkim czasie na równinie jaka rozciąga się po północnej stronie miasta; to dzieło Rosjan" .

I to wszystko. Nie do takiej reakcji estetycznej i antyschizmatyckiej jedynie sprowadzało się z pewnością jego odczucie. Opis NHV jest bardziej bezpośredni

"Byliśmy głęboko wzruszeni na myśl, że wkrótce zobaczymy Jerozolimę. .. Po Świętym Krzyżu ukazała nam się Jerozolima ze swymi  kopułami i ząbkowanym obwarowaniem. Rzuciliśmy się na kolana i       modlili czas jakiś. To miejsce naszego Zbawiciela, miejsce gdzie Pan Jezus ukazał swą wielką miłość oddając za nas swe życie ( III, 147).

Opis jest widać bardziej wypracowany duchowo i odpowiada z pewnością  na to co mogli myśleć i odczuwać dwaj młodzi chrześcijanie, obeznani i ugruntowani w wierze. Co do gestu i modlitwy, jest to również tradycyjny sposób zachowania się prawdziwych pielgrzymów od czasów wypraw krzyżowych. Ale sama refleksja na temat "wielkiej miłości", to jest ona wielce "dehoniańska".

Modlitwy napewno nie brakowało w tych trzech tygodniach. Prawdę mówiąc, wolelibyśmy wiedzieć jaką ona była w Getsemani czy Betanii, w Betlejem i w Nazaret, w Wieczerniku i na Kalwarii, tych miejscach które zajmują tyle miejsca w rozważaniach O. Dehona i w duchowości dehoniańskiej. Listy i notatki mówią o tym bardzo mało, prawie zawsze zresztą spod pióra O. Dehona: "obowiązek wielkanocny" (spowiedź) spełniony u Wikariusza u Świętego Zbawiciela (3 kwietnia); wizyta więzienia Chrystusowego (ciemnicy) u Kaifasza: "modliliśmy się tam z ufnością", notuje Leon Dehon (zeszyt V, str.155), radość z otrzymania Komunii św. u żłóbka, , przed konnym przejazdem,  Msza św. wysłuchana w kaplicy Matki Bożej Bolesnej u Świętego Grobu, zgodnie z przypadającym świętem.  (7 kwietnia VI, str.5v)

A później ceremonie Wielkiego Tygodnia: poranek palmowy w Świętym Grobie, a po południu przechadzka do Betanii "na pamiątkę tego, że Chrystus tam przyszedł w dzień swego tryumfalnego wjazdu do Jerozolimy" (VI, str. 9) Wielki Czwartek, Wielki Piątek nabożeństwa. Droga Krzyżowa o godz. trzeciej, modlitwa przy czternastu stacjach Drogi Krzyżowej, odprawiana samotnie, jak notuje O. Dehon (VI, p. 17) Wieczorem po uroczystej procesji kazanie, które O. Dehon ocenia jako "bardziej teatralne niż budujące" (tamże)

W Wielką Sobotę Leon Dehon poszedł, zdaje się tylko sam, na brewiarz poranny, a wieczorem wraz z Palustrem asystował w sławnej ceremonii "świętego ognia Greków i Armeńczyków": "straszny skandal, pisze Palustre, (VI,20), "przykry skandal ... widowisko nieszczęsne, jakie natchnęło Dantego by odmalować swoje Piekło, dopowie O. Dehon (NHV IV,4)

Wreszcie Wielkanoc, po nabożeństwach porannych i wizycie pożegnalnej w Jerozolimie, otrzymują swój "dyplom pielgrzyma", by tym potwierdzić że była to pielgrzymka niewątpliwie "jak należy". Leon Dehon kończy:

"Nasz długi pobyt w tym świętym i interesującym mieście upłynął bez nudy. Opuszczamy je przeniknięci bólem na widok opłakanego stanu do jakiego doprowadzone są Miejsca Święte" (LD. VI,p.23)

W sam dzień Wielkanocy pisał do swych rodziców, opisywał szybko ceremonie świętego tygodnia i kończył pod adresem swej babki:

"Proszę uścisnąć moją babcię i powiedzieć jej,  że usiłuję toczyć się nie jak kamień rzeczny, ale jak kula ze śniegu, która powiększa się i rośnie. Nie gromadzę bogactwa, ale wspomnienia i doświadczenia" (16.IV. 1865).

Niewątpliwie poczciwa babcia Dehon przy wyjeździe niepokoiła go słynnym powiedzeniem ludowej mądrości: "Skała która się toczy, nie nabiera piany". Jakkolwiek by było, co do "pamiątek i doświadczenia, napewno wielkie były owoce tej długiej wędrówki i tej "pielgrzymki".

O tym świadczą NHV. Z pewnością nie można odnosić do roku 1865 tego wszystkiego co te pamiętniki zawierają. Zwolna i w samym redagowaniu owych wspomnień, odżywały, czy budziły się w nim ponownie na ten temat duchowe refleksje. Są to, jak zdarza się na ogół, koleje życia, które wnoszą do tej podróży na Wschód, a już szczególnie do pielgrzymki do Miejsc Świętych, swą prawdziwą wagę w przeżyciu duchownym O. Dehona.

To prawda, że te notatki są jakby "poświadczeniem" tego, co zanotowane jest w NHV, począwszy od tego iż stanowiły ich źródło, ale z pewnym spojrzeniem późniejszym, naświetlone późniejszym przeżyciem duchowym. W ten sposób, zachowawszy wszelkie proporcje, ewangeliści wspominali życie Jezusa w świetle Zmartwychwstania i Zielonych Świąt, a nawet życie Kościoła i ich własne doświadczenia osobiste i wspólnotowe, oraz tajemnice Jezusa. Bardziej niż szczegóły obserwacji, to oddźwięk wspomnień w medytacji i życiu duchownym O. Dehona, winien tu zatrzymywać naszą uwagę.

Stanowi to niewątpliwie pewne wyprzedzenie  na temat samego rozwoju przeżycia, ale nie przypisujemy młodzieńcowi z roku 1865 wszystkich pięknych i pobożnych refleksji jakie znajdują się w NHV. Znamy wagę jaką miało w życiu O. Dehona rozmyślanie, albo ściślej "recordatio", wspomnienie serdeczne przeżywanie tajemnic Chrystusa. Do tego "ćwiczenia" musiał on być metodycznie kształtowany przez lata seminarium. Nikt nie wątpi, że spojenie tego ćwiczenia z jakimś wydarzeniem geograficznym i historycznym we wspomnieniach bardzo osobistych i drogich, musiało uczynić z tego "recordatio" coś więcej niż "ćwiczenie": prawdziwe doświadczenie. Takim jest w każdym razie przeświadczenie, jakie pozostawia lektura NHV w opisie "pielgrzymki" w ścisłym znaczeniu, a zwłaszcza Wielki Tydzień. "Pielgrzymka jak należy" staje się tam jakby długim i ciekawym "pierwszym preludium" (w ignacjańskim znaczeniu słowa) do medytacji na temat tajemnic Chrystusa, jakie O. Dehon miał rozpamiętywać w swym życiu.

Oto na początek jakby rodzaj delikatnego wyznania na temat "notatek z podróży":

"Przywiązywałem zbyt wiele uwagi do archeologii, jednakowoż, Bogu dzięki, zwiedzałem modląc się i byłem bardziej pielgrzymem niż turystą"  (NHV III,148-149)

Do tej modlitwy, jak widzieliśmy "notatki" czynią tu i tam krótką obiektywną aluzję. NHV są i chcą być o wiele bardziej dokładne i osobiste:

"Podaję tu jeszcze mój opis dzień po dniu, (a  piszę to  na początku Wielkiego Tygodnia); rozpatruję te dni, jako ogromie ważne w mym życiu! One tak bardzo umocniły moją wiarę! Pozostawiły mi tak wzruszające wspomnienia. Dostarczyły mi tyle składników by mię pouczyć i zbudować w mych rozmowach i mych kazaniach" (III,148) .

Niewątpliwie nic zatem bardzo niezwykłego w wyrażeniu "wrażenia": te pozostają dyskretne, ale w prostocie i samej formule przejawia się pobudka do rozważania. "To było tam to było tam..." refleksja dosyć sama w sobie pospolita, jest zawsze związana w rodzajem wewnętrznej modlitwy, która odbiera jej całkowicie charakter czysto turystyczny czy zwykłej ciekawostki, a nawet samą pospolitość. To prawdziwie serce samego O. Dehona, jakie tam się przejawia, i jeśli tak można powiedzieć, jak dla Orygenesa, "mistyka Jezusa".

Tak np. mówi o dolinie Jozafata, "pełnej wspomnień o Zbawicielu":

"Nie zwiedza się jej, jak tylko drżąc ze wzruszenia. To tamtędy przechodził gdy szedł do Betanii i stamtąd powracał. To tam był przyjęty tryumfalnie. To tam płakał nad Jerozolimą, tam również cierpiał swoją agonię, gdy był zdradzony i wydany. To tam również czynił swe pożegnanie przed wstąpieniem do nieba. Winienem nawiedzać te miejsca wielokrotnie, świadków tak wielkiej miłości. Mam je mocno w pamięci. Ich wspomnienie jest dla mnie nową okazją do ofiarowania Jezusowi aktów miłości, wdzięczności i żalu, jakie te wspomnienia wzbudzają. Jestem szczęśliwy, mogąc robić ponownie w duchu tę pielgrzymkę, gdy daję jej opis". (VHV III,156)

Albo jeszcze w Saint-Sulpice, w formie analizy i zachęty:

To nie podczas pierwszej wizyty można rozważać ze spokojem te tajemnice. Jest najpierw głębokie wzruszenie, zmiażdżenie, tajemnicze drżenie, jakie ogarnia pokornego pielgrzyma; należy tam często powracać by się modlić, rozmyślać, komunikować, uczestniczyć we Mszy świętej, by kosztować łask tego sanktuarium, a całe życie wspomnienie Miejsc Świętych będzie pomagało w rozważaniu tajemnic naszego zbawienia" (II,150).

To "Jezus mistyczny, który zarysowuje się tutaj, to rodzaj "mistycznej rzeczywistości" o jakiej mówi teolog Urs von Balthasar, cała zasadzająca się na przeżywanej i smakowanej w swej rzeczywistości życiowej i teologalnej, a nie tylko na samym wzruszeniu, choć całkiem usprawiedliwionym i godnym pożądania. Rzeczywiste, głębokie i doświadczane jako takie, wrażenie i tu wymaga dużej wierności: modlić się, rozważać, komunikować ...całe życie przepełnić kontemplacją tajemnic naszego odkupienia."

Tu jest jakby klucz do lektury "Uwag" O. Dehona, będący zarazem kluczem jego doświadczenia, jego powołania i samego życia. W każdym razie jest się uderzonym poruszeniem ,akie przejawia samo powtarzanie formuły tak prostej w samej sobie:

-  W Getsemani: "Trzeba tam dobrze się modlić i  zastanawiać się, zwłaszcza w ciszy poranka i wieczoru. Wyobraźnia łatwo sobie tam odtwarza święte tajemnice męki, a dusza może się oddać jej wrażeniom i mówić Zbawicielowi o swojej miłości i wdzięczności"  (III,158)

-  W Ogrodzie Oliwnym:  "To tam Zbawiciel  modlił  się i pocił. Ofiaruję Bogu te skarby zasług na przeproszenie za moje grzechy"  (III,171)

-  W Betanii, gdzie (według NHV) czytali rozdział Ewangelii Jn. 11: "Zrozumieliśmy dobrze delikatność  Bożego Serca"  (III, 173)

-  W domu Kajfasza:  " Modliliśmy się tam zgodnie z tą tajemnicą" (III, 176)

-  W Wieczerniku: "To tam Pan Jezus ukochał nas aż do końca. Usque ad finem". (III, 176)

-  W Betlejem:  "To więc tu Jezus się urodził ... miejsce, które słodko mówi do serca" . (III,179)

 A oto dwa rozważania bardziej rozwinięte, gdzie mamy jakby ukazaną prawdziwą dynamikę modlitwy i doświadczenie duchowne:

-  W Nazaret: "Chciałbym tam żyć czas jakiś, by tam rozważać do woli życie ukryte Świętej Rodziny.  ... Miałem szczęście przyjąć Naszego Pana w Komunii Świętej tam, gdzie żył On czas tak długi. Wrażenia z Nazaretu różnią się od tych z Jerozolimy, są słodsze, to są łaski pobożności, miłości, czystości. W Jerozolimie to łaski przebaczenia, miłości do Zbawiciela, i siła ducha.... Dla tego który kocha nieco Zbawiciela i Jego Świętą Matkę, te wspomnienia z Nazaret i Miejsc Świętych są jakby wspomnieniami z rodziny, a jeszcze więcej, każde z tych miejsc błogosławionych wywołuje wrażenia sobie właściwe. Czyni się tam zapasy łask, które można ponawiać całe swe życie przez rozmyślanie. " (IV, 19-20)

-  Na temat Wielkiego Tygodnia w Jerozolimie: "bardziej wzruszające niż można wyrazić. Przechodzi się tam z drżeniem wszystkie etapy Męki  i Zmartwychwstania. W każdej godzinie dnia rozważając tajemnice święte można sobie mówić: to było tu! To tu Jezus dał nam swą najwspanialszą miłość. To tu On cierpiał. To tu wylał On swą krew. Otrzymałem tam wrażenia głębokie, które zawsze pomagały mi w kontemplacji". (IV,1)

Dynamika zjednoczenia z Jezusem, która go pociągała, jak mówi nam, stanowiła istotę jego doświadczenia duchowego jako dziecka i jako młodzieńca. Ten pociąg, dzięki zachowanym wspomnieniom z podróży-pielgrzymki, posila go i umacnia w rozważaniu tajemnic Chrystusa. Tu jest niewątpliwie wiodąca nić, do poznania  życia  duchownego O. Dehona. Większa część jego pism duchownych, to rozważania tajemnic Chrystusa, szczególnie tej tajemnicy nad tajemnicami, jaką jest samo Serce Jezusa. Tu jeszcze słowo "wrażenia", "głębokie wrażenia" zachowuje całą swoją doniosłość dehoniańską. To niewątpliwie chciał podkreślić o. Dehon odbywając swoją podróż na Wschód, a nie tylko jako trzecią i najważniejszą podróż swojej młodości, czy jako "okres" swojego życia. 

Zatrzymaliśmy się tu nad tym co dotyczy specjalnie doświadczenia wiary i rozwoju życia wiary. Nie powracając do tego co owa podróż mogła wnieść do ogólnej formacji O. Dehona, pewnym pozostaje,  iż jest on człowiekiem prostolinijnym, jaki musiał zostać naznaczony w swym spojrzeniu na świat i w swym własnym stosunku do Boga, w swym poznaniu Jezusa Chrystusa, w swym odczuciu ludzkiej rzeczywistości, upodobaniem i wielkim wyczuleniem na różnorodność sytuacji i warunków. To było z pewnością dla jego studiów świeckich pewnym "ukoronowaniem" i u progu seminarium nie "wielkim odwróceniem uwagi, ale opatrznościowym "przygotowaniem"

Podróż skończyła się dla niego, jak przewidywał, pobytem w Rzymie, gdzie spędził około 10 dni. "Zapiski z podróży kończą się na Wiedniu. Dwaj przyjaciele tam się rozłączają. Palustre przynaglony koniecznością rodzinną wraca do Francji. "Ja pożegnałem przyjaciela, pisze O. Dehon, ostatnią uwagą ... i nazajutrz skierowałem się do Rzymu, zbyt szybko, by mieć czas na notowanie mych wrażeń".

O pierwszym i krótkim pobycie w Rzymie, O. Dehon zauważa w swych NHV że pozostawił "głębokie wspomnienia"  i że otrzymał wielkie łaski, co oczywiście jest bardzo ogólnikowe.. Widzimy go zwłaszcza na różnorakich wizytach otrzymywanych zewsząd, nawet na audiencję osobistą u papieża Piusa IX, który radzi mu seminarium francuskie w Rzymie. "Jego decyzja, była zgodną z moim pociągiem , zauważa O. Dehon. Dokończyłem w Rzymie tego, co chciałem tam zrobić. Moje powołanie zostało zdecydowane, było ono ukoronowaniem mojej podróży". (IV, 97-99).

Nowy okres miał się rozpocząć w moim życiu, "piąty" według NHV, a dla jego formacji , jego doświadczenia duchowego i życia wiary, z pewnością okres decydujący i ważny, ten o którym powie: "Ile łask ja wtedy otrzymałem, nie potrafię wypowiedzieć. To dla mnie niezgłębiony ocean"  (NHV IV, 124). Nie można co do tego się wahać ani się spierać, ale niewątpliwie jest on kluczem tego doświadczenia i tej osobowości duchowej, którą próbujemy rozpoznać i zanalizować. 

Ó

W  SEMINARIUM  FRANCUSKIM

 RZYM

1 8 6 5  -  1 8 71

Byłem nareszcie w swoim prawdziwym żywiole. Byłem szczęśliwy. Ileż łask tam otrzymałem! Nie potrafię tego wypowiedzieć. To dla mnie niezgłębiony ocean.

    ( NHV IV, 123 - 124 )

 "Moje złote lata" 

"Moje sześć lat łaski, ..to są moje złote lata łaski, moje dobre lata": tak scharakteryzował swoja lata seminarium w Rzymie O. Dehon pod koniec swego życia. (cf. Nqoct. 1923 ).

NHV nie zaprzeczają temu entuzjazmowi w spojrzeniu wstecz. Temu piątemu okresowi swojego życia (1865 - 1871) O. Dehon poświęci więcej niż 900 stronic "Uwag" (NHV IV,102-IX,72), z czego co prawda 265 stronic na temat toczącego się Soboru (VI,174 - VIII,55), ale jednakowoż więcej niż 600 stron na temat swego życia seminarzysty.

Tak więc z tych sześciu lat trzecią część NHV, jakie obejmują w sumie 45 lat (1843 - 1888) 900 stron dzielą się w następujący sposób: lata 1865 - 1866 obejmują 120 stron, lata 1866 - 1867 85 stron. lata 1867 - 1868 150 stron, lata 1868 - 1869 106 stron, lata 1869 - 1870  41 stron (+265 str. na temat Soboru) ; 1870 -1871 146 stron. Z tego wynika jak wielka waga położona jest na rok trzeci (1867 - 1868), który był rokiem święceń wyższych, tym, o którym napisze:" był naprawdę jednym z  najlepszych w mym życiu",  a z drugiej strony najkrótszym rokiem studiów w Rzymie (od marca do lipca 1871) Ten ostatni  rok, prócz końcowych egzaminów miał być rokiem "wielkiej decyzji" (NHV IX, 63), dzięki której rezygnując ze wstąpienia do Asumpcjonistów dla "pracy naukowej", oddał się pracy w swojej diecezji. (październik 1871)

Od samego początku w tych wspomnieniach lata seminarium są ozłocone. Na początku wbrew woli, płacz i boleści z jednej i z drugiej strony. "Część wyższa jego duszy odczuwa nadprzyrodzoną radość" (NHV IV, 103). Po przybyciu, "bardzo wzruszony osiągnięciem celu podróży i  ze względu na sam widok miasta ... odnalazłem  siebie i czułem się bardzo szczęśliwy ". Nie bez pewnego uniesienia pamiętnikarz opowiada:

"Seminarium był to stary budynek mieszkalny, ciasny, od dołu do góry ciemny i wewnątrz smutny. Mimo to byłem szczęśliwy. Umieszczono mnie na piątym czy pod szóstym piętrze, już nie pamiętam, na poddaszu pod ołowianym dachem, poniżej kaplicy. Pokoik był mały i pusty, łóżko twarde. Nic nie szkodzi, czułem się szczęśliwym. Poczciwi współuczniowie ... M. Duplessis, ... wszystko tam było dobre. Ileż łask ja tam otrzymał. ... To niezgłębiony dla mnie ocean. (NHV IV, 123-124)

Krótko, odłożywszy uniesienie, jest oczywiste iż "etap", który otwiera się w życiu O. Dehona od dnia 14 października 1865 wydaje mu się z odległości jako szczególnie ważny i znaczący, gdy pisze swoje NHV, by "pobudzić się do wdzięczności względem Naszego Pana i do żalu za swe winy". (NQ 3 marca 1886) i dla historii Zgromadzenia, jego początków, doświadczeń, jego rozwoju. (NHV, uwaga wstępna, dorzucona później)

O. Dehon napewno pomagał sobie przy tych wspomnieniach poważną dokumentacją, jaką się posługiwał w toku swej redakcji, przytaczając listy, notatki, rozprawy czy przemowy, jakie zachował na piśmie, a które po większej części nam pozostały. Ale redakcja sama w sobie jest oczywiście nacechowana wspominaną fundamentalną perspektywą. Zauważaliśmy to już często, że życie swoje i swoje doświadczenia odczytuje ponownie w świetle i nakierunkowaniu w jakim ukształtował swe życie, ukierunkowaniu w jakim poznaje na nowo swoje powołanie i swoje posłannictwo. Logicznie uważa, że ku takiemu  powołaniu i ku takiemu posłannictwu był przygotowywany przez Boga. Ponownie patrząc na życie i odczytując swe notatki, usiłuje rozpoznać to opatrznościowe działanie. ""Pamiętniki", są w jego oczach rodzajem ukazania, wyjaśnienia i usprawiedliwienia. Rozważanie wspomnień jest również rodzajem apologii, w sensie najbardziej właściwym tego słowa.

Nie mamy żadnej racji by wątpić a priori czy to w całkowitą szczerość, czy czy w zasadniczą prawdę tych wspomnień. Rzecz jasna iż narzuca się pewna roztropność, a w każdym razie minimum ducha krytycznego w czytaniu i tłumaczeniu tego rodzaju dokumentu literackiego. J.J. Rousseau mistrz w tej materii pisał na ten temat:

"Nikt nie może pisać o życiu człowieka, jak tylko on sam. Jego sposób bycia człowiekiem wewnętrznym, głębokim, jego prawdziwe życie znane jest tylko jemu samemu. Ale opisując ktoś własne życie, on je przebiera (maskuje), pod nazwą swojego życia czyni jego pochwałę; ukazuje się takim, jakim chciałby być widzianym, ale wcale nie takim jakim jest. Najbliżsi są  prawdy w tym najwyżej co mówią, ale okłamują przez swe zamilczenia, a to co przemilczają tak mocno zmienia to im się zdaje że wyznają, że mówiąc tylko część prawdy, nie mówią nic. Montaigne maluje się podobnym do siebie, ale tylko z profilu. Kto wiedząc że ma jakąś szramę na policzku albo usunięte oko z boku który nam zasłonił, czyż nie całkowicie zmienił swoją fizjonomię?

Skądinąd,  pamiętnikarz z konieczności odczytuje swą przeszłość w świetle tego co w epoce faktów było przyszłością, zatem wyraźnie czymś nieprzewidzianym, i jak to już było zaznaczane, możność jaką posiadamy przelecieć ponad lata i wejść w kontakt z faktami odległymi, jest możliwością szkodliwie upraszczającą, która podsuwa jakiemuś procesowi aktualnemu fakty błędów czy powodzeń, poszukiwań po omacku i roztargnień, samowolny schemat skopiowany na metodach architektury. Michelet zauważył również na temat historii w ogólności: "Jest ogólną tendencją by odczytywać myśl dzisiejszą w przeszłości, która często o tym nie marzyła. Wreszcie Święta-Beuve, w związku z Panią Roland: "Jakiż więc autor pamiętników mógłby wytrzymać dokładną konfrontację ze swą własną współczesną korespondencję z wrażeniami opowiadanymi".

Wszystko to jest prawdą a my jesteśmy ostrzeżeni. Tymczasem sam projekt O. Dehona   przy  redagowaniu swych "Uwag" (NHV), aby wytłumaczyć czy naświetlić swój stan obecny swym czasem z przeszłości, a w łączeniu faktów i doświadczeń rozpoznać łączność i trwałość, które w jego oczach odsłaniają opatrznościowy zamiar i działanie, ten to projekt zachowuje dla nas w całej pełni swoje znaczenie dla poznania człowieka i założyciela, oraz dla samej jego fundacji. To nie dla prostej ciekawości i psychologicznego zadowolenia mamy odgadywać, według wyrażenia Sainte-Beuve na temat H. Taine "imę wewnętrzne jaki każdy nosi wyryte w swym sercu", ale dlatego, iż jeśli chodzi o O. Dehona, to "imię wewnętrzne" winno być kluczem życia i posłannictwa wobec których nie wolno nam być obojętnymi i którym prosty "przelot lat" daje odczuć głębię duchową w wierności tożsamości.

Jest rzeczą pewną, zauważa M. Scheller, że "każde doświadczenie naszej przeszłości pozostaje co do swojego znaczenia nieokreślone i niepewne, dopóki nie wyda wszystkich swych możliwych wyników" . To właśnie w pełni usprawiedliwia pewne ponowne odczytanie przeszłości w świetle tego, co kiedyś było tylko nieprzewidywalną przyszłością. W ten sposób już Ewangeliści ponownie tłumaczyli życie samego Jezusa w świetle Jego zmartwychwstania , a także tego, co nastąpiło w życiu wspólnoty.

Co do nas, chcielibyśmy wraz z O. Dehonem rozpoznać działanie Boże w jego życiu; nie tyle rozpoczynając od tego co nam mówi o sobie w swych "uwagach", co raczej rozpoczynając od dokumentów współczesnych, względnie licznych, jakimi dysponujemy: są to "Notatki Codzienne", korespondencje i kilka dokumentów archiwalnych. Nasza metoda odczytywania i tłumaczenia będzie w zasadzie analityczną, albo jeśli kto woli , indukcyjną, od znaków zewnętrznych i wyrażeń jakie nam są dane, do samego doświadczenia wewnętrznego i samej osobowości. To oczywiście w tym celu, by lepiej zrozumieć zachowanie się i dalszy rozwój nie przez prostą dedukcję, ale przez pewien rodzaj nasuwającej się intuicji.

Projekt niewątpliwie zbyt śmiały (zuchwały) czy pretensjonalny. Jedynym jego usprawiedliwieniem to waga jaką przywiązuje sam O. Dehon do tych "złotych lat", co do których wydaje mu się to oczywiste, że podczas nich utworzyła się i ukształtowała jego prawdziwa osobowość dochowa i kapłańska.

To właśnie chcielibyśmy stwierdzić. Jest stwierdzone, że "rozwój duchowy, nie koniecznie musi być kalendarzem. Zdarza się, że jest on tak wzrastający, iż jeśli zważa się na pewną kolejność następstw, na zrozumienie postępu, to równocześnie jest się niezdolnym do do umiejscowienia w czasie zaszłej zmiany. Trudno wątpić, by pobyt w Rzymie nie tworzył daty w rozwoju duchowym O. Dehona, a w nich, jak to zobaczymy, słynny rok 1867-1868 z datą przełomową jego święceń kapłańskich, dzień 19 grudnia 1868 roku. Nie oznacza to przekreślenia ciągłości w rozwoju, ani jedności osobowości, ale pozwala dostrzec "kolejność następstw" i zrozumienie postępu. Próba ta, nie ma oczywiście innej ambicji, jak tylko jej rozpoznanie i zgłębienie.

Ó

POCZĄTKI

1865 - 1888

Niewątpliwie żadne inne słowo nie odpowiada lepiej dla scharakteryzowania tego pierwszego okresu seminarium jak słowo "początek". Nie tylko dlatego, iż chodzi tu o początek roku szkolnego, ale również dlatego, że dokonuje się prawdziwe "wejście" w życie duchowe w sensie ścisłym i prawie technicznym, (jeśli nie mistagogicznym): wprowadzenie w pewnego typu poznanie i  przeżycie, zawierające pewien kontakt z tajemnicą, ze świętością, z czymś boskim; w obecnym przypadku wprowadzenie i początki tego, co tradycyjnie zwie się "życiem duchownym", gdzie rozróżnia się "początkujących" "zaawansowanych" i "doskonałych".

Powiemy, że dla Leona Dehona lata 1865-1866 nie są to początki w sensie absolutnym; to co mogliśmy dostrzec w jego dzieciństwie, w początkowej młodości i życia jako studenta, wyraźnie na to wskazują. Jednakowoż można to nazwać początkami w sensie ścisłym, jak to sam Ojciec Dehon przypomina o tym w NHV co do tego roku:

"Jezus zawładnął szybko moim wnętrzem, by tam przeprowadzać swoje plany, które winny być rysem dominującym mojego życia, mimo tysięcznych błędów mojego życia; nabożeństwo do Jego Boskiego        Serca, pokora, zgodność z Jego świętą wolą,  zjednoczenie z Nim, życie miłości, takim winien być mój ideał życia na zawsze. Nasz Pan to mi  ukazywał, przypominał mi  to nieustannie, a w ten sposób przygotowywał mnie do zadania, jakie mi przeznaczał, do dzieła swojego Serca"  (IV, 183)

Uwzględniwszy to, co powiedzieliśmy już o NHV, pozostaje nam tylko uwierzyć tak wyraźnemu stwierdzeniu, co do wrażenia zachowanego z dawnego przeżycia.

Rok szkolny rozpoczął on zgodnie z praktyką i regułami seminarium, rekolekcjami, co do których O. Dehon wspomina, iż ma jeszcze ich streszczenie w swych notatkach (IV, 124), jakie odtwarza wydaje się dość wiernie, aczkolwiek wydaje się że tworzy z nich nową redakcję, bo tekst NHV ma zbyt dobrą formę literacką.

Co do owego "streszczenia" oryginalnego, to go nie posiadamy. Zaznaczymy tylko tu i tam w tekście NHV punkty niepewności, wskazujące być może miejsca, gdzie pomija ich kopiowanie. Być może nie są to punkty oryginalne, jak to się zdarza przy uwagach branych przelotnie.

Na temat tych rekolekcji, dawanych przez czcigodnego Ojca Rubillon, asystenta Generała Jezuitów, O. Dehon uściśla, że były one prowadzone w sposób tradycyjny dla Ćwiczeń św. Ignacego, w tym stopniu, że prowadzący czytał sam tekst Ćwiczeń, dodając tylko kilka komentarzy. Wciąż czujny w swych osądach dodaje: "Było to dla mnie wyrazem Bożej Opatrzności, odprawiać rekolekcje dawane przez tak znakomitego ucznia świętego Ignacego. (IV, 125)

Prawdę mówiąc to "streszczenie" sumienne i rozsądne, jest niewątpliwie zbyt "obiektywne", by dało nam poznać coś robiącego wrażenie nawet na młodym seminarzyście, wyjąwszy oczywiście powagę, z jaką winien był odprawiać te pierwsze swoje rekolekcje. Patrząc z oddali O. Dehon powie:

"Oddałem się całym sercem tym rekolekcjom. W przyszłości będę jeszcze często odprawiał Ćwiczenia św. Ignacego i będę je dawał innym, lecz nigdy nie miałem przeżyć tak głębokich. To tam był  fundament mego życia seminarzysty. Przykładałem się całym sercem do postanowień, jakie wtedy podjąłem"  (IV,  138)    

Wiadomo, że O. Dehon jest szczodry w ocenie swych przeszłych wrażeń, myślimy jednak, że nie ma miejsca na wahanie co do ich szczerości , skoro przygotowane były tak długim oczekiwaniem, i skoro był w najlepszej dyspozycji by je dobrze odprawić.

Nic sentymentalnego ani sztucznego w opisie "uwag", ale już teraz szeroka wizja naukowa, jeśli nie surowa, to przynajmniej doskonale zrównoważona, a w tych ramach tu i tam odniesienie do warunków i wymogów życia kleryckiego i kapłańskiego, starannie notowane przez nowego seminarzystę, który pod koniec rekolekcji (1. XI. 1865) wstąpi z radością do życia kleryckiego, przywdziewając sutannę.

Zgodnie z naszym zamierzeniem, nie rozważamy tu nic z tego co dotyczy początków formacji duchowej. Opisy NHV dostarczają wiele uwag i spostrzeżeń na temat domu jako takiego i dyrektorów, wykładów i profesorów kolegium włoskiego, współuczniów, samych studiów, oraz ducha otrzymanego z wykładów; więcej niż dwadzieścia stronic zatytułowanych "Prace osobiste" dają poznać przerabiane lektury, zwłaszcza z filozofii, ale również pisma Ojców Kościoła, studia ekonomii społecznej i politycznej, jak i lektury duchowne dobrych autorów.

Wszystko to jest z pewnością bardzo interesujące. O. Dehon odtwarza to po największej części w odcinkach swego zbiorku "Excerpta" , rozpoczętego 20 listopada 1865 roku, a który dla lat seminaryjnych zawiera 14 dużych stronic  (33 x 21) starannie napisanych, z zapałem i uwagą metodyczną młodego studenta o różnorakich ośrodkach zainteresowania. "Za pomocą mych lektur, napisze O. Dehon, formułowałem w mej myśli oceny jasne na temat wielu spraw ważnych" (NHV IV, 182) Być może, będzie się przypuszczać, że myśli i oceny moralisty w wyrażeniu "jasne oceny" z jego młodości wyrażają więcej jego późniejsze doświadczenie, a nie to z pierwszego roku. Jakkolwiek by było, nie należy zapominać o wadze tych stronic dla historii umysłowego rozwoju Leona Dehona, rozwoju, który oczywiście nie różni się od jego przeżycia i duchowego rozwoju w sensie ścisłym. "Historia jego umysłowości", według jego wyrażenia, nie zlewając się z nią, nie jest inną od tej jego "serca i woli"  (cf. IV, 182)

 Ó

"Rys dominujący"

Z wyrażenia o "historii swego serca i swej woli" O. Dehon czyni jakby syntezę. Opowiadać ją, to dla pamiętnikarza przekazywać historię "działania Bożego na moją biedną duszę", działania, w którym w sposób pewny dostrzega ślady tych przeżyć, jakie na każdy dzień budziły się w jego duszy, a których daje nam tylko kilka urywków, w jego oczach bardziej znaczących. A są to dyspozycje, jakie winny być nutą dominującą całego jego życia Te dyspozycje można zebrać w trzech słowach: zjednoczenie, pokora, miłość. 

–    Zjednoczenie z Jezusem ... moim światłem ... moją siłą ... mym lekarstwem ...to w Nim pragnę odbywać ćwiczenia drogi oczyszczającej, czynić dobro i praktykować cnotę w wierze  ufności, modlić się i dziękować, kochać bliźniego i wykonywać wszystkie prace ze spokojem, łagodnością, słodyczą, praktykować zjednoczenie z Jego Ojcem;

–    pokora jako fundament wszelkich cnót: Wiary, nadziei i  miłości względem Boga i bliźniego,  cierpliwość, duch samozaparcia, ubóstwa, posłuszeństwa, ufności i zdania się na Boga;

–   życie miłości, co do którego kilka tekstów świętego Jana starcza na jego scharakteryzowanie jako drogi do Ojca, przez Ducha prawdy, w miłości , która przejawia się w  praktyce według św. Jana (J 14, 6;  14, 23;  15, 10; 15, 26) jako źródło prawdziwej płodności duchowej, według św. Jana 15, 4-7. 11.

Jest to rzeczywiście pewien rodzaj programu. Dla tego który wie nieco czym będzie, według tradycyjnej terminologii "duchowość O. Dehona", wzbudza podziw tak wczesne odkrycie tej duchowości. Pamiętając o znaczeniu, jakie przybierają te uwagi w doborze i układzie u O. Dehona, te kilka zdań uwydatnia przedziwnie to, co praktycznie należało będzie tylko rozwinąć we wszystkich pracach, a co stanowić będzie jednolitość całego jego życia: Życie zjednoczenia i miłości. Święty Jan będzie mistrzem i wzorem takiego życia,  przez swą doktrynę i życie. (Testament duchowny)

Chętnie przytaczać się będzie również słownictwo, które razem tworzy jakby rodzaj wczesnego portretu ludzkiej i duchowej osobowości tego, którego zwano też "Bardzo Dobrym Ojcem": ufność, miłość, adoracja, wdzięczność, ofiarowanie się, zdanie się, oderwanie ... a także: pokora, cierpliwość, serdeczność, współczucie, przystępność, słodycz, uległość, umiarkowanie, łagodność. Nawet dobierane nieco przez pamiętnikarza, te "uwagi" mają swoją cenę. "To są owe myśli, przez które Nasz Pan zdobywał moje serce podczas tych pierwszych lat", zakończy O. Dehon. "Jest także łaską odczytywać to ponownie i do tego uzgadniać na nowo moje serce" mówił przy ich powtarzaniu, widocznie wzruszony wspominaniem swej pierwotnej gorliwości.

Jest w tym napewno pewien plan, skądinąd dobrze wyważony i klarowny co do przeżyć i rozwoju, o którym ma się prawo sądzić iż był bardziej złożony, jeśli nawet nie burzliwy, a przynajmniej więcej wypracowywany, niż to dają odgadnąć te kilka uwag. Ożywiając swe wspomnienia i napewno odczytując swoje "uwagi" z tamtych czasów, O. Dehon czyni pewną wzmiankę do tych wielkich walk, czasem z napięciem duchowym i bólami głowy: "trzeba gwałt zadawać złej naturze i długotrwałym nawykom do niedbalstwa w życiu wewnętrznym". Krótko, praca oczyszczająca, trwająca cały ten rok, z drobiazgowym rachunkiem sumienia, spowiedź, żal aż do łez (cf. NHV IV, 187-188) W sumie, słynne ćwiczenia drogi oczyszczającej, zgodnie ze wskazaniami traktatów teologii życia duchownego.

"Tam to są łaski dla każdego lewity, który rozpoczyna oddawać się Naszemu Panu", zauważa. Ponad stwierdzenie i sprawdzenie ogólne, przez osobiste doświadczenie prawa, można by sądzić, że "uwagi" nie powtórzone i nie zachowane, dotyczyły być może tych walk i pracy nad oczyszczeniem. Malując się "z profilu", jak wyrażał się Rousseau, O. Dehon nic nie ukrywa, ale też nie zaspakaja ciekawości, jaka mogłaby zawierać brak dyskrecji czy dwuznaczność. Łaski oczyszczenia są także sekretem miłości i to pod tym znakiem miłości i  zjednoczenia z Naszym Panem, rozpoczyna się i przygotowuje się droga oczyszczająca życia kleryckiego.

Ó

"Dyrektorium mojego życia"

Do tej epoki swojego życia O. Dehon dołącza także notatkę na temat "metoda i środki uświęcenia, 1866", jakie streszcza w pięciu zasadach "owocnych dla postępu duchowego", a o których powiada, że "stały się one rzeczywiście dyrektorium mojego życia". Prócz dwu postanowień praktycznych co do modlitwy ustnej (2) i zachowania się w rozmowie (4) zanotowane są trzy następujące postanowienia:

1.    Czynić w każdej chwili  wolę Bożą, na tyle, na ile jest mi znana.

2.    W modlitwie łączyć się ze Sercem Jezusa;

3.    Wszędzie unikać zajmowania się niepewną przyszłością: "non curare de futuris contingentibus";

jak też dewiza odtąd przyswojona: "Domine, quid me vis facere? Panie, co chcesz bym czynił? – nie znalazłem lepszej, powie, do scementowania i utrzymania łączności z Bogiem" (NHV V, 1-2). Jest to jeszcze nie tyle apostolska dewiza, jak słynna formuła świętego Pawła w drodze do Damaszku  (Act 9, 6) co raczej dewiza uświęcenia przez łączność z Bogiem, zgodnie z pierwszą zasadą czy postanowieniem zanotowanym dla "postępu duchowego".

Dalej następuje w NHV zespół myśli na temat uświęcenia kapłańskiego, gorliwości i umartwienia za grzeszników, o obecności Bożej i wewnętrznym zjednoczeniu duszy z Bogiem, a zwłaszcza"już pewna skłonność, wyraźnie zaznaczona, ku życiu zakonnemu" (cf. NHV V, 3-5)

Czy chodzi tu o proste odtworzenie zamierzeń i dyspozycji z odległej przeszłości? Prawdę mówiąc, wydaje się, że tam także O. Dehon opiera się na swych uwagach z lat 1865-1866. Imiona wielkich autorów duchownych, do których się odnosi (św. Tomasz, Rodriguez, Saint-Jure, Grenade i św. Franciszek Salezy) czy przytaczane imiona pierwszorzędnych wzorów świętości kapłańskiej, nie figurowały dawniej wszystkie, tak jak są wymieniane w uwagach, więc być może zostały wprowadzone przez pamiętnikarza opierającego się na swoich refleksjach. Podobnież rozwinięcie na temat świętości kapłanów i lewitów Starego Prawa z dokładnymi odnośnikami do księgi Wyjścia i księgi Kapłańskiej. Lecz tego rodzaju rozważania noszą w sposób widoczny wpływ nauczania i kierownictwa O. Freud, przełożonego seminarium i kierownika duchowego Leona Dehona. Z pewnością tworzyło to część programu kazań seminaryjnych  Że "uwagi" O. Dehona zachowują ślady dawnej epoki, to wielce prawdopodobne. Bardziej znaczącą jest być może  refleksja na temat obecności Bożej:

"By sobie przedstawić obecność Bożą, chętnie porównywałem moje wnętrze jakby otwarte na pełne słońce, przed Bożym wzrokiem

oraz na temat zjednoczenia wewnętrznego z Bogiem. "Porównanie tej łączności z małżeństwem, według pouczenia św. Pawła do Efezjan". Dwa cytaty (Eccl 17,16 i Ef 5, 25; 28-30), zwłaszcza pierwsze, rzadsze i cytowane po łacinie, zachęcają do myśli o dokumencie-źródle.

Ó

Ideał życia zakonnego

Odnośnie życia zakonnego podawany jest na koniec tekst z "uwag", cytat zdania Bellarmina, o którym O. Dehon powiada iż był cytowany przez swego profesora:

"Zanotowałem takie zdanie Bellarmina: "poza męczennikami było bardzo mało świętych kanonizowanych, którzy nie pochodziliby z klasztorów"

Aluzja do wizyty w salonach Kardynała Wikariusza, gdzie portrety kardynałów nasunęły mu wspomnienie, iż "kardynałowie kanonizowani prawie wszyscy wywodzili się z różnych klasztorów, nie jest być może jak tylko wspomnieniem pamiętnikarza. Ale samo zdanie Bellarmina, według wszelkiego prawdopodobieństwa, jest epokowe.

Co do wniosku, jaki wyciąga on z tych obserwacji, wolelibyśmy wiedzieć czy i jak się one przedstawiały w dawnych zapiskach. O. Dehon napisze później na ten temat: "Od czasu seminarium miałem gorące pragnienie życia zakonnego, z wielkim wahaniem co do wyboru Zgromadzenia" (NHV XII, 151)

Według naszego tekstu, to "gorące pragnienie", albo przynajmniej perspektywa życia zakonnego, sięgałaby już pierwszego roku, w takiej oto wizji duchowej:

"Jako że lubię logikę, doszedłem do wniosku że wstąpię do zakonu, nie aby być kanonizowany, ale by stać się świętym i by lepiej kochać i służyć Boskiemu Mistrzowi" (NHV V, 5)

Pominąwszy logikę, wniosek jest co najmniej zaskakujący, co do wyraźnego zamiaru życia zakonnego jako takiego, pojmowanego jako środek i droga uświęcenia, a jeszcze bardziej ściśle jako większa miłość i służba Panu Bogu. To odniesienie do miłości i służby,  niewątpliwie przebija z każdej otwartości apostolskiej i misjonarskiej, ale nie jest to jeszcze główne zajęcie seminarzysty, którego piątą zasadą postępu duchowego jest "unikanie wszędzie zajmowania się niepewną przyszłością" Dziesięć lat później, w czasie swych "rekolekcji powołaniowych" w Laon (21-27 marca 1876, cf. NHV XI, 178-XII,3), znów ta sama "logika" i wniosek za życiem zakonnym:

"Ogólnie mówiąc, życie zakonne bardziej sprzyja praktyce rad ewangelicznych, chwale Boga i zbawieniu dusz... Zatem będę miał na oku życie zakonne, podejmę je przenosząc je ponad życie świeckie, by tam lepiej praktykować rady doskonałości, a to dla większej chwały Bożej i zbawienia swej duszy (XII, 1-3)

Tak więc życie zakonne, uświęcenie, brane jest w łączności z pragnieniem uświęcenia, które określa się, według odtworzonych "uwag" jako zjednoczenie z Bogiem w Jezusie i z Jezusem; cel, jaki O. Freyd stale przedkładał mi jako pracę. O. Dehon widzi w tym nie tylko "nutę dominującą" swego życia, ale także opatrznościowe i najbardziej znaczące przygotowanie do posłannictwa, jakie Boski Mistrz przeznaczał mi dla dzieła swojego Serca. (IV, 183)

Samo kapłaństwo, jeśli trzymać się myśli tu przedstawionej, jest pojmowane i dostrzegane też w tej perspektywie: "Paliłem się z pragnienia stać się świętym kapłanem" (V, 3) Co do świętości kapłańskiej, wylicza kilka zasadniczych składników: świętość, a więc: czystość cielesna, w ubiorze, i legalna, na wzór kapłanów Starego Przymierza, której winna być znakiem i symbolem. W rozmowie po wieczerzy paschalnej, nasz Zbawiciel ukazuje się jako zasada i wzór łączności z Ojcem, a w alegorii o szczepie winnym i latoroślach, oraz swym własnym poświęceniem i ofiarowaniem, daje poznać swym uczniom, że i oni mają być uświęceni w prawdzie (cf.Jn 17,19)

Tam również i tam szczególnie, tak dla życia zakonnego jak i kapłańskiego, jest miejsce na wszystkie prace apostolskie i misyjne. W przeżywaniu duchownym O. Dehona najpierw kapłaństwa a później życia zakonnego, kładziona jest na to szczególna uwaga. Można to wyczuć z listy "głównych wzorów świętości kapłańskiej" jakich wtedy zaczyna wzywać: Świętego Hieronima, św. Franciszka Ksawerego, św. Franciszka Regis, św. Wincentego a Paulo, św. Ignacego, św. Filipa Neri, św. Franciszka Salezego i św. Alfonsa Liguori (V,5). Ale w kontekście i ukazywaniach pierwszych zalążków, tak jak widoczne są one w NHV dla tego okresu pierwszych lat seminarium, nie jest to jeszcze wyraźnie wyczuwalne.

Ó

Łaski modlitwy

Szczególnie interesujące dla scharakteryzowania przeżycia duchowego Leona Dehona tego okresu pierwszego roku seminarium, są stronice zatytułowane: "Stan modlitwy" (NHV V, 6-11)

Prawdę mówiąc O. Dehon w tej sprawie odnosi się do "pism niewydanych czcigodnego O. Libermanna, jakie O. Freyd mu polecił, by go prowadzić po drogach modlitwy" Tu także można tylko żałować, iż nie ma zapisków oryginalnych, które być może zachowywały ślady tych pism niewydanych, wówczas używanych. "Excerpta" lektur, jakie nie zostawiły też ich śladów. To co jest pewne, to fakt, że tekst  NHV jest wiernym streszczeniem, z dosłownym przepisaniem całych zdań czy paragrafów "Pism Duchownych Czcigodnego Libermanna", wydanych w roku 1891 u Braci Poussielhue w Paryżu. (cf. uwaga str. 89-98). Nie możemy sprawdzić na uwagach z roku 1865-1866 rozwoju jego modlitwy: od modlitwy myślnej, czyli rozmyślania do modlitwy uczuć, do której prowadzony był zwolna , jak nam to mówi, "idąc za radą O. Freyd by dążyć do zjednoczenia z Bogiem" , a z własnego zamiłowania z osobami biorącymi udział w tajemnicach Zbawiciela. (V,7) Rozwój bardzo prawdopodobny, zgodny z wszelkimi prawami psychologii religijnej i teologii duchownej. Rozwój, który musiał być bardzo szybki, jeśli wierzyć temu co O. Dehon nam mówi o swym "temperamencie i łasce" odnośnie do Ćwiczeń Duchownych św. Ignacego i o rekolekcjach wstępnych tego pierwszego roku:

"Zasmakowałem prawdziwie w tych ćwiczeniach i nie przestałem nigdy ich lubić, mają one wszelako coś, co nieodpowiada ani mojemu temperamentowi, ani mojemu duchowi. Każą czekać kilka dni , zanim mówić nam będą o miłości Boga. "Człowiek został stworzony, powiada święty Ignacy, aby czcić, chwalić i służyć Bogu, a przez to zbawić swą duszę". Ja nie umiałbym zatrzymać się na tym i moje serce mówi mi zaraz, że człowiek został stworzony by kochać Boga ... (NHV IV, 125)

Tu ukazuje się niewątpliwie myśl człowieka dojrzałego, który w świetle długiego doświadczenia może mówić nie tylko o swoim temperamencie, ale o swojej "łasce": temperament głęboko uczuciowy i czuły, który z łaską predysponuje go do modlitwy uczuć, o której lubi  mówić długo w swych pamiętnikach,  dając ich opis Libermanna:

"Stan,  kiedy dusza tknięta i czuła na wrażenia nadprzyrodzone, zwraca siebie i wszystko co do niej należy z wielką siłą Bogu ...wrażenie odczuwalne, słodkie, miłe i spokojne ... sprawiające raczej skupienie niż wylanie. Dusza jest przy Bogu, który jest w niej, jak dziecko na łonie swej matki ... Podczas dnia pracuje nie gubiąc obecności Bożej, nie tracąc skupienia ... Obecność odczuwalna, do której powraca się łatwo ... albo jeszcze żywe i gorące wrażenie, wrażenie dające poczucie bezgranicznego szczęścia, ale też często smutku wewnętrznego bardzo głębokiego ... z powodu dawnych grzechów ... albo gwałtowne pragnienia, które krzyżują duszę, nie wyczerpując jej radości wewnętrznej; albo ból powstający na widok krzyża i cierpień Naszego Pana.  .. Głęboki ból serca, dar łez,  przejęcie ducha i pamięci, pociąg ku Bogu ... (Cf. NHV V, 8-10)

Całe to słownictwo przesadnie uczuciowe, pochodzi od Libermanna, a jest to także język wielkich mistyków, dla określenia wrażeń i stanów, pod różnymi nazwami modlitwy biernej, czyli wlanej. Ojciec Libermann studiuje tę dziedzinę starannie i dogłębnie. W małym traktacie "O modlitwie uczuć" podaje ogólne zasady, (1) stany wewnętrzne duszy w modlitwie uczuć (2), boleści duszy w tym stanie (3), dary szczególne (4), stopnie (5) początek i rozwój tego stanu (6), korzyści (7) wypaczenia (8). Lektura tej książki potwierdza, że jest to kwintesencja i wielkie bogactwo jego doktryny.

W jakiej mierze modlitwa młodego Leona Dehona odpowiadała temu opisowi, nie możemy o tym przesądzać, a jedynie poddać pod rozwagę jego końcową refleksję na ten temat:

"Opisując te Boże łaski ( winien by dodać: słowami O. Libermanna), napisałem, że o ile nie ulegam złudzeniu, to nieskończone miłosierdzie Boże stopniowo i z pewnymi przerwami działało w mej duszy, że tam wrzucałem swoje opory i niedoskonałości. Łaska Boża pociągnęła mię wkrótce do modlitwy uczuć i spalała mnie w wielkiej miłości do Naszego Pana i  wlewała w me serce głęboki żal za me grzechy. Wspomnienie tych łask zawstydza mnie i upokarza (NHV V, 11)

Więcej niż uczuciowy zapał słownictwa i stylu, da nam orientacji w tej sprawie kierownictwo O. Freyd. Gdy pomagał temperament i łaska, można myśleć, iż wzmianka NHV odbija coś z przeżycia seminarzysty. Jakąkolwiek by była natura tych łask, wyczuwa się w refleksji O. Dehona, że dla niego, gdy wydawał swoje pamiętniki, tekst O. Libermanna jest jeszcze zasadniczym odnośnikiem co do jego życia wewnętrznego, jego pojmowania i przeżywania jedności z Bogiem, jedności z Chrystusem.

Wciąż cytując Libermanna notuje skądinąd prawdziwe bogactwo, nie będące czystą grą uczuć ale realnym uświęceniem:

"Dusza w tym stanie wszystko czyni z miłości. Pełna jest pragnienia podobania się Bogu i  troski, by był kochany. Odnosi wszystko do Boga a pogardza światem; chętnie słucha dyrektora i swych przełożonych; ma wielkie pragnienia umartwień; lubi spełniać we wszystkim wolę Bożą; praktykuje doskonale miłość względem bliźniego" (NHV V, 10, wg Libermanna o.c. str. 193-200)

Krótko, są to struktury jego życia duchownego nie tylko jako zasady, ale jako modlitwa. Doświadczenie i życie duchowne właściwie pojęte i przeżywane jako zjednoczenie z Bogiem, a bardziej dokładnie z Jezusem Chrystusem w Jego tajemnicach:

"Na modlitwę myślną, czyli rozmyślanie, chętnie wybierałem tematy związane z tajemnicami Zbawiciela. Co do tematu,  który był  nam odczytywany (według metody stosowanej wówczas w seminariach) a odnosił się do jakiejś cnoty,  nie mogłem rozważać o tej cnocie, jak tylko w samym Naszym Panu. Ten nawyk prowadził mię powoli do modlitwy uczuć" (V, 7)

Kilka notatek odtworzonych przez pamiętnikarza (NHV  IV, 184-185) potwierdzają, jak to widzieliśmy, taki kierunek, w pełnej zgodności z tym co wiadomo o kierownictwie O. Freyd, głęboko przenikniętego duchem Libermanna, a nadto z pouczeniem i praktyką Szkoły Francuskiej: chrystocentryzmem de Berulla i jego nabożeństwem do Człowieczeństwa Chrystusa, do "wnętrza Jezusa", w tajemnicy Wcielenia oraz tajemnice i "etapy" Jego życia, jak i z  żarem i zapałem M. Olier w podawaniu doktryny.

Święty Ignacy i Libermann, to jak się wydaje pierwsi charakterystyczni nauczyciele tej pierwszej formacji O. Dehona w seminarium. Metoda ignacjańska, natchnienie Libermanna, jeśli się chce schematu i nie zaznaczać innych wpływów. Co do ćwiczeń świętego Ignacego, O. Dehon reagował według swego "temperamentu i łaski", co należy uwzględniać i sprawdzać w latach następnych, a nawet w całym jego życiu.

Z tego okresu lat 1865-1966, O. Dehon wspomina pierwszy poważny kontakt z życiem ludności Rzymu, "szereg świąt religijnych, w jakich brał udział z bliska, pod ogromnym urokiem i z najwyższym zainteresowaniem". Opisuje więc długo, bo więcej niż 50 stron (V, 12-34) wspaniałości liturgiczne i paraliturgiczne, w których asystował, "wielkie dni Rzymu", mówił, ale prawdę mówiąc każdy dzień w Rzymie ma swój urok i własne wzruszenia. To również, jak sądzi, tworzy część składową jego formacji i doświadczenia duchowego.

"Jak ubiegły rok, tak w Rzymie wszystko jest uświęcające ! Jakie posiłki równocześnie miłe i umacniające znajduje tam wiara i pobożność ! Każdy inny pobyt jest zimny i bez wyrazu, gdy żyło się w Rzymie (V,34)

W tym także roku stał się on nowicjuszem w trzecim zakonie świętego Franciszka (21 marca 1886: NHV IV, 189-190) i miał złożyć profesję w tym samym dniu roku następnego (NHV V, 127). To daje O. Dehonowi okazję przypomnieć, że święty Franciszek z Asyżu był zawsze jego świętym szczególnie umiłowanym. W Trzecim Zakonie szuka on zatem struktury i pomocy dla swego życia duchowego przez podjęte zobowiązania.  Jego myśl w tym względzie będzie się rozwijać, jak to wiemy, zobaczymy także, że w toku po